93

Nikt nie lubi Volvo, ale to dobrze o nich świadczy

Volvo przeszło bardzo długą drogę. Od pudełek na kołach, latających cegieł aż po pięknie wykonane, minimalistyczne, trącące prestiżem pojazdy, które obecnie są napędzane przez silniki benzynowe o pojemności maksymalnie 2 litry i ewentualnie, z silnikiem elektrycznym. Wielbiciele R6, legendarnych R5 nie byli zadowoleni. Nie byli zadowoleni również z ogranicznika prędkości do 180 km/h. A gdy w Volvo zaczęto stosować trzypunktowe pasy bezpieczeństwa, było podobnie.

A co mnie zainspirowało do napisania takiego wpisu? Komentarze w internecie, które dotyczyły m. in. decyzji Volvo, wedle której żaden nowy samochód z ich stajni nie pojedzie więcej jak 180 km/h. Taka prędkość właściwie dla żadnego nowoczesnego samochodu osobowego (nawet w podstawowej wersji) nie jest żadnym wyczynem. Ale tak szczerze? Wyczynem jest już dłuższa jazda z taką prędkością – jak dla mnie jest już nie dość, że nieopłacalna, to w dodatku – nerwowa. Choćbym miał nie wiadomo jak stabilne auto, to sama świadomość poruszania się z tak zawrotną prędkością jest już „uciążliwa”. Zresztą, jak często zdarza się Wam, że prujecie z prędkością przekraczającą 180 km/h?

Czytaj również: Kiedy w Szwecji będą Chiny… czyli ile jest Volvo w Volvo obecnie?

Nie będzie mi Volvo mówić jak szybko mam jechać

Mam to „szczęście”, że moje Volvo pozwoli mi prowadzić i z prędkością bliską „zamknięcia licznika” wyskalowanego do 260 km/h. Tylko po co? Jeżeli przywołam z pamięci momenty, w których rzeczywiście przekroczyłem taką wartość, to będzie ich… ze dwa. Oczywiście wszystko w legalnych warunkach. W Polsce, zaznaczam, że przekraczanie 140 km/h na autostradzie jest zabronione. Ograniczenia prędkości na innych drogach są doskonale znane wśród kierowców, ale rzadko honorowane – normą są przecież kierowcy jadący poza zabudowanym grubo powyżej „stówy”. No i są jeszcze ci, którzy w zabudowanym popylają znacznie więcej, niż znaki i przepisy pozwalają.

„Łoś” poza tym, że jest stary, ciężki i dużo pali (ten mój), jest ostoją wszelkiej wolności. No, chyba, że nie zapnę pasów bezpieczeństwa. Będzie darł się wniebogłosy, dopóki klamerka od pasów nie wyląduje w wyznaczonym miejscu. Na lusterku będzie paliła się lampka, a do uszu docierać będzie irytujące „beep, beep, beep”. Tego się nie da wyłączyć. Volvo mi mówi, co mam robić. Mam zapiąć pasy i nie dyskutować. Owszem, pojedzie i bez pasów, ale wolałbym słuchać sobie warczącego silnika R6, niż „beep, beep, beep”.

Volvo wprowadziło do swoich pojazdów pasy bezpieczeństwa w roku 1967. Jednocześnie, nie zdecydowało się zagarnąć patentu tylko dla siebie, tylko uczyniło go „wolnym” – tak, aby ludzie, którzy nawet nie kupią Volvo, mogli czuć się nieco bezpiecznej w samochodzie. I tak oto, Volvo zrobiło prezent wszystkim kierowcom – „pasy” stały się standardem, który następnie wprowadzano również do lokalnych aktów prawnych. Kierowca, pasażerowie muszą mieć pasy, bo tak jest bezpieczniej. I rzeczywiście, takie podejście przyczyniło się do uratowania niezliczonych żyć. Trudno jest to nawet obecnie oszacować. A rewolucja według Volvo trwa już od niemal 60 lat.

Tyle, że nie każdy był zadowolony. Fakt, nie trzeba było pasów zapinać, ale ludzie nie byli przyzwyczajeni do takich rzeczy. Sam fakt ich obecności w samochodach był dla nich irytujący. Nie byli przekonani do tego, czy pas rzeczywiście działa. Uważali oni, że jest niewygodny, ogranicza ich wolność, jest niepotrzebny. Jak bardzo się mylili? Bardzo się mylili. Niezapinanie pasów w samochodzie to nie tyle głupota – to po prostu idiotyzm. Narażanie i siebie i innych – bezwładne ciało w trakcie uderzenia może spowodować ogromne szkody w ludziach, jeżeli w konkretnym aucie znajduje się więcej osób. Nie mówiąc już o możliwości koncertowego wylotu przez przednią szybę w pojeździe. Nie brzmi to fajnie.

Czytaj również: Volvo pozwala jeździć prawdziwym samochodem w goglach VR

Mając przed oczyma takie komentarze, od razu przypomina mi się Czcigodny Janusz Korwin-Mikke, który palnął kiedyś, że pasy bezpieczeństwa to ograniczanie wolności – bo przecież jak ktoś chce się zabić, to niech się zabije. Jego sprawa. No, nie. Można być świetnym brydżystą, można odnosić sukcesy w polityce i generalnie – jakąś inteligencję mieć. Ale to nie znaczy, że ma się racje w każdym temacie. Ja też często nie mam racji i z tym żyję. 180 km/h w Volvo – o, kurde, no nie kupię już Volvo. Producent X daje mi więcej wolności. Jak będę chciał tyle zasuwać, to zasuwam na swoją własną odpowiedzialność. