19

Polak w FC Barcelona? Premier aresztowany? Czyli dlaczego nie pozbędziemy się szybko takich tytułów

Tytuł czyni mistrza – czy tego chcemy, czy nie, tak dzisiaj wyglądają realia w Internecie. Możesz napisać naprawdę świetny i merytoryczny tekst, ale jeśli położysz tytuł nie masz co liczyć na dużą liczbę czytelników. W gazetach klasycznych oprócz tytułu liczył się jeszcze lead, w sieci już niestety nie, internauta do leadu nie dochodzi. Zresztą w […]

Tytuł czyni mistrza – czy tego chcemy, czy nie, tak dzisiaj wyglądają realia w Internecie. Możesz napisać naprawdę świetny i merytoryczny tekst, ale jeśli położysz tytuł nie masz co liczyć na dużą liczbę czytelników.

W gazetach klasycznych oprócz tytułu liczył się jeszcze lead, w sieci już niestety nie, internauta do leadu nie dochodzi. Zresztą w sieci pisze się inaczej i nie wszyscy stosują model odwróconej piramidy i inne dziennikarskie techniki.

Dlaczego tytuł jest tak często „podkręcany” lub też z premedytacją fałszowany? To proste i oczywiste, wszystko robi się po to, aby przyciągnąć czytelnika, zachęcić do przeczytania tekstu, wygenerowania odsłony i generalnie poprawienia statystyk oglądalności.

Dodam od razu, że na Antyweb też staramy się aby tytuł był jak najbardziej przyciągający – w moim odczuciu nie idziemy „po bandzie” (choć parę grzechów na pewno mamy) i są mistrzowie, którzy zjadają nas na śniadanie.

Dlaczego to jest dla wydawców takie ważne? Przede wszystkim każdy stara się aby jego serwis był czytany, lubiany i popularny. Natomiast w świecie gdzie zarabia się na reklamie liczą się też suche liczby przedstawiane co miesiąc w zestawieniach meganapelowych. To one mają znaczący wpływ na budżety i przychody danych firm.

To jednak wszyscy wiemy i rozumiemy. Pytanie dlaczego my jako internauci dajemy się ciągle na te fałszywki nabierać? Dlaczego znając i krytykując takie praktyki nadal je wspieramy (przecież gdyby te tytuły nie przynosił zakładanych efektów to nikt by ich nie stosował)?




Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że nie jesteśmy takimi jakimi siebie widzimy. Dużo mówimy o merytorycznych dobrze wyważonych artykułach, o tym że cenimy dobrą publicystykę i doceniamy ambitne dzieła. Kiedy jednak zanurzamy się w świat anonimowego internetu – wszystko wywracane jest do góry nogami.

Czas zabierają nam serwisy społecznościowe, głupawe filmiki z Youtube i inna dość prosta rozrywka. Nie zostaje więc za dużo miejsca na to, aby zagłębić się w ambitną lekturę. Skanujemy tytuły w poszukiwaniu dobrych treści, skanując wpadamy w pułapkę zastawioną przez wydawców.

Pytanie dlaczego wpadamy w nią tak wiele razy? Moja teoria jest dość prosta – nie przykładamy do tego faktu tak dużej wagi. Nawet jeśli Polak kupiony przez Barcelonę okazuje się juniorem który załapał się na jakiś wiosenny obóz treningowy. W myślach powiemy sobie „jaka to bzdura” i jedziemy dalej. Fałszywka jako tytuł nie jest życiowym problemem dla przeciętnego internauty.

Irytują się inni, ci którzy piszą, chcą czytać coś lepszego i nie być robieni w przysłowiowego konia. Niestety jest ich mało, ich głos mimo iż donośny na forach i blogach w żaden sposób nie przekłada się na internetowe masy. W końcu obok tych fałszywek na portalach jest też dużo newsów i informacji, do których nie ma szans dotrzeć mniejszy serwis czy mały podmiot.

W tym kontekście od razy na myśl przychodzi mi projekt Tomasza Lisa, który chce odwrócić sytuację. Pokazać lepszą stronę prasy w sieci i zrobić rewolucję, bo tak właśnie można nazwać pomysł na portal, w którym nie tylko będą dziennikarskie teksty ale również nie będzie „naciągania” ruchu. Zabawne jest natomiast to, że Tomasz Lis wywodzi się z telewizji, czyli medium żyjącym z emocji, często bardzo niskiej jakości sensacyjnych komentarzy i dużej ilości plotek i niedomówień. To nie Internet zaczął trend upraszczania kultury i naginania jej do najniższego możliwego poziomu po to, aby zapewnić sobie zasięg. To nie Internet stworzył programy, w których za kilkaset PLN podstawione osoby udają kogoś kim nie są po to tylko, aby nakręcić sensacyjny pseudoreportaż. Owszem, Internet ma swoje za uszami i rozwinął ten trend „sensacyjnej wiadomości” do granic absurdu.

Te hasła o dobrych merytorycznych treściach, braku fałszywek i o dobrej dyskusji w sieci podobają się jedynie nam, tym bardziej zaangażowanym. Przeciętny Kowalski i tak ma za mało czasu na to, aby zastanawiać się ile trudu i wysiłku kosztuje utrzymanie merytorycznej redakcji. Tak samo jak nie zastanawia się ile produktów jest „lokowanych” w serialach telewizyjnych. Bierze co dają i idzie dalej, bo na głowie ma całe życie, a nie tylko rozterki internetowych wydawców.