23

Od przybytku głowa boli, czyli przekleństwo Smerfów

Od przybytku głowa boli. To zdanie towarzyszy mi od wczesnego dzieciństwa i raz na jakiś czas brzęczy w umyśle. Wszystko za sprawą Smerfów. Na początku lat 90. ubiegłego wieku, w domu rodzinnym znalazła się kaseta VHS z kilkoma odcinkami Smerfów i jeden z nich nosił wspomniany przed momentem tytuł. Innych nie pamiętam, ale ten jeden […]

Od przybytku głowa boli. To zdanie towarzyszy mi od wczesnego dzieciństwa i raz na jakiś czas brzęczy w umyśle. Wszystko za sprawą Smerfów. Na początku lat 90. ubiegłego wieku, w domu rodzinnym znalazła się kaseta VHS z kilkoma odcinkami Smerfów i jeden z nich nosił wspomniany przed momentem tytuł. Innych nie pamiętam, ale ten jeden zdobył swoją szufladkę w głowie i co kilka miesięcy daje o sobie znać. W sobotni wieczór ponownie załomotał w czaszce…

Środek weekendu, sobotni wieczór, dzień był dość intensywny, więc pojawia się zmęczenie. Na pracę nie ma ani sił, ani ochoty, czytanie też szybko zmęczyło, na gry planszowe nie ma szans – zbyt umysłochłonne. Co robić? Może raz pójść spać wcześniej i zregenerować organizm? Pomysł niby dobry, ale po pierwsze szkoda wieczoru, bo raz trafił się wolny, a po drugie spać też się zbytnio nie chce. Organizm odmawia posłuszeństwa na całej linii. Dziewczyna podziela ten stan psychofizyczny, więc nie jest najgorzej – we dwójkę zawsze raźniej w niedoli. Marazm listopadowego wieczoru przerwało pytanie ze sporą dozą sugestii: a może jakiś film? O, to dobry pomysł. Do tego wino i zapowiada się miły koniec dnia.

Jakiś czas temu pisałem w jednym z tekstów, że zdarza mi się zainwestować w gazety, do których dodawane są filmy. Zmierzam zatem do szafki z płytami, by znaleźć coś sensownego. Na stół trafiają stosiki filmów i w tym momencie pojawia się niepokój: gdy sięgam po tę kolekcję, to często kończy się na bólu głowy. Powód jest bardzo prosty – trzeba dokonać wyboru. Tymczasem mamy dwójkę decydentów, dwa różne gusty, zmęczenie i kilka lampek wina krążących w organizmach. Dialog takiej pary jest łatwy do przewidzenia:

– Może ten (za każdym razem w powietrzu pojawia się jakaś płyta)?
– Nie, to za „ciężkie”.
– A ten?
– Nie lubię tego aktora. Zresztą, słyszałem, że straszna szmira.
– To podobno jest fajne – znajomi polecali, wysokie noty, rozsądna długość…
– Ok, ale ja to już widziałem. Jak chcesz, to możemy zobaczyć, bo faktycznie dobry.
– Nie, jak widziałeś, to nie będę cię nudzić.

Rozmowa trwa oczywiście dłużej. Eliminujemy kolejno kino skandynawskie, niemieckie, rosyjskie (zawsze znajdzie się jakiś powód), chwilę debatujemy nad czeskim, ale pada argument, że ostatnio oglądaliśmy dwa czeskie filmy, które szału nie zrobiły. Z polskimi lepiej uważać – albo ciężkie albo powinni tego zakazać. W końcu wymówione zostają zdania wyznaczające „drogę” na resztę wieczoru, stawiające mnie pod ścianą, ale jednocześnie dające spore pole do popisu: Wiesz co, to ja się pójdę wykąpać, a ty coś znajdź – dostosuję się. Może być w Sieci, jeśli nie znajdziesz na płycie.

Kiwam głową i tym samym daję znak, że wchodzę w to, lecz jednocześnie marszczę brwi. Świadomie czy nie – to już mniej istotne. Efekt jest taki, że siadam przed komputerem i zaczynam przeglądać zasoby serwisów VOD oraz YouTube’a. W przypadku tych pierwszych często powtarza się, że nie dorastają one do pięt zachodnim, a zwłaszcza amerykańskim odpowiednikom i trudno w nich znaleźć coś ciekawego. To prawda, ale nie do końca. Brakuje w nich filmów znanych, hitów kinowych i „świeżynek”, sporo jest chłamu, który trudno sklasyfikować, bo z jednej strony, to bardzo złe kino, ale z drugiej, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest jakiś eksperyment, forma sztuki nowoczesnej (takiej przez duże „SZTU”) albo manifest wielkiego artysty… Nie można jednak powiedzieć, że w polskiej części Internetu nie znajdziemy legalnie filmu. Jest ich całkiem sporo, a po dokonaniu przesiewu nadal zostaje niezły pakiet obrazów, którym warto poświęcić swój czas.

