112

Podoba mi się plan Morawieckiego. Ale sceptycznie podchodzę do jego realizacji

Plan Morawieckiego - temat dnia. A pewnie i tygodnia. Jeżeli zostanie zrealizowany, to data jego ogłoszenia powinna być odnotowana w podręcznikach historii. Z wielką uwagą śledzę doniesienia dotyczące dokumentu i treści w nim zawartych, od wczoraj analizuję poszczególne informacje. Duża rzecz. Ciekawa i potrzebna. Ciągle jednak trudno uwierzyć mi w to, że ten projekt będzie wdrażany. A jeśli będzie to, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wszak nie od dzisiaj wiadomo, że papier przyjmie wszystko...

Od wczoraj w mojej głowie nagromadziło się mnóstwo myśli dotyczących zaprezentowanego dzisiaj „Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Wszystkiego z pewnością nie zawrę w tym jednym tekście, bo informacji wartych omówienia, pomysłów i spostrzeżeń jest po prostu zbyt dużo. Mówimy przecież o planie, którego realizacja ma zapewnić Polsce dynamiczny rozwój w kolejnych dekadach, pomóc przejść od gospodarki opartej o tanią siłę roboczą do gospodarki innowacyjnej, mocnej, liczącej się na arenie międzynarodowej.

Nie będę przytaczał konkretnych założeń planu, streszczał wystąpień wicepremiera Morawieckiego – polecam zajrzeć na stronę Ministerstwa Rozwoju. Tam znajdziecie prezentacje, informacje, omówienia. W skrócie wygląda to następująco:

Wsparcie rozwoju firm, ich produktywności i ekspansji zagranicznej oraz równomierny rozwój całego kraju, który odczują wszyscy Polacy. Więcej inwestycji i wyższe nakłady na innowacje. Wyraźnie lepsza współpraca nauki i biznesu. Wzrost PKB charakteryzujący się wysoką jakością. Ułatwienia dla przedsiębiorstw i promowanie oszczędności.

Trudno się pod tym nie podpisać, stwierdzić, że to nie ma sensu. Gdy wicepremier mówił dzisiaj o tym, że nie potrzebujemy kolejnych aquaparków, kiwałem głową z aprobatą. Gdy wspominał, że kończy się paliwo zapewniające wzrost w ostatnich dwóch dekadach, też przyznałem rację. W pełni zgadzam się z tym, że więcej pieniędzy musi być przeznaczanych na R&D, że biznes musi współpracować z nauką, że postawienie na specjalizację w gospodarce oraz wzmocnienie szkolnictwa zawodowego to dobre pomysły. Wstaję i głośno biję brawo… inni też to robią:

Po chwili entuzjazm jednak mija. Powód? Bardzo prosty – patrzymy na plan. A tych w przeszłości nie brakowało, prezentowały je przeróżne ekipy. Był szum, były oklaski, była wiara. Nie było rezultatów. Przynajmniej nie takich, jakie zapowiadano. Po jakimś czasie takie propozycje muszą być odbierane ze sporą dozą sceptycyzmu. Bo relatywnie łatwo jest powiedzieć o bilionie złotych przeznaczonych na rozwój (przecież takie sumy pojawiały się już wcześniej), a trudniej rzeczywiście go zdobyć i wykorzystać tak, by w przyszłości procentował.

W planie pojawia się hasło reindustrializacji. Ale z nim bardzo mocno związany jest wątek sektora energetycznego. Jeżeli przemysł ma się rozwijać, musi mieć dostęp do taniej energii. Tymczasem z tym może być u nas kłopot. Branża oparta jest na węglu, a to temat, który ciągle zamiatany jest pod dywan albo przerzucany niczym gorący kartofel. Energia atomowa? Słuch o niej zaginął. Łupki? Temat wypalił się bardzo szybko. Energia ze źródeł odnawialnych? Wśród partyjnych kolegów ministra Morawieckiego nie brakuje głosów, że to brednie. Ktoś stwierdzi, że ten energetyczny problem to wina poprzedniej ekipy. Sporo w tym racji. Jeżeli jednak nowy rząd chce realizować reindustrializację, to musi powiedzieć, jak załatwi tę sprawę. Mieszkam w Katowicach – kilka dni temu czytałem ogłoszenia wywieszane przez górników niezadowolonych z tego, jak są traktowani. Ten kłopot sam się nie rozwiąże. Można mówić o odbudowie przemysłu stoczniowego czy produkcji dronów, ale w tle straszy inny segment przemysłu…

Kolejnym wątkiem jest rozwój innowacyjności. Coś, co powinno nas najbardziej interesować, bo to tutaj mamy naukę, startupy, nowe technologie. Cieszę się, że zwraca się uwagę na upraszczanie otoczenia prawnego, ułatwianie funkcjonowania firm. Dobrze, że pojawiają się zapowiedzi wsparcia finansowego – wspominałem o tym rano, gdy pisałem o studentach poszukujących kasy w crowdfundingu. Ale wiecie czego się obawiam? Po pierwsze, piachu, który w te tryby i tak może wsypać machina urzędnicza. Czym innym jest zapowiedź wicepremiera, a czym innym realia, z którymi każdy przynajmniej raz się zderzył. Po drugie, zastanawia mnie podejście polskich przedsiebiorców. Jeżeli pojawi się wparcie, to część pseudo innowatorów będzie chciała skorzystać i znowu możemy się zderzyć z falą portali internetowych tworzonych na zasadzie „Internet to przecież innowacja”. Albo z ramkami na zdjęcia, które mogą stać się hitem eksportowym…

