Microsoft

No, dobra. Microsoft Edge jest fajny. Ale to nic nie zmienia

JS
Jakub Szczęsny
89

Nowe technologie to także wielkie emocje - z tym stwierdzeniem nie powinno się polemizować. A Microsoft Edge dotyka bardzo poważnego problemu w Microsofcie. Historia Internet Explorera pokazuje, jak wiele można zepsuć w ramach jednego projektu - nie bez powodu kiedyś dokonałem przesiadki najpierw na...

Nowe technologie to także wielkie emocje - z tym stwierdzeniem nie powinno się polemizować. A Microsoft Edge dotyka bardzo poważnego problemu w Microsofcie. Historia Internet Explorera pokazuje, jak wiele można zepsuć w ramach jednego projektu - nie bez powodu kiedyś dokonałem przesiadki najpierw na Firefoxa, a potem zaufałem Chrome. Co mnie do tego skłoniło? Powiew świeżości, szybkość działania - coś, czego nie mogłem spodziewać się po przeglądarce Microsoftu.

Gigant jednak w końcu zebrał się do kupy i zaczął naprawiać to, co popsuł. Gódźcie się ze mną lub nie, ale obecnie IE nie przypomina tego, co kiedyś najzwyczajniej w świecie odrzucało. Natomiast reszta stawki wydaje się podupadać. Powrót do przeglądarki Microsoftu nastąpił tuż po premierze Windows 8, gdy Chrome zamiast kontynuować ideę, od której rozpoczął ekspansję na rynku, po prostu ją podeptał. I o ile pierwsze wersje Chrome były genialne - proste do bólu i szybkie jak piorun, tak pod koniec mojej przygody miałem wrażenie, że projekt zamienia się w śmierdzącą, starą szkapę z magnesami przyczepionymi do kopyt. W dodatku próbującą galopować po stalowym podłożu.

W Internecie jednak nikt nie wyśmiewa Google Chrome - jeżeli już żartuje się z przeglądarek, to w najgorszej sytuacji zawsze jest IE. Albo odtrącany, albo wsuwający klej. Bo jest głupi, bo powolny, bo to syf ostatni, a jeżeli już cokolwiek uda mu się wyświetlić, to najczęściej komunikat o błędzie. Tylko, że to absolutnie nie pasuje do dzisiejszego Internet Explorera. Ktokolwiek korzystał z 10/11, ten wie, że to już dawno odeszło w zapomnienie. Nie mówię o tym bez powodu - wszystkie teksty, które dotąd powstały na AW spod mojej ręki, zostały napisane w dużej mierze dzięki IE.

Na podwalinach tego, co udało się osiągnąć Microsoftowi na polu przeglądarek wyrósł Microsoft Edge. Już nie Internet Explorer, którego nie wyrzuca się na śmietnik. Zabrano go na zaplecze, rozebrano i kazano przywdziać nowe szaty. Powiedziano mu także: "Twoje imię jest spalone, nadajemy ci nowe.". Jak niewiele dzieli niedawnego Spartana od IE pokazuje nawet to, że Microsoft nie oparł się pokusie, by zachować podobne logo nowego projektu - w dalszym ciągu użytkownicy, by otworzyć przeglądarkę będą klikać "takie "E" na pulpicie".

Spartan zaczął podobać się już wcześniej, a zaprezentowanie go na bardzo udanym w tym roku Buildzie tylko dodało mu splendoru. Po konferencji dowiedzieliśmy się m. in., że urządzenia Lumia być może zaczną być naprawdę godnymi konkurentami dla telefonów z Androidem i iPhone'ów. Że tablety z Windows zamiast być ciekawostką przyrodnicza, zaczną się liczyć, a Windows 10 będzie absolutnym hitem. Co do dwóch pierwszych stwierdzeń mam ogromne wątpliwości, a i trzeciego nie jestem pewien w stu procentach.

Media technologiczne chwyciły temat i zaczęły pojawiać się mniej lub bardziej napakowane emocjami publikacje. Najbardziej rozbawił mnie przypadek, w którym rozpisywano się o tym, jak to Edge "miażdży", "pokonuje", "pokazuje gdzie pieprz rośnie" Chrome w Octane 2.0. Oczywiście dla kontrastu umieszczono IE11 na wykresach, gdzie wyglądał niesamowicie biednie. Jak nie IE, którego używam tu i teraz. Skoro taka różnica dzieli Chrome i Explorera, to dlaczego do diaska mam problem, gdy tylko muszę tknąć tej "czerwono-żółto-zielono-niebieskiej kulki" na pasku zadań?

Po pierwsze - wykres to TYLKO wykres. Różnica w Octane i JetStream między Chrome i Edge jest tak niewielka, że nawet, gdyby to miało jakiekolwiek realne przełożenie na komfort korzystania z przeglądarki, to użytkownik raczej by tego nie odczuł. Po drugie - biorąc za pewnik wynik IE, musiałbym soczyście zakląć i stwierdzić, że nieźle ze mnie pokręcony pacan, skoro korzystam z nieużywalnej przeglądarki. A tak przecież nie jest.

Wykresy wyglądają pięknie, ale zwykłego użytkownika one z reguły nie obchodzą. I tu dla Edge zaczynają się pewne schody. Może się okazać, że istnienie Edge zostanie najzwyczajniej w świecie zignorowane i tym samym, Edge podzieli los Explorera. Nie jestem pewien, czy jest jeszcze miejsce dla kolejnej przeglądarki i abstrahuję tutaj od żałosnej reputacji IE, która owszem, mogła przeszkadzać. Ale Chrome jest obecnie tak silny, że trudno mi wskazać jakiekolwiek powody, dla których miałby on ustąpić miejsca "nowej, lepszej" przeglądarce Microsoftu. Ludzie są do Chrome przyzwyczajeni i już pal licho, że stała się ona niesamowicie zasobożerna i ciężka. Z tej "czerwono-żółto-zielono-niebieskiej kulki" korzystają na co dzień - na tablecie, na telefonie i na komputerze. Dlaczego mieliby się przesiadać na coś innego?

No i jak sami zapewne wiecie, benchmarki, wykresy niekoniecznie pokazują to, co chcielibyśmy wiedzieć. Dlatego też stronię od nich i w moich recenzjach często ich brakuje na rzecz mojej własnej, subiektywnej oceny komfortu korzystania z danego urządzenia. Podobne zdanie mam w wypadku przeglądarek. To, co zobaczyłem na wykresach podanych przez WinBeta wcale mnie nie zaszokowało, nie zadowoliło, ani nawet zasmuciło. Ocenię dopiero, jak Edge będzie projektem gotowym - na razie można sobie gdybać i zaklinać rzeczywistość.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu