56

Przez 5 godzin nie miałem prądu. Przybyło mi siwych włosów

To był ciężki dzień. Nadal jest, bo zadań do wykonania i pracy do nadrobienia sporo. A wszytko przez przerwę w dostawach energii elektrycznej. Relatywnie niedługa, 5-godzinna, niektórym wyda się wręcz śmieszna. Sam rano nie panikowałem, stwierdziłem, że trzeba przebudować grafik. Szybko miało się jednak okazać, że praca, którą wykonuję, wymaga nieustannego dostępu do Sieci, a ta potrzebuje swojej siostry: energii elektrycznej.

Prąd elektryczny to krew w organizmie o nazwie państwo – niedawno napisałem coś w tym stylu w jednym z tekstów i zdanie podtrzymuję. Od dawna zastanawiam się, jak nasze społeczeństwo poradziłoby sobie, gdyby nastąpił dłuższy blackout. Tydzień bez energii elektrycznej w całym kraju? To byłby sprawdzian. Mnie wystarczyło wspomniane 5 godzin, żeby ręka zaczęła nerwowo drżeć. I zdecydowanie nie jest tak, że nie potrafię wytrzymać bez maila, Facebooka czy YouTube’a – jeśli nie muszę, nie korzystam z nich nawet przez kilka dni. Gorzej, gdy do odcięcia człowiek nie jest przygotowany.

Dzisiejszy poranek nie różnił się zbytnio od poprzednich, o 9 zasiadłem przed komputerem w swoim mieszkaniu (od lat pracuję zdalnie) i gdy palce spoczęły na klawiaturze, usłyszałem dzwonek do drzwi.

-Dzień dobry, dzisiaj nie będzie prądu – zakomunikował pan w roboczym ubraniu. Musiałem mieć nietęgą minę, bo nie odszedł, patrzył na mnie.
-Ale jak to? Cały dzień? W całej kamienicy? Rozmówca mógł pomyśleć, że jestem po udarze, bo budowałem zdania w przedziwny sposób. Efekt szoku.
-Przez cały dzień nie. Tak do 14. Człowiek wyraźnie nie mógł zrozumieć, dlaczego to dla mnie takie wydarzenie – sąsiedzi pewnie reagowali inaczej. O ile zastał ich w mieszkaniach.

Kiwam głową, żegnam pana, zamykam drzwi i siadam strapiony przy komputerze. Szybko stwierdzam, że trzeba podłączyć do ładowarki laptop i telefon. Gdy łapię za przewody, prąd zostaje wyłączony. No to się podładowałem. Router nie działa, komputer zaraz padnie. Na szczęście mamy XXI wiek, erę smartfonów! Szybko piszę do redakcji z prośbą o przemeblowanie w grafiku. Do biura nie pójdę, bo mam do niego kilkaset kilometrów. W knajpach czy restauracjach pracować nie potrafię, za bardzo mnie rozpraszają. Muszę to po prostu przeczekać. W głowie pojawia się myśl: tragedii nie ma. Przecież to 5 godzin, nawet nie zauważę.

Skoro nie spieszy się z tekstami, napiję się w spokoju kawy. Nie, nie napiję się, bo czajnik nie działa – przecież wyłączyli prąd. Niczym pomysłowy Dobromir stwierdzam, że ugotuję wodę w jakimś rondlu. Płyta może i gazowa, ale zainstalowana w niej zapalarka… elektryczna. Da się to odpalić zapałką? Pewnie się da. Gdybym tylko miał zapałki… Ciepły prysznic dla odprężenia? To jest myśl. Niestety, odpada – piec gazowy nie działa, bo nie ma energii elektrycznej. Dobrze, że to nie zima – ogrzewania też bym nie miał.

Spoglądam na lodówkę i zastanawiam się, jak ona to zniesie? Myślę o zabraniu się za sprzątanie, ale po chwili stwierdzam, że z porządkami też może być problem: zmywarki nie odpalę, z odkurzaczem podobnie, pralki nie włączyłbym nawet, dyby działała. Detergenty wymagają ciepłej wody. Ok, zachować spokój. Usiądź, poczytaj – odwiedziłeś targi książki, zrobiłeś zakupy, skorzystaj z tej wymuszonej przerwy w pracy. Otwieram zatem książkę i… odzywa się telefon – powiadomienie z pracy, Grzegorz pisze, że nie odpowiadam na maile, a organizator wyjazdu pilnie szuka kontaktu. To prawda, nie odpowiadam. Nie sprawdzałem jeszcze skrzynki. Wolałem oszczędzać smartfon na czarną godzinę – akumulator pokazuje 40%, a nie wiadomo, co się wydarzy.

Wspomniany organizator dzwoni. Tłumaczę się, ale po kilku zdaniach stwierdzam, że to musi brzmieć komicznie: nie ma ze mną kontaktu, bo odcięli mi prąd… Rozmowa się przeciąga, sprawy załatwiamy ustnie, skoro na maila nie odpiszę. Bateria jest pożerana niczym kebab po całonocnej imprezie. Potem dzwonią też inni. W tym telekom z nową, wspaniałą ofertą. W umyśle pojawia się co chwilę: przestańcie dzwonić, bo zniszczycie zapas na czarną godzinę! Ja czekam na dalsze informacje w sprawie wyjazdu – jeśli nie będą mogli się dodzwonić, stwierdzą pewnie, że jestem jakimś wariatem.

Mijają kolejne godziny, sąsiadka wpada z pytaniem czy wiem, że nie ma prądu. Rozglądam się – może jestem w ukrytej kamerze? W mieszkaniu słychać tylko wiertarki, których nie da się zagłuszyć, bo radia nie włączę. Dzień świra. Przed 14 przebieram nerwowo nogami. Ale ta godzina mija. Po kwadransie nie wytrzymuję. Znajduję pana, z którym rano rozmawiałem, ten informuje mnie, że za 10 minut wszystko powinno być ok. Przy tym wygląda na zdziwionego, z oczu można wyczytać: chłopie, zamiast siedzieć w domu i narzekać, że prąd odcięli, idź do pracy.

W końcu nadeszła tak długo wyczekiwana chwila: włączyli! Ale za chwilę znowu wszystkie diody zgasły. I tak jeszcze dwa razy. Dyskoteka w środku tygodnia. A gdy sytuacja się uspokoiła, gdy nastała jasność i usiadłem do komputera z nowymi siwymi włosami, okazało się, że… router zwariował. To chyba efekt dyskoteki – on woli na spokojnie. Ręce drżą, oko zaczyna skakać. Przed oczami mam listę zadań na ten dzień. Długą listę. Słyszę dzwonek do drzwi. Dobrze mi znany pan od elektryki.

-Ja tylko chciałem powiedzieć, że my tu będziemy dwa tygodnie pracować i prądu to może nawet dłużej nie być…