27

Od gracza niedzielnego do gracza codziennego – o grze, której udało się to zmienić

Po obejrzeniu trailerów narobiłem sobie niezłego smaka na tę pozycję. Nowy Battlefront zapowiadał się znakomicie i przyznam się, że niemal złożyłem zamówienie przedpremierowe. Gdy jednak emocje opadły i włączył się zdrowy rozsądek wycofałem zamówienie i zdecydowałem, że zaczekam na pierwsze recenzje. Do tej pory tego żałuję.

Na zakup Battlefronta zdecydowałem się dość późno, bo kilka dni przed okresem świątecznym. Być może udało mi się zaoszczędzić parę groszy, szczególnie że trafiłem na jeden z ostatnich egzemplarzy z DLC i plakatem, lecz już pierwszego wieczoru na tyle przekonałem się do rozgrywki, że nie mogłem odżałować nawet tych kilku tygodni straconego czasu. Nie uważam się za pełnoprawnego gracza i zawsze o tym przypominam, ponieważ już dosyć dawno zatraciłem w sobie tę „żyłkę” do grania. Wciąż z wielką sympatią wspominam godziny spędzone przy takich tytułach jak Mafia czy Max Payne, dlatego poszukiwałem czegokolwiek, co wciągnęłoby mnie na dłużej niż 2-3 z rzędu.

Jak się okazuje, nie jest do tego potrzebna intrygująca opowieść, która to przecież była jedną z fundamentalnych cech wymienionych powyżej gier. Battlefront urzekł mnie atmosferą, która towarzyszy wewnątrz gry na każdym kroku. Naturalnie nadal nie należę do czołówki „zabijaków” szalejących po mapach, ale mimo to, nie jest to dla źródłem frustracji. Ogromnę rolę w kreowaniu tak przyjemnego klimatu ma oczywiście uniwersum, w którym dzieje się akcja gry, a że jestem po prostu fanem Star Wars, to te pozytywne emocje biorą górę. Naprawdę nie pamiętam kiedy tak długo nie potrafiłem oderwać się od komputera – wmawianie sobie „jeszcze tylko mecz” to dosyć często powtarzająca się w ostatnim czasie sytuacja.

featuredImage.img

Pewien czas temu Grzegorz głośno przyznał, że „nie wie co się z nim dzieje”, skoro codziennie wieczorem zasiada do komputera i uruchamia CS-a. Obecnie ja również nie mogę doczekać się chwili, w której wszystkie (lub prawie wszystkie;) zadania z listy „to-do” będą wykonane i będę mógł ze spokojną głową wygodnie rozsiąść się w fotelu i odpalić Battlefronta. Dostrzeżenie wad gry nie jest trudne, szczególnie, że gdzieś z tyłu głowy mam sporo informacji zaczerpniętych z przeczytanych recenzji i na niektóre wady zwracam uwagę mimochodem. Czy przeszkadza mi to w graniu? W żadnym wypadku.

Jak już wspomniałem, moje umiejętności są dość ograniczone, zwłaszcza że mam za sobą bardzo długą przerwę od jakichkolwiek FPS-ów. W chwilach, gdy mam już dość przeważającej liczby zgonów nad liczbą pokonanych przeciwników przełączam się na inny tryb, chociażby potyczkę w przestworzach i sięgam po kontroler. Atmosfera gwiezdnych wojen zostaje zachowana, a taka odskocznia daje szansę na spróbowanie własnych sił w czymś delikatnie innym. Nie napiszę, że sterowanie X-Wingiem czy TIE fighterem jest łatwiejsze od poruszania się postacią po lądzie, bo wcale tak nie jest, ale przy odrobinie szczęścia udaje mi się zdobywać nieco lepsze rezultaty.

Na chwilę obecną nie zwracam większej uwagi na pozostałe statystyki, rangi i nagrody. Czy to przyjdzie z czasem? Czy dam się na tyle wciągnąć, że rzeczywiście będę się tym o wiele bardziej interesował? Sam jestem ciekaw jak długo potrwa i jak daleko zajdzie ta pasja. Pojawiła się znienacka, więc podejrzewam, że równie łatwo może odejść. EA obiecuje i dostarcza co raz to nowe dodatki do Battlefronta utrzymując zainteresowanie graczy, w tym moje, ale do kiedy utrzymają takie wsparcie?

The-Division-1

Na horyzoncie pojawia się już inny tytuł, który niemal idealnie wpasowuje się w moje gusta i równie niecierpliwie wyczekuję jego debiutu, podobnie jak Paweł. Tak, na myśli mam ten wielokrotnie przekładany, wciąż nieukończony tytuł Ubisoftu – The Division. Już dziś wiemy, że mapy, które dostarczą graczom na starcie będą skromniejsze, niż zapowiadano, a rozszerzenia pojawią się w późniejszym czasie w postaci DLC. Czy to powstrzyma mnie przed zakupem gry w dniu premiery? Nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji, ale emocje mogą wziąć górę.