Kinematograficzną alfą i omegą nie jestem, więc połowę (a może nawet 3/4) tytułów muszę sprawdzać. Jeśli noty są wysokie (lub jeśli nie są dramatycznie niskie), zapoznaję się z fabułą oraz informacjami dodatkowymi. I tu wracają demony przywołane kilka akapitów wcześniej: zbyt ciężki temat, kraj produkcji, gatunek, aktorzy… Chciałbym zobaczyć ten islandzki dramat, ale boję się, że nastroi mnie samobójczo na kilka kolejnych dni, a przecież mam miło spędzić ten wieczór i pójść spać bez widma koszmarów, jakie mogą mnie za chwilę nawiedzić i sprawić, iż w niedzielne przedpołudnie (a może nawet popołudnie) zacznę przeklinać rzeczywistość. O nie, nie dam się w to wmanewrować.

Tak mijają kolejne minuty, a potem kwadranse. Dziewczyna już jakiś czas temu wyszła z łazienki, spytała o postępy i wzięła do reki książkę. Nadal przekonuje, że chce zobaczyć film i zdaje się na mój wybór. Ale jak tu wybrać, gdy propozycji całkiem sporo? Niby już znalazłem coś ciekawego, niby spełnia warunki, jakie określiłem na początku poszukiwań. Problem polega jednak na tym, że serwis ma do pokazania jeszcze kilka stron albo kusi napisem pokaż więcej filmów. A ja go klikam albo zmieniam stronę, bo wierzę w to, że za chwilę znajdę coś fascynującego, prawdziwą perłę i zakończę dzień po mistrzowsku. Lista tytułów, które chcę zobaczyć, rośnie i jednocześnie robi się coraz większy mętlik w głowie: co wybrać? Nagle powraca wspomnienie z dzieciństwa, kaseta VHS i Smerfy: Od przybytku głowa boli. Oj boli…

Gdybym miał jeden film na płycie i brak dostępu do Sieci, to sprawa byłaby prosta. Gdyby do Sieci nie ładowano każdego dnia nowych filmów, które można legalnie obejrzeć za darmo albo za niewielką opłatą, to też nie miałbym możliwości wyboru i nie męczyłbym się przy tym. Sęk w tym, że treści cały czas przybywa i nierzadko są one bardzo wartościowe (wbrew temu, co można pomyśleć zderzając się ze współczesnymi mediami i kulturą masową). To daje możliwość wyboru, a ten może być czasem gorszym wrogiem niż bycie skazanym na jeden konkretny tytuł. Od nadmiaru powszechnie dostępnych dóbr kultury, człowiek po prostu głupieje.

Zapewne nie zaskoczę Was informacją, że tego dnia projekcji nie było. Dziewczyna zasnęła, ja kiwałem się przed monitorem z poczuciem klęski i wiedziałem, iż nie towarzyszy mi ono po raz ostatni – przynajmniej w tym kontekście. Przecież następnego dnia nadal mogę mieć ten sam problem: padnie hasło obejrzyjmy coś do śniadania/kawy i zacznie się szukanie. Tym razem jednak odpadną argumenty w stylu „jestem zmęczony i nie mam sił albo ochoty na daną tematykę”. W niedzielny poranek obejrzeć można wszystko. Lista filmów zostanie zatem poszerzona i wybrać będzie jeszcze trudniej.

Argument w stylu: tu nie ma się nad czym zastanawiać, trzeba po prostu włączać komputer/TV i oglądać, nie sprawdzi się do końca. Treści godnych uwagi mamy dzisiaj tak dużo, że selekcja jest konieczna, bo na wszystko zdecydowanie nie wystarczy czasu, sił, chęci. Z każdym miesiącem czasu ubywa (w różnych kontekstach), a obrazów do zobaczenia przybywa. Najgorsze jest to, że sprawa nie odnosi się jedynie do filmów. Przecież jest jeszcze muzyka, literatura, artykuły… Sieć daje mi też możliwość zapoznania się z innymi owocami kultury – za sprawą Internetu mogę zwiedzać muzea, parki narodowe, miasta. Kiedyś sprawa była prosta: nie stać mnie na wyjazd do Barcelony, wiec nie jadę. Dzisiaj można to miasto poznać (w ograniczony sposób, ale jednak) z własnej kanapy.

Od przybytku głowa boli. Powtórzę to z pełną świadomością. Po dwudziestu kilku latach od obejrzenia przywołanego odcinka Smerfów. Myśląc o tej kasecie, zacząłem się zastanawiać, czy na YT można obejrzeć wspomnianą bajkę. Sprawdziłem i… można. Co więcej, ze Smerfami da się w serwisie należącym do Google spędzić całkiem sporo czasu. Chętnie bym to zrobił, ale znowu pojawia się pytanie: wybrać to, czy coś innego? A jeśli Smerfy, to który odcinek…?

https://www.youtube.com/watch?v=ZA8pqI5p160

Źródło grafiki: multnow.ru