19

O informacji, Amerykanach i „polskich obozach zagłady” słów kilka

Informacja to towar, informacja to pieniądze i władza. Mądrość znana od dawna, Ameryki tu nie odkrywam. Ameryka jest zresztą świetnym przykładem potęgi budowanej na informacji. Różnie pojmowanej, różnie przetwarzanej i wykorzystywanej. Warto jednak podkreślić, że chociaż do zdobywania i analizowania informacji używają wielu zróżnicowanych środków, łożą na to grube miliardy dolarów, tworzą bardzo rozbudowany system, […]

Informacja to towar, informacja to pieniądze i władza. Mądrość znana od dawna, Ameryki tu nie odkrywam. Ameryka jest zresztą świetnym przykładem potęgi budowanej na informacji. Różnie pojmowanej, różnie przetwarzanej i wykorzystywanej. Warto jednak podkreślić, że chociaż do zdobywania i analizowania informacji używają wielu zróżnicowanych środków, łożą na to grube miliardy dolarów, tworzą bardzo rozbudowany system, to często umyka im wiedza dostępna od ręki, taka, która nie wymaga wielkich budżetów, a może naprawdę wiele dać.

Wczoraj wieczorem pisałem o planach DHS (Departament Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych), agencja zamierza utworzyć filię w Dolinie Krzemowej, by pozyskiwać tam talenty i zacieśniać współpracę z sektorem prywatnym. Docelowo chodzi o zdobywanie i przetwarzanie informacji w sposób, który dla większości z nas jest abstrakcją, nie zdajemy sobie sprawy z metod, budżetu i skali, właściwych dla tego procesu. Tym razem nie zamierzam jednak zagłębiać się w ten temat, on po prostu skłonił mnie do refleksji dotyczącej zdobywania danych przez Amerykanów.

Bardziej interesuje mnie to, czy naszym sojusznikom zza Oceanu trudno jest skorzystać z informacji, które mają podane na talerzu. Czy mają jakiś problem z uruchomieniem wyszukiwarki internetowej, wejściem na strony Wikipedii, muzeów, różnego typu organizacji albo serwisów edukacyjnych, popularnonaukowych (te bardziej zaawansowane zostawmy specjalistom)? Zastanawiam się nad tym nie bez powodu – od kilku dni w Polsce dyskutuje się na temat szefa FBI, który w swoim przemówieniu w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie mówił m.in. o mordercach i ich wspólnikach z Niemiec, Polski i Węgier oraz wielu innych miejsc. Być może, gdyby amerykański urzędnik lub jego ludzie potrafili wynajdywać w Sieci powszechnie dostępne informacje, a nie tylko te ukrywane czy prywatne, to do takich wpadek by nie dochodziło. To odnosi się także do prezydenta Obamy, który kilka lat temu mówił o polskim obozie śmierci.

Gdyby szef FBI, pan Obama i ich pracownicy zakasali rękawy i użyli Internetu do zdobycia wiedzy, mogliby poznać nie tylko historię Polski, nazistowskich Niemiec czy II wojny światowej, ale też zagłębić się w udział swojego kraju, swoich obywateli i firm w wydarzeniach z tego strasznego okresu. I nie byłyby to jedynie informacje o bohaterskich czynach amerykańskich żołnierzy na normandzkich plażach albo wysepkach Pacyfiku, oj nie. Mogłoby się okazać, że prócz morderców i ich wspólników z Niemiec, Polski i Węgier, w zbrodni maczali też palce ich rodacy. Poznaliby np. życiorys amerykańskiego bożyszcza, tytana amerykańskiego przemysłu i uosobienia idei American Dream. Ja zajrzałem do Sieci i szybko wynalazłem takie oto informacje:

