94

Nowoczesny biletomat – bubel kontrolowany

Kłótnie, rękoczyny, sądy, komornicy. To efekty nowej technologii wprowadzonej trzy lata temu przez Mennicę Polską we Wrocławiu. Postęp w tym przypadku dokonał się według klasycznej narodowej zasady „dwa kroki do przodu, trzy do tyłu”. Komunikacja miejska we Wrocławiu to kuriozum. Możecie podróżować nowoczesnymi wygodnymi klimatyzowanymi tramwajami rodem ze Star Treka, ale do tego potrzebny jest […]

Kłótnie, rękoczyny, sądy, komornicy. To efekty nowej technologii wprowadzonej trzy lata temu przez Mennicę Polską we Wrocławiu. Postęp w tym przypadku dokonał się według klasycznej narodowej zasady „dwa kroki do przodu, trzy do tyłu”.

Komunikacja miejska we Wrocławiu to kuriozum. Możecie podróżować nowoczesnymi wygodnymi klimatyzowanymi tramwajami rodem ze Star Treka, ale do tego potrzebny jest Wam bilet. I tu zaczynają się schody przypominające nieco wysiłki Yossariana z „Paragrafu 22” Hellera.

Bilet możesz kupić praktycznie na każdym przystanku. Teoretycznie. W praktyce bowiem ustawione przez Mennicę Polską biletomaty to przykład okrutnego bubla. W moim przypadku 30% prób zakupu biletu zakończyło się fiaskiem. Brak prądu, brak połączenia z siecią i tak dalej. Jedna z maszyn, najwidoczniej skandalicznie niedokarmiona, chwyciła w swe stalowe zęby kartę płatniczą i puścić nie chciała. Na nic mój wdzięk osobisty, prośby i groźby. Musiałem użyć siły i teraz czuję się jak damski bokser.

Oczywiście rzecznik Mennicy Polskiej wielokrotnie się w tej materii wypowiadał i trudno zliczyć wesołe tłumaczenia. Wszyscy są winni poza właścicielami maszyn. Wrocławianie, bo to wandale i złodzieje, więc psują biletomaty (nota bene wandaloodporne). Winna jest też wrocławska sieć energetyczna, bo zasilanie jest zbyt słabe…

Automaty urbancard ciągle się psują, bo pracują na akumulatorach, a w nocy ciągną prąd z latarni ulicznych. Za prowizorkę Mennica, właściciel biletomatów, wini miejskich urzędników. Magistrat grozi, że jak tak dalej pójdzie, nie przedłuży umowy z firmą (źródło).

Według Michała Zalewskiego z Mennicy Polskiej sytuacja wynikła ze zbyt krótkich terminów narzuconych przez miasto. Słowem „daliśmy wam bubel, bo nie było czasu, a trzeba było zainkasować wypłatę”. Jasne, w Polsce jest to powszechnie przyjęte i całkowicie zrozumiałe. Zapewne cieszyły się też z tego same władze, bo wzrosły wpływy do Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji. Jakim cudem? Poprzez farming nabitych w butelkę pasażerów. Ale o tym za chwilę.

Wróćmy do tramwaju, a raczej na przystanek. Bo wciąż czekamy na spóźniony pojazd, co we Wrocławiu stanowi mocno już zakorzenioną tradycję. Motorniczy często bowiem w czas odjazdu przypomina sobie, że nie zapalił jeszcze papierosa. A że fajeczki gonią, to po dymku trzeba zaliczyć latrynę, ergo tramwaj z pętli potrafi ruszyć z 10-minutowym opóźnieniem.

Ale dość tych złośliwości! Nadjeżdża pojazd! Wsiadamy więc bez biletu, ale odwagi – w polskiej dolinie biedakrzemowej możesz bilet kupić w drodze. Nie u motorniczego, jak w jakiejś tam stolicy, tylko w kolejnych biletomatach Mennicy Polskiej. Mniejszych, mobilnych i równie bezawaryjnych…

Wyciągamy kartę płatniczą Maestro. Pik, pik, pik po ekranie dotykowym, oczekiwanie na bilet… Pierwsza próba nieudana. Biletomat grzecznie informuje o braku zasięgu. Druga próba – to samo. Przy trzeciej otrzymujemy informację, że transakcja nie mogła być zrealizowana. Dlaczego? Otóż biletomat nie obsługuje jakże powszechnych kart Maestro. Wszak to karty pospólstwa. Mennica życzy sobie Visy. W porządku, wyciągamy Visę, trzy razy próbujemy kupić bilet i przy odrobinie szczęścia odbieramy druczek. O ile biletomat w ogóle działa.