Czytam też o kapitale przeznaczanym na inwestycje. Ma on pochodzić głównie z… Unii Europejskiej. Paradoks: narzekamy na UE na każdym możliwym kroku, wyprowadzamy jej flagi (wcześniej nazwane szmatami przez posłankę partii rządzącej), podkreślamy swoją odrębność i niezależność, a potem opracowujemy plan rozwoju, który opiera się głównie na pieniądzach pochodzących z zagranicy, z tej złej Wspólnoty. Powiem wprost: to nie jest ładne zachowanie. To nie jest fair. Te same osoby, które dzisiaj krzyną „ależ ten Morawiecki jest mądry, jaki to jest patriota i wizjoner”, za chwilę mogą powiedzieć „przeklęta Unia – tyko nam szkodzi”. Nie, nie szkodzi nam. Setki miliardów złotych, które mają przeobrazić Polskę mogą pochodzić właśnie z tego źródła…

Podobnie jest z ekspansją zagraniczną. Chodzi nie tylko o eksport, ale też o inwestycje poza Polską, o budowanie silnej marki naszego państwa. Czytam o dyplomacji ekonomicznej, która rzeczywiście ma spore znaczenie, ale jednocześnie chodzi mi po głowie myśl, że w ostatnich miesiącach nowa ekipa zdążyła już poważnie narozrabiać. Obniżony rating słabo wpływa na budowanie marki. Kłótnie z Rosją zapewne długo będą trwać, prężenie muskulatury przed państwami Zachodu może przynieść skutki odwrotne do zamierzonych. Kto nam pozostanie? Kraje Europy Centralnej?

Wspomina się o Afryce, co jest dobrym pomysłem, ale pragnę przypomnieć, że ponad 40% kontynentu zamieszkują wyznawcy islamu, a ten nie jest zbyt dobrze odbierany przez nasze społeczeństwo – zwłaszcza wyborców partii rządzącej, wspierające ją media. Stanie na tym, że np. od Arabów zechcemy trzymać się z dala i jednocześnie spróbujemy robić z nimi interesy? O Prezydencie, który poleciał do Chin w koszulce red is bad nie ma nawet sensu się rozpisywać. Ekspansja, budowanie marki i szukanie sojusznik to bardzo ważne kwestie. Ale same się nie zrobią – trzeba to rozgrywać z głową, cierpliwie i bez machania szablą. Jedna głupia wypowiedź może zniszczyć miesiące wartościowych rozmów, które zmierzały w atrakcyjnym (z naszego punktu widzenia) kierunku…

Do omówienia jest jeszcze sporo kwestii, z pewnością będę wracał do tego projektu. Na uwagę zasługuje chociażby pomysł powołania do życia Polskiego Funduszu Rozwoju.

Polski Fundusz Rozwoju (PFR) będzie kluczowym narzędziem w realizacji strategii. Fundusz powstanie w oparciu o istniejące instytucje rozwoju (część funkcji dzisiejszego BGK, PARP, PIR, PAIiIZ, ARP i KUKE). Zintegruje i uporządkuje narzędzia oferowane przez te instytucje oraz zaproponuje nowe. W rezultacie ich efektywność wzrośnie (do tej pory oferta instytucji dublowała się, niewielka była też skala ich działania). Zakres jego wsparcia obejmie wiele obszarów – małe i średnie firmy, inwestycje, infrastrukturę, eksport, promocję, innowacje. Fundusz pozyska kapitał na inwestycje oferowany na preferencyjnych warunkach przez międzynarodowe instytucje finansowe.

Zdecydowanie jest się czemu przyglądać, co komentować. Ktoś pewnie stwierdzi, że jeśli dalej mam narzekać, to lepiej, bym już nie pisał. Tu nie chodzi jednak o pesymizm i defetyzm. A tym bardziej o niechęć wobec partii rządzącej. Po prostu chciałbym byśmy wszyscy realnie spojrzeli na te plany i zapowiedzi. Wicepremier Morawiecki może mieć świetny projekt i wielkie chęci, olbrzymie wiedzę i doświadczenie, ale i on funkcjonuje w konkretnych warunkach, określonym środowisku i danej sytuacji globalnej czy regionalnej. Trzeba też mieć na uwadze, że sam planu nie wprowadzi w życie. A za innych przecież nie może ręczyć, że podołają. Na papierze każdy plan wygląda dobrze.

Taki projekt jest nam potrzebny, reformy muszą być wdrażane, a Polacy muszą zrozumieć (wszyscy), że sytuacja sama się nie poprawi. Jeżeli jednak wicepremier mówi o promowaniu oszczędności chwilę przed tym, gdy ruszyć ma program 500+, to zastanawiam się, jak na to wszystko patrzeć. Mówimy o ułatwieniach dla firm, a jednocześnie rozważana są pomysły wprowadzania kolejnych podatków. Czy to się trzyma kupy? Nawet jeśli nie, to kibicuję. Analiza problemów opisanych w przywołanym dokumencie jest słuszna. Wizja zmian też. Wszystko rozbija się o realizację. A to nigdy nie była nasza mocna strona.