20

„Pierwszy człowiek” to film bezbłędny, przytłaczający i bardzo osobisty. Brawa za odwagę!

Od jednego z największych osiągnięć ludzkości mija 50 lat. Dla wielu osób to już historia, coś co można zamknąć w ramach jednego zdania w szkolnym podręczniku. Film "Pierwszy człowiek" przypomina, jak ważne i osobiste było to wydarzenie, dając nam możliwość wybrać się tę podróż razem z Neilem Armstrongiem. Pierwszym człowiekiem na Księżycu.

Od zawsze chciałem polecieć w kosmos. Szanse na to, że loty komercyjne rozpoczną się jeszcze za mojego życia raczej maleją z dnia na dzień zamiast rosnąć, ale nie przestaję marzyć. Problem w tym, że po wyprawie na Księżyc w trakcie seansu filmu Damiena Chazella wcale nie jestem już taki pewien swoich życzeń. To mogłoby być cudowne przeżycie, nieporównywalne z czymkolwiek innym, lecz kilka scen z „Pierwszego człowieka” wystarczyło, bym nabrał jeszcze większego szacunku do tych, którzy odważyli się to zrobić już wcześniej, a także do wszechświata, który poza naszą niebieską planetą nie jest dla nas zbyt gościnny. Chwilami wydawało mi się, że jestem w tej ciasnej kapsule razem z Armstrongiem, Aldrinem i Collinsem, a to już dużo mówi o samym filmie.

„Pierwszy człowiek” może zawieść niektórych widzów i ja to rozumiem

„Pierwszy człowiek” nie jest produkcją opowiadającą o pierwszej załogowej misji na Księżyc. Ci, którzy z takim przekonaniem wybierają się do kina, mogą wyjść z niego nieco zawiedzeni. To bardzo osobista, klaustrofobiczna wręcz opowieść, która – jak sugeruje tytuł – skupia się na jednym człowieku, który jako pierwszy postawił stopę na Srebrnym Globie. Całość oparto na książce „First Man” Jamesa R. Hansena. W ponad dwugodzinnym filmie zmieszczono blisko dekadę życia Neila Armstronga, ukazując najważniejsze, choć nie zawsze najlepsze chwile z jego życia. Historia rozpoczyna się w momencie rodzinnej tragedii – utraty córki o imieniu Karen. Wspomnienia o spędzonym z nią czasie będą powracać i prawdopodobnie ta swego rodzaju porażka – przegrana walka z guzem mózgu – będzie motywować Armstronga do działania. Niejednokrotnie odbija się to jego relacjach z żoną i dwoma synami, ale ciągłe starania w realizowaniu kolejnej z misji dają mu energię do brnięcia naprzód.

Tak nakręcony film sprawia, że ledwo mieścimy się w ciasnych statkach z Neilem Armstrongiem

Zanim jednak stał się dowódcą misji Apollo 11 spotka na swojej drodze kolejne nieszczęścia, straci kolegów i przyjaciół. Chazelle nie obiera w środkach, dobitnie prezentując nam jak ryzykowne były próby wysłania człowieka w kosmos w latach 60. Bliskie i nieoczywiste kadry mają nas przenieść do tych samych pomieszczeń w których znajdują się bohaterowie, a perspektywa pierwszej osoby w samolocie czy lądowniku sprawia, że nawet w kinowym fotelu będziemy się czuć nieco ściśnięci. Ryan Gosling, wcielający się w Armstronga, długo przygotowywał się do swojej roli, dużo rozmawiał z żyjącymi członkami rodziny starając się zrozumieć jaki był Neil. Uważam, że odwalił kawał rewelacyjnej roboty, szczególnie w scenach, gdzie na jego twarzy widać stłumioną eksplozję emocji.