Mimo swojego pacyfizmu Ford nie wahał się współpracować z reżimami Hitlera i Stalina. W ZSRR zbudował fabrykę GAZ (Gorkowskij Awtomobilnyj Zawod). Wkrótce po jej otwarciu amerykańskich specjalistów, którzy zostali, by nadzorować produkcję, oskarżono o szpiegostwo i rozstrzelano lub zesłano do gułagów. W 1925 r. powstała pierwsza niemiecka fabryka Forda. Potentat był w dobrych stosunkach z nazistami i wiele wskazuje na to, że również podczas II wojny światowej menedżerowie Ford Motor Company utrzymywali z nimi kontakty. W 1936 r. funkcjonariusz NSDAP poinformował wysłannika Forda, że dyrektor zakładów w Kolonii jest Żydem i należy z tym coś zrobić. Właściciel wyrzucił dyrektora, który zresztą żydowskiego miał tylko pradziadka, a sam wyznawał protestantyzm, i przyjął na jego miejsce prawdziwego Aryjczyka Roberta Schmidta. Ten przestawił produkcję na potrzeby wojska. Ford był posiadaczem pakietu kontrolnego zakładów również w latach 1939-1945. W 1938 r. za zasługi dla III Rzeszy otrzymał najwyższe odznaczenie przyznawane cudzoziemcom: Krzyż Wielki Orderu Orła Niemieckiego. Jedną trzecią niemieckich ciężarówek wojskowych, które odegrały kluczową rolę w realizowaniu strategii blitzkriegu, wyprodukował Ford. Po wojnie Schmidt i inni menedżerowie z hitlerowskim rodowodem utrzymali stanowiska.[źródło]

Führer trzymał nad biurkiem duże zdjęcie fabrykanta, a w biblioteczce „Międzynarodowego Żyda” – jak twierdził „The New York Times” – mocno podniszczonego częstym kartkowaniem. Hitler nie ukrywał zresztą, że wydana po niemiecku w 1924 r. książka była dla niego „wielką inspiracją”. Jej fragmenty w nieco zmienionej formie trafiły do „Mein Kampf”. Sympatia była obopólna. [źródło]

A to czubek góry lodowej dotyczący jednego człowieka, jednej firmy. O innej amerykańskiej korporacji, gigancie z sektora IT, można przeczytać, że pomogła nazistom nie tylko w lepszej organizacji państwa i armii, ale też uśmiercania ludzi na wielką skalę:

Holocaust dokonałby się z firmą IBM albo bez niej, ale Holocaust, jaki znamy, zagłada ludzi na wielką skalę, to Holocaust technologii IBM. To ona umożliwiła nazistom osiągnięcie wielkiego wymiaru, szybkości i skuteczności [zagłady] [źródło]

Korzystając z wyszukiwarki internetowej albo archiwum FBI (pewnie jest w formie cyfrowej, a szef ma do niego dostęp), można się też dowiedzieć, że Amerykanie nie mieli oporów przed ściąganiem do USA nazistów i zapewnianiem im ochrony:

Kulisty operacji „Spinacz”, w ramach której przerzucono do Ameryki wybitnych niemieckich naukowców pracujących dla Hitlera, m.in. Wernhera von Brauna, ojca przemysłu rakietowego i doktora Hubertusa Strug-Holda, zwanego ojcem medycyny kosmicznej, są powszechnie znane. Do tejo ty nie było pewne, czy USA – zatrudniając ich – miała świadomość, jakie zbrodnie popełnili. To oni pomogli USA wygrać wyścig kosmiczny.

Z książki Ericha Lichtblaua „The Nazis Next Door: How America Became a Safe Haven for Hitler’s Men” wynika, że wiedza amerykańskich służb na ten temat była pełna. Zarówno szef FBI, jak i CIA z czasów zimnej wojny uważali, że można przymknąć oko na przeszłość i zbrodnie nazistów, jeśli mogą się oni przysłużyć walce z ZSRR. [źródło]

Zdobycie tych informacji zajęło mi kilka minut. Potrzebny był komputer i dostęp do Internetu. Gdybym poświęcił zagadnieniu cały dzień, mógłbym pewnie zebrać dane, które pozwoliłyby mi stwierdzić, że Amerykanie w znacznej mierze przyłożyli rękę do rozlewu krwi w Europie w poprzednim stuleciu i do zagłady milionów ludzi w obozach. Informacje te pozyskałbym bez sztabu hakerów i programów śledzących wszystko, co pojawia się w Internecie. Wystarczyłaby odrobina dobrej woli, ciekawość świata, chęć poznania historii. Chociaż Amerykanie są informacyjną potęgą, to najwyraźniej nadal raczkują w kwestii zdobywania danych z powszechnie dostępnych źródeł i właściwej interpretacji wiedzy. Może przydałaby się do tego kolejna agencja?

Źródło grafiki: youtube.com