2

Oby całe Halo: Nightfall było lepsze niż pierwszy odcinek…

Graczem jestem raczej niedzielnym, ale jeśli już gram, to tylko w gry, wraz z którymi wiąże się pewna historia. Do dzisiaj nie mogę przeboleć faktu, iż szanse na kontynuację serii S.T.A.L.K.E.R są raczej niewielkie – zakończenie ze Zewu Prypeci mnie nie usatysfakcjonowało, a historia czarnobylskiej Zony ma potencjał, by pociągnąć ją dalej. Podobnie jest i […]

Graczem jestem raczej niedzielnym, ale jeśli już gram, to tylko w gry, wraz z którymi wiąże się pewna historia. Do dzisiaj nie mogę przeboleć faktu, iż szanse na kontynuację serii S.T.A.L.K.E.R są raczej niewielkie – zakończenie ze Zewu Prypeci mnie nie usatysfakcjonowało, a historia czarnobylskiej Zony ma potencjał, by pociągnąć ją dalej. Podobnie jest i z Halo, którego uniwersum po prostu wciąga. Ograłem każdą grę z tej serii i do dziś jeszcze wracam ponownie do dobrze mi już znanych lokacji.

O ile film „Naprzód do świtu” zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, tak po pierwszym odcinku „Nightfall” nie bardzo wiem, co mam powiedzieć. Poprzednia produkcja filmowa z uniwersum Halo w roli głównej urzekła mnie świetnym przeniesieniem historii znanej z gry na wielki ekran. Gra aktorska to już sprawa dyskusyjna. Mnie ów film oglądało się bardzo przyjemnie, mimo to mam wrażenie, że i tę kwestię można było nieco bardziej dopracować.

Przyrównując do siebie „Naprzód do świtu” oraz Nightfall odnoszę wrażenie, że nowy rozdział historii z gry odstaje od poprzednika. Aktorzy są po prostu „bezpłciowi”, a ich gry nie zamierzam oceniać tylko po kilku scenach. Dziwi mnie także ich dobór – pierwszy odcinek ma zachęcać, wzbudzać zainteresowanie. A co otrzymaliśmy? Mdłą historyjkę o niebezpieczeństwie, wyprawie w nieznane – tam, gdzie ma podobno odbyć się piekło. Gdzie to piekło, ja się pytam? Gdzie rozmach, gdzie wybuchy, gdzie majestat znany z gry?

Nie ma, po prostu nie ma

Każdy, kto grał w jakąkolwiek grę z tej serii dobrze wie, że mało jest gier podobnych do Halo. Zwłaszcza, jeśli zajmiemy się wspomnianym wyżej „rozmachem”. Lokacje znane z gry powalają niesamowicie udanym połączeniem bujnej, jakby dziewiczej natury z złowieszczymi i pięknymi zarazem obiektami. „Czwórka” nieco odstawała od poprzedniczki pod względem chęci powracania do niej, jednak mocno nadrabiała lokacjami, które korespondowały z tym, do czego się przyzwyczaili wielbiciele serii – dodając do tego więcej i jeszcze więcej.

Dziwi mnie także, iż serial od Ridleya Scotta, autorytetu w świecie filmu i osoby, która jako jedyna z niewielu ma predyspozycje do „uniesienia” ciężaru uniwersum Halo dał się pokazać od słabszej strony debiucie. Skoro ma być piekło, niech aktorzy będą przerażeni naprawdę, niech nie wyglądają tak, jakby dopiero co wyszli spod prysznica. Gdzie brud, gdzie błoto i gdzie strach? Również nie ma – agent Locke i reszta świty robią za kosmicznych Rambo. Wiedzą, że czeka ich naprawdę niezły kocioł, jednak ich twarze nie zdradzają powagi owej sytuacji.

Halo ma jeszcze jeden problem…

Produkcje filmowe związane z tą grą niezbyt trafiają do ogółu publiczności. Najbardziej zainteresowani są oczywiście ci, którzy uniwersum Halo dobrze znają z gier – nic w tym dziwnego. Szkoda jednak, że nie udało się przemycić tej naprawdę niezłej historii do świadomości innych konsumentów kultury. Jak będzie z serialem Scotta? Miejmy nadzieję, że lepiej – przede wszystkim w porównaniu do tego, co zobaczyliśmy na samym początku. Ja jestem zawiedziony, zwłaszcza że na Nightfall czekałem naprawdę niecierpliwie.

Grafika: Halo Waypoint