93

Popełniam błędy i będzie ich więcej…

Dzisiaj rano opublikowałem tekst, w którym popełniłem spory błąd językowy. Jeden z Czytelników wyłapał ów lapsus i zwrócił na niego uwagę w komentarzu (za co jestem wdzięczny – pewnie nie zauważyłbym tego nawet przy dziesiątym czytaniu wpisu). Jednocześnie zacząłem się zastanawiać nad językową stroną swoich tekstów oraz kontrowersji, jakie wywołują niektóre słowa i doszedłem do […]

Dzisiaj rano opublikowałem tekst, w którym popełniłem spory błąd językowy. Jeden z Czytelników wyłapał ów lapsus i zwrócił na niego uwagę w komentarzu (za co jestem wdzięczny – pewnie nie zauważyłbym tego nawet przy dziesiątym czytaniu wpisu). Jednocześnie zacząłem się zastanawiać nad językową stroną swoich tekstów oraz kontrowersji, jakie wywołują niektóre słowa i doszedłem do wniosku, że problem ten będzie się nasilał z każdym kwartałem.

Zacznę może od wspomnianego komentarza Czytelnika używającego pseudonimu (mógłbym napisać „o nicku”, ale z językiem polskim ma to niewiele wspólnego – przynajmniej oficjalnie) gość Antyweb w szoku:

Stevene’a”! Nawet nie wiedziałem, że on się nazywa „Stevene”. Takie to własnie kuriozalne, kabaretowe odmiany pojawiają się jak ktoś chce być bardziej świętszy niż sam papież. Zdecydowanie powinno się pójść bardziej na całość i napisać „Stevene’nenea”. Jeszcze bardziej można też popuścić wodze fantazji i na przykład dać „Stevene’uea” profesjonalizm wzrośnie i dojdzie do 1000% normy.

Musze przyznać, że moja pomyłka faktycznie wygląda strasznie, ale zapewniam, że słowo Stevene’a nie powstało z premedytacją. Po prostu najpierw miało być Steve’a, potem chciałem to zmienić na Stevena, a ostatecznie wyszło to, co widzicie powyżej. Choć w tym wypadku błąd wynika raczej ze zmęczenia/roztargnienia (słabe tłumaczenie, ale taka jest prawda), to przyznaję, że niejednokrotnie mam spore problemy z odmianą nazwisk, nazw miejscowości czy firm, o których piszę. Zwłaszcza, gdy trafia się coś bardzo egzotycznego i ciężko stwierdzić, co z tym zrobić. Specjalistą w tej materii nie jestem i staram się (podejrzewam, że podpisze się pod tym część Kolegów z AW oraz redaktorzy z innych serwisów) tak wybrnąć z sytuacji, by nie pokaleczyć języka ojczystego i jednocześnie uczynić dane słowo w miarę przyswajalnym. Czasem przecież trafiamy na wyrazy, które strasznie biją po oczach, gdy dostrzeżemy je na ekranie komputera/ tabletu/smartfonu i domagamy się od Niebios kary dla autora tekstu. Może lepiej, bym nie wypowiadał się za wszystkich – napiszę po prostu, że osobiście zgrzytam zębami, gdy widzę rażące błędy, zapożyczenia, dziwne szyki zdań itd. Jednocześnie uświadamiam sobie wówczas, że sam nie jestem lepszy i szkodzę czystości języka polskiego. Pojawia się jednak pytanie, czy mam inny wybór?

Antyweb zajmuje się sektorem, który rozwija się niezwykle dynamicznie. Pojawiają się w nim nowe produkty, technologie, usługi i wszystko to trzeba jakoś nazwać. Czy kilka dekad temu słowa smartphone, ultrabook, tablet albo gif funkcjonowały w powszechnie stosowanym języku? Raczej nie – pojawiły się relatywnie niedawno i szybko musiały być przyjęte, by człowiek mógł określić otaczającą go rzeczywistość. Istniały wyrazy aplikacja, chmura oraz mysz, ale miały znacznie węższe znaczenie – dzisiaj słysząc aplikacja myślę przede wszystkim o oprogramowaniu, a nie np. o wyszywaniu. Być może to zboczenie zawodowe, ale spodziewam się, że z każdym rokiem proces ten będzie obejmował swym zasięgiem coraz większe grupy ludzi.

Branża zmienia się szybko, język próbuje za nią nadążyć, ale należy mieć na uwadze, że zazwyczaj dotyczy to angielskiego, który dzisiaj odgrywa na świecie, a zwłaszcza w IT rolę dominującą. Jeżeli zatem nie chcemy wprowadzać do naszego języka wyrazów obcych, to próbujemy spolszczyć nowe twory. Czasem nastręcza to sporo problemów i wywołuje dyskusje, które do niczego nie prowadzą. Kilka lat temu ludzie zastanawiali się, jak w polskim Internecie pisać smartfon, potem przyszedł czas na spory wokół sprzętu lokowanego między smartfonami, a tabletami (tabfon?), a niedługo pewnie będziemy to samo przerabiać obserwując rozwój smartwatchy albo okularów typu Google Glass.

Wszystkie nowinki zostaną nazwane w USA (lub w innym kraju, ale nazwa raczej będzie angielska), a w Polsce pojawi się kolejny powód do wytykania sobie błędów i udowadniania, że moja racja jest bardziej racją niż twoja racja. Na samym słowie sprawa się nie skończy – przyjdzie jeszcze czas na odmianę. Bo czy poprawną formą jest smartfona czy smartfonu? Lepiej napisać/powiedzieć tableta czy tabletu? Czy smartwatch można przetłumaczyć jako inteligentny zegarek? Jedni stwierdzą, że jest ok, inni pukną się w czoło i napiszą, że smart ma inne znaczenie, że nie ma sensu tego tłumaczyć, że to sztuczny wytwór nawiedzonego translatora. I każdy w pewnym stopniu będzie miał rację.

Osobiście bardzo lubię język rodzimy, staram się dbać o jego czystość i nie zaśmiecać niepotrzebnymi produktami swojej lub czyjejś psychiki. Jednak o to w dzisiejszych czasach coraz trudniej i nie należy się spodziewać, że za rok czy dwa będzie lepiej – nasz język zapewne zostanie w tym czasie doposażony w obszerny pakiet słów, z istnienia których dzisiaj nawet nie zdajemy sobie sprawy. Używanie konkretnych wyrazów w takiej lub innej formie dla części Czytelników nie będzie problemem, inni uznają to za rażący błąd. Podobnie jak w innych dziedzinach życia: jedni coś zaakceptują, inni nie. Sensownego wyjścia, które zadowoli wszystkich brak. Ale jakoś trzeba z tym żyć…

Źródło grafiki: wrzuta.pl