15

Po co Kowalskiemu geolokalizacja? [przemyślenia]

Wyobraźmy sobie sytuację za kilka lat – idziemy sobie ulicą, przechodzimy obok centrum handlowego i nasz smartphone zaczyna piszczeć. Wyciągamy go, patrzymy, faktycznie pika – nie na wiadomość tekstową, nie na połączenie, ale na… reklamę. Bo system wykrył w pobliżu kilkanaście różnych promocji – zniżka 50% na ciuchy, darmowe ciastko do kawy, a w lokalnej […]

Wyobraźmy sobie sytuację za kilka lat – idziemy sobie ulicą, przechodzimy obok centrum handlowego i nasz smartphone zaczyna piszczeć. Wyciągamy go, patrzymy, faktycznie pika – nie na wiadomość tekstową, nie na połączenie, ale na… reklamę. Bo system wykrył w pobliżu kilkanaście różnych promocji – zniżka 50% na ciuchy, darmowe ciastko do kawy, a w lokalnej księgarni jakiś mniej znany autor romansideł podpisuje swoje książki. A wszystko to widzimy na komórce, bo geolokalizacja robi swoje. Jak “dobrze” pójdzie, to jeszcze obok tego typu reklam zbliżeniowych, zobaczymy jeszcze nasze animowane zdjęcie. Twórcy “Raportu mniejszości” to prorocy…

Geolokalizacja na dziś znajduje zastosowanie głównie w działaniach marketingowych. Możliwość szybkiego sprawdzenia, co się dzieje w okolicy – począwszy od koncertów i imprez, po promocje na kawę w małej kawiarence na rogu – to po prostu wygoda i szybkość, pasująca do szybkiego trybu życia. I wszystko to jeszcze w pełni zautomatyzowane, bo dzisiaj rzadko komu chce się wszystko wpisywać ręcznie, przynajmniej taki wniosek można wyciągąć patrząc na aktualne trendy w aplikacjach. Czy jednak Kowalski potrzebuje geolokalizacji? Ostatnio na Interaktywnie.com narzekano, że Facebook Places to porażka, a Polacy nie rozumieją geolokalizacji. Bo meldują się, znaczy się czekinują, bardzo rzadko.

Brzmi to trochę tak, jakby nowoczesny obywatel miał obowiązek meldowania się w każdym barze, który odwiedzi. Ja jednak ponawiam pytanie, czy Kowalski potrzebuje geolokalizacji?

Idziemy na piwo…

Przykład: umawiam się ze znajomymi na piwo, idziemy w takie a nie inne miejsce. I nie mam za bardzo ochoty, by ktoś, z kim się nie umawiałem, znalazł nas w naszej kryjówce i dosiadł się do naszego prywatnego piwa. Nie ważne, czy to znajomy, czy jakiś czytelnik, który znalazł mój publiczny profil w serwisie geolokalizacyjnym. Jeśli umawiam się z określonymi osobami, to umawiam się z określonymi osobami i nikogo więcej nie chcę. Proste? Proste, łatwe do zrozumienia i łatwe do zaakceptowania.

Nie mam ochoty się meldować, bo spotkanie jest prywatne. Czy jest to więc brak zrozumienia geolokalizacji, czy po prostu dbanie o własną prywatność? Raczej to drugie. Kowalski idzie na randkę, nie melduje się; idzie na spacer, nie melduje się; jedzie na wakacje, nie melduje się. Bo po co? No właśnie, po co się meldować?

Zastosowanie geolokalizacji dla Kowalskiego

Kowalski może zyskać na geolokalizacji na różne sposoby. Może na przykład, jak już na wstępie wspomniałem, szybko określić, jakie atrakcje czekają na niego w okolicy, wyciągając komórkę i uruchamiając odpowiednią aplikację. Wszystko wyświetla się w jednym miejscu i nie trzeba skakać od strony do strony, by znaleźć coś dla siebie. W tym wypadku geolokalizacja daje Kowalskiemu narzędzie dla leniwych – może i przydatne, ale nic poza ułatwionym dostępem do informacji nie wnoszące.

A poza tym? Geolokalizacja w formie meldunków to taka nowoczesna karta stałego klienta. Nic nowego, ot po prostu to samo co kiedyś, ale w nowszej formie. Dzięki karcie stałego klienta Kowalski może liczyć na zniżki czy dodatkowe oferty. Rewolucyjne? Absolutnie nie, za to po raz kolejny, narzędzie dla leniwych. Zamiast przybijać pieczątki na kawałek papierka w McDonaldzie, można dostawać kolejne wlepki w naszym profilu na Lokterze – za X wlepek dostaniemy darmową kawę.

Coś jeszcze? Nie, to już chyba wszystko. Znaczy się, wszystko, co może być przydatne dla Kowalskiego. Ktoś może teraz wspomnieć o lokalizowaniu znajomych w okolicy. Tutaj docieramy do drażliwej kwestii prywatności. Jak już wspomniałem wcześniej, jak się człowiek umawia, to się umawia z konkretnymi osobami. Mamy do tego różne kanały komunikacji. Ale geolokalizacja? “Twój znajomy, Franek, jest w kawiarni na rogu”. Myślisz sobie, “dawno go nie widziałem, pogadamy.” Idziesz do kawiarni…

– Franek, ale przecież Ty żonaty jesteś, dlaczego tą kobietę całujesz?!

