142

Po co mi bezprzewodowe ładowanie, skoro prawie nigdzie nie mogę z niego skorzystać?

“Ten Twój OnePlus 6 nie ma bezprzewodowego ładowania, słabizna” - usłyszałem niedługo po zakupie nowego smartfona. Tymczasem przez kilka lat posiadania Samsungów, które można ładować indukcyjnie, prawie w ogóle z tego bajeru nie korzystałem. Bo nie miałem gdzie.

Pamiętam kiedy pierwszy raz użyłem testowej ładowarki bezprzewodowej. Jaka nowoczesność – pomyślałem. Prawie jakby ktoś teleportował mnie na pokład USS Enterprise. Kładziesz telefon na ładowarce, nie podłączasz do niego kabelka i on się ładuje! Szok.

Bawiłem się bezprzewodową ładowarką przez tydzień. Później sam stałem się posiadaczem takiego gadżetu i…większość czasu przeleżał w szufladzie. Zdarzało się, że w nocy ładowarka przestawała ładować  telefon, przez co zamiast 100% miałem rano 40. Nie każda kostka z nią działała, nie działał każdy przewód – finał był taki, że wolałem poświęcić te kilka sekund więcej, wpiąć kabelek w złącze telefonu by mieć pewność, że wszystko zadziała tak, jak trzeba, a ja obudzę się z naładowanym smartfonem.

Przez jakiś czas miałem też w domu monitor Samsunga z funkcją bezprzewodowego ładowania. Kładło się na jego podstawce telefon, by dodać mu energii. Fakt, system działał – ale nie zawsze, nie można było położyć smartfona niechlujnie i niestety prędkość ładowania była na tyle mała, że wskaźnik naładowania miał prawie tyle samo, co wcześniej – zdecydowanie lepiej było przespacerować się po ładowarkę – albo po prostu podpiąć ją sobie przy biurku i wyciągnąć kabelek microUSB by mieć go zawsze pod ręką. Próbowałem też małej bezprzewodowej ładowarki na biurku, jest ono jednak na tyle małe, że kolejny plastik zwyczajnie je zagraca.

Powiecie, że technologia sprawdza się w samochodach. Owszem, fajny bajer – tylko nie dla mnie. Praktycznie zawsze używam smartfona jako nawigacji, jest więc wpięty w uchwyt, nie mam z niego pożytku kiedy leż na specjalnej półeczce przy dźwigni zmiany biegów. Rozmawiałem też z dziennikarzami motoryzacyjnymi, którzy testują tyle nowych samochodów, co my smartfonów – no i cóż, podobno nie zawsze działa to tak dobrze, jak powinno.

Idealnym rozwiązaniem byłoby oczywiście bezprzewodowe ładowanie na odległość. Macie na przykład specjalny nadajnik wpięty do gniazdka w okolicach biurka i telefon ładuje się dzięki temu w strefie obok Waszego stanowiska pracy. Super sprawa, choć pewnie niezbyt zdrowa zarówno dla baterii, jak i dla nas. Tu jednak różnica w sposobie ładowania byłaby ogromna, podobnie jak wygoda tego rozwiązania.

Chodziłem więc te kilka lat z Samsungami (S6, S7Edge) posiadającymi indukcyjne ładowanie i…nie miałem gdzie go użyć. Ostatnio widziałem tego typu ładowarkę na stoliku w strefie IQOS na Okęciu. Poza nią nie miałem jednak okazji spotkać podobnych rozwiązań. Oczywiście super byłoby móc położyć smartfona na ławce parku czy na przystanku autobusowym i doładować chociaż te kilka procent baterii – ale powiedzmy sobie szczerze, kto kładzie telefon luzem na oparciu ławki? Nie jestem przewrażliwiony, ale po wyjściu z domu staram się pilnować gadżetów – chwila nieuwagi i po samotnym smartfonie, który leży sobie wygodnie łapiąc energię.

Więc tak, indukcyjne ładowanie jest fajne jako opcja, dodatek. Ale dyskwalifikować smartfona tylko dlatego, że mimo szklanej konstrukcji producent nie zdecydował się na zaimplementowanie w nim indukcyjnego ładowania? W aktualnej formie trudno moim zdaniem porównywać tę technologię do takich gamechangerów, jak bezprzewodowe połączenie ze słuchawkami czy płatności zbliżeniowe dzięki NFC.

grafika