Armstrong portretowany jest jako zamknięty w sobie, zazwyczaj opanowany i niezwykle poważny człowiek – wynika to z personalnej historii, którą opowiada Chazelle, a której domknięcia doczekacie się w ostatnim akcie. Do tej pory spekuluje się, czy Neil Armstrong rzeczywiście dokonał tak osobistego czynu podczas pobytu na Księżycu – choć brakuje jakichkolwiek potwierdzeń, to faktem jest, że na prawie 10 minut zerwał łączność i znalazł się poza kadrem kamer rozstawionych na powierzchni ziemskiego satelity. W roli drugoplanowej oglądamy Claire Foy (znaną z „The Crown”), jako Janet Armstrong – żona astronauty. Relacja tej dwójki to napięcie, które pojawia się i znika niemal na zawołanie budując wiarygodny związek ze wszystkimi jego wzlotami i upadkami.



Z pewnością nie wszystkim spodoba się sposób, w jaki opowiadana jest ta historia. W trakcie seansu należy być skoncentrowanym, by nie umknęła nam żadna informacja mówiąc wprost lub bezpośrednio z jakim okresem czasowym mamy do czynienia. Wspomniane bliskie kadry obowiązują także w trakcie pobytu w kosmosie, gdzie dochodzi do historycznego dokowania w ramach misji Gemini 8 czy startu Apollo 11. Damien Chazelle nie chciał nakręcić po części filmu dokumentalnego – skupił się na indywidualnej perspektywie Armstronga i jego towarzyszy. Podjęcie takiego ryzyka się opłaciło, bo film staje się przez to niesamowicie intymny. Przywiązanie do detali zwala z nóg. Wielu specjalistów zwraca uwagę na to, jak dokładnie odwzorowane są wnętrza budynków, a przede wszystkim statków, gdzie nawet zegary działają w ten sam sposób, co pierwowzory sprzed kilku dekad.

„Pierwszy człowiek” – dla takich filmów powstały kina IMAX

Oddzielny akapit warto poświęcić sekwencjom nakręconym kamerami IMAX, co będziecie w stanie docenić tylko w odpowiednich kinach. Obraz zaczyna wypełniać cały ekran dopiero wtedy, gdy znajdziemy się na Księżycu i niedługo później powraca do pierwotnego formatu. Podczas gdy wielu reżyserów stara się jak najdłużej wykorzystać kamery IMAX (chociażby Nolan w „Mrocznym Rycerzu”, „Interstellar” i „Dunkierce„), Chazelle postawił tylko na wybrany fragment filmu czyniąc go jeszcze bardziej wyjątkowym. Te kilka minut mija bardzo szybko, a jednocześnie trwa w nieskończoność, bo staramy się jak najlepiej przyjrzeć zbudowanej scenografii. „Pierwszy człowiek” to film, który po prostu trzeba zobaczyć w kinie IMAX i co do tego nie mam żadnych wątpliwości – scena lądowania z przejmującą muzyką w tle jest warta każdych pieniędzy.

Reżyser ponownie współpracował z Justinem Hurwitzem – ścieżka dźwiękowa jest odpowiedzialna za odpowiednią atmosferę i napięcie przez cały film, ale również milknie we właściwych momentach przypominając nam, z czym mamy do czynienia. Początkowo nie byłem jednak przekonany do kompozycji Hurwitza – uznałem ją za zbyt różnorodną i odnosiłem wrażenie, że brakuje jej głównego, wspólnego dla wszystkich lub większości utworów motywu. Po przesłuchaniu całej ścieżki dźwiękowej już w domu szybko zmieniłem zdanie. Konkretne utwory potrafią szybko przywołać emocje towarzyszące danym scenom, co zachęca mnie do ponownej wizyty w kinie.

Podejrzewam, że nie będzie brakowało opinii, według których Damien Chazelle przeszarżował. Oczywiście, że można było nakręcić inny, mniej ryzykowany i bardziej zachowawczy film, ale nie robiłby on wtedy na nas takiego wrażenia. „Pierwszy człowiek” to film bezbłędny, momentami przytłaczający i niezwykle osobisty. Brawa za odwagę!