Dwa lata temu miałem nieszczęście wsiąść do tramwaju i natknąć się na wyłączony (zaznaczam – WYŁĄCZONY) biletomat. Nie zdążyłem już z pojazdu wyjść, bo dziwnym trafem zatrzymali mnie kontrolerzy. Ponieważ logiczna argumentacja nie przyniosła skutku, wyciągnąłem telefon i zacząłem nagrywać całą, jakże kuriozalną sytuację, mimo gorących sprzeciwów ze strony moich oprawców.

Czemu napisałem „oprawców”? Bo w pewnym momencie jeden z kontrolerów uderzył mnie, wytrącając mi telefon z ręki. Niestety, nie miałem czasu zrobić obdukcji, ale jeszcze tego samego dnia złożyłem skargę w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji. Na rozpatrzenie jej czekam do dziś. Tymczasem krótko po zdarzeniu ogłoszono we Wrocławiu coś na kształt amnestii:

Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne, Wydział Transportu Urzędu Miasta Wrocławia oraz Mennica Polska zmieniły regulamin kontroli pojazdów MPK. Zgodnie z nowymi przepisami, pasażer nie otrzyma mandatu, jeżeli w chwili kontroli nie działa biletomat. Wtedy dostanie wezwanie do zapłaty za jednorazowy przejazd. Jeżeli nie zrobi tego w czasie 7 dni, zapłaci karę grzywny za przejazd bez ważnego biletu. Kiedy biletomat nie działa pasażerowie powinni przy nim stać, bowiem często bywa tak, że po 2-3 minutach automat odzyskuje łączność i bez problemu można kupić bilet (źródło).

Pomyślałem więc, że nałożoną na mnie karę anulowano i postanowiono o sprawie zapomnieć, by nie robić afery. Jakże się pomyliłem! Księgowa w pracy poinformowała mnie bowiem, że w imieniu wrocławskiego MPK na moją wypłatę usiadł komornik, zabierając mi… 500 zł! Wcześniej oczywiście temat zatwierdził sąd. Naturalnie bez mojej wiedzy, bowiem informacje szły na nieaktualny adres (mimo że podałem w MPK adres bieżący). Złożyłem więc kolejną skargę wraz z żądaniem anulowania postępowania egzekucyjnego. I ponownie odpowiedzi nie otrzymałem.

Na takim farmingu zarabiało miasto. Wystarczyło wyłączyć biletomat, by nabić pasażerów w butelkę i zgolić ich z mamony. Łatwe pieniądze. Jeszcze lepsze były w tej materii lokaty długoterminowe w postaci mandatów z odsetkami. Skarg jednak było zbyt dużo, więc musiano zaprzestać procederu. Teraz, gdy biletomat nie działa, musimy stać przy nim na baczność i liczyć na litość. Może się nam upiecze, choć bez wizyty w biurze obsługi pasażera prawdopodobnie się nie obędzie.

Dwa do przodu, trzy do tyłu. Tak wygląda nowoczesna technologia w wydaniu Mennicy Polskiej. Przypomina mi to sytuację mojej matki, która stosunkowo niedawno kupiła niezbyt tani bilet na pociąg, by przekonać się, że w toalecie nie ma nawet papieru toaletowego. Gdy napisała pismo do PKP, uprzejmie odpowiedziano jej, że jest to wina pasażerów, bo ciągle kradną.

Mennica Polska kroczy tą samą drogą. Tłumaczeń wciąż tam nie brakuje. Moją ulubioną wypowiedzią pana rzecznika jest ta o „dotaraciu”:

Przybylski przyznaje jednak, że partia kilkunastu urządzeń, które zamontowano ostatnio, znajduje się w okresie obsługi pomontażowej. – Oznacza to, że są one jakby na dotarciu – tłumaczy Przybylski (źródło).

Jan Pietrzak, parodiując kiedyś polskie władze, zapytał: czy chcecie, by było lepiej, ale będzie gorzej? I to jest doskonałe podsumowanie blagi związanej z nową technologią przyjazną pasażerom. Dziękuję za uwagę.

Fot. w nagłówku www.skoda.cz

 

PS. Jako że rozgorzała dyskusja i zarzuca mi się konfabulację, wklejam druczek z ostatniego piątku (druczków takich mam więcej).

visa

Oczywiście nadal pozostaję użytkownikiem i zwolennikiem biletów miesięcznych, które są niezawodne. Ta forma płatności nie dotyczy jednak przyjezdnych, którzy we Wrocławiu są na krótki czas. Dlatego problem z jakością biletomatów i jakości obsługi warto by jednak rozwiązać. Polecam też kilka informacji, które wskazują na fakt, iż mój przypadek nie jest odosobniony:

Pasażer MPK: kontrolerzy nie dali szans na skasowanie biletów i grozili pobiciem

Kobieta pobita przez kontrolera biletów

Wrocław: Kontrolerzy MPK sterroryzowali pasażerkę? Sprawą zajmuje się policja