167

Po siedmiu latach zrezygnowałem z Netflixa. To już nie jest ta platforma, która mnie kiedyś zauroczyła

Netflix był dla mnie początkiem wielkiego świata VOD. Po kilku latach zachwytu - nie bardzo mi z nim po drodze. Kierunek który obrała platforma do mnie nie przemawia i... nostalgia przegrywa. Wybieram konkurencję.

Z Netflixa korzystałem od 2013 roku. Kiedy poznałem magię amerykańskich VOD — nie było odwrotu. Smart DNS w konsoli, opłacanie abonamentów zagranicznych usług (Netflixa właśnie, a także Hulu — wówczas dostępnego wyłącznie w wariancie z reklamami) to była telewizyjna rewolucja w moim domu. W Polsce wówczas o usługach z wideo na życzenie robionych z takim rozmachem mogliśmy tylko pomarzyć. Coś tam już niby raczkowało, ale nie przesadzę pisząc, że jedynym sensownym VOD w tamtym czasie był YouTube. O ile można go wciągnąć do tej kategorii. Jasne, TVN Player i ipla już istniały, ale z porównaniem do wspomnianej konkurencji były, ekmh, biedne. Kiedy w 2016 roku Netflix oficjalnie zawitał do Polski zrezygnowałem ze smart DNS, pożegnałem się też z Hulu. Oczywiście: rodzima biblioteka była baaaardzo uboga, ale z czasem robiło się coraz ciekawiej.

I tak było aż do momentu w którym serwis przeszedł „lokalną rewolucję” i zaczął taśmowo tworzyć i wypychać serial za serialem. A ich katalog stał się niekończącym pasmem treści, wśród których nie potrafiłem odnaleźć nic dla siebie, „Netflix Original” zaś stał się dla mnie synonimem chłamu i seriali/filmów, które omijam szerokim łukiem. Czy to oznacza że wśród nich nie ma żadnych perełek? No nie do końca — ale na dziesiątki pozycji takich które naprawdę mnie interesujących były jakieś pojedyncze produkcje. The Kominsky Method, The Staircase, Mindhunter (ale tylko pierwszy sezon) i… to byłoby na tyle. Oczywiście nie obejrzałem WSZYSTKIEGO (czy to w ogóle możliwe?), ale jakiś czas temu jeszcze dawałem szansę potencjalnie interesującym mnie produkcjom. Ostatnie miesiące moje relacje z Netflixem wyglądały tak, że po otwarciu platformy i przejrzeniu co tam nowego, co popularnego, zamykałem aplikację, wyłączałem telewizor, odwracałem się i szedłem spać. A gdy na to było jeszcze za wcześnie, oglądałem Masterclass, HBO Go, Amazon Prime czy nawet YouTube. Bo każde z nich oferowało mi więcej interesujących treści niż Netflix. W tym miesiącu nareszcie netfliksowa nostalgia przegrała — i kiedy po raz kolejny nie znalazłem dla siebie absolutnie nic, a z konta zniknęło raz jeszcze 52 zł powiedziałem stop. Anulowałem abonament, a hurtem też poprosiłem miłego konsultanta na czacie o odpięcie danych mojej karty płatniczej. Tak wiecie, dla własnego spokoju. Swoją drogą – zdziwiło mnie to, że nie można informacji o płatnościach odpiąć jednym kliknięciem, niezbędny jest kontakt z obsługą. Plus taki, że trwa to faktycznie chwilę.

Przez te wszystkie lata Netflix przeszedł ogromne zmiany. Z mojej perspektywy niekoniecznie: ku lepszemu. Liczba subskrybentów stale rośnie, to znak, że ludziom taka usługa odpowiada — i spoko. Dla mnie jest większość tamtejszych treści nijak nie różni się jakością od masowej papki z popularnych programów TV (i to bardziej pokroju „Ukrytej prawdy” niż „Jednego z dziesięciu”), a jako że czas nie jest z gumy — wybieram filmy, seriale oraz programy które faktycznie mnie interesują. Obecnie oferta jest tak ogromna, że nie trzeba zadowalać się „tym co jest”, można przebierać i wybrzydzać. Dla mnie rezygnacja z Netflixa to symbol pewnej ery, ale nic nie poradzę na to, że mimo stale rosnącego katalogu – tam już nie ma nic dla mnie. Tymczasem u konkurencji wypatruję nowych sezonów Sukcesji, The Morning Show, One of Us i Co robimy w ukryciu. Na Netflixie nie czekam na nic, a odnowienie subskrypcji na miesiąc by obejrzeć trzeci sezon The Kominsky Method jakoś zorganizuję, gdy nadejdzie okazja ;-).