Pół biedy jak Franek jeszcze chroni swoją prywatność, ale jeśli ustawi geolokalizację na pełną automatykę, to będzie ciekawie. Ze swojej perspektywy nie widzę sensu informowania kogokolwiek o tym, gdzie się znajduję, przynajmniej nie w kwestiach prywatnych, za pomocą geolokalizacji. W kwestiach marketingowych, to już inna sprawa…

"Personalizowane reklamy zbliżeniowe" w "Raporcie mniejszości"

Geolokalizacja dla marketera i biznesmena

Kowalskiemu, w większości wypadków, nie jest potrzebna geolokalizacja, za to jest ona potrzebna marketingowcom i wszystkim tym, którzy w ten czy inny sposób trudnią się biznesem. Ułatwia zbieranie informacji o potencjalnych klientach, ułatwia obsługę klientów i może być ciekawie zastosowana w kwestiach marketingowych. Zaczynając od samych reklam zbliżeniowych – niech no system reklamy wykryje nas w odległości kilku metrów, przeanalizuje nasz profil, określi nasz stan konta i status społeczny, a potem wyświetli adekwatną dla nas reklamę, która nas na pewno zainteresuje. Science fiction? Dziś jeszcze tak, a jutro, kto wie?

Albo wyobraźmy sobie autora książki, który informuje na swoim geolokalizacyjnym profilu, że właśnie znajduje się w tej, a nie innej księgarni i podpisuje swoją najnowszą książkę. Skoro jesteś w okolicy, dlaczego by nie wpaść i nie zdobyć autografu? Czy jest to przydatne dla Kowalskiego? Nie, chyba, że jest faktycznie fanem danego autora. Ale za to tego typu rozwiązanie jest bardzo przydatne dla autora, dla osoby promującej się.

Mały zespół muzyczny? “Właśnie gramy w tym a tym klubie, wpadnij posłuchać” – jak się nudzisz, to wpadniesz, a może Ci się spodoba. Przydatne dla Kowalskiego? Nie zawsze, przydatne dla zespołu? Jak najbardziej, świetna promocja, ot co.

Małe firmy prowadzące sprzedaż detaliczną, czy świadczące małe usługi też zyskają. Wyobraźmy sobie automatyczne pobieranie danych klienta – klient wpada do firmy, system go lokalizuje, klient udziela zgody na transfer danych i informacje potrzebne firmie są już w jej systemie. To, do czego dana firma będzie potrzebowała informacji to już inna kwestia (choć fakt, tutaj nie trzeba nawet geolokalizacji, wystarczy odpowiednia aplikacja zbliżeniowa w smartphonie).

Nie wspomnę już o większych kampaniach marketingowych czy “reklamach zbliżeniowych”, bo to się rozumie samo przez się.

Geolokalizacja ma jednak potencjał

Marketing czy biznes to nie jedyne zastosowania geolokalizacji. Co powiecie na geolokalizację w turystyce? Stoisz na polu, a gadżet wyświetla Ci “Tu stała chata Macieja zza lasu”. Gdy połączymy to z Augmented Reality, to razem można dostać ciekawe narzędzie dla turystów albo urban explorerów, które, w połączeniu z odpowiednimi mediami typu video czy nagrania audio, może z powodzeniem zastąpić naszych “tour guide”.

Geolokalizacja w bezpieczeństwie, wchodzi w jakąś uliczkę, a system krzyczy “uwaga, tu biją” albo “dzielnica niebezpieczna, zalecam ewakuację.” Choć w tym wypadku nasz gadżet powinien raczej dyskretnie poinformować o potencalnym zagrożeniu :). Można też łatwo zastosować geolokalizację urządzenia w sytuacjach zagrożenia – dodajmy do tego Star Trekowe czujniki i niech system w razie ataku, zasłabnięcia czy pożaru sam wyśle informację o potrzebie pomocy do odpowiednich służb. Wraz z podaniem lokalizacji, rzecz jasna.

Geolokalizacja ma potencjał – co prawda kolejne reklamy Kowalskiemu nie są potrzebne, toteż na dziś, Kowalski może spokojnie bez geolokalizacji się obejść. Brak woli do meldowania się nie będzie więc oznaczał braku zrozumienia dla geolokalizacji, bo to nie Kowalski ma ją rozumieć – to twórcy narzędzi powinni tę geolokalizację rozumieć. Dzięki temu, technologia ta nie zakończy żywota na inwazyjnych lokalnych reklamach w komórce, a będzie miała szansę rozwinąć skrzydła, ewoluować w narzędzia, które faktycznie staną się przydatne dla zwykłego zjadacza chleba. I w tę stronę narzędzia geolokalizacyjne powinny się kierować, nie zaś tylko w stronę kolejnych systemów reklamowych. Wtedy dopiero Kowalskiemu geolokalizacja się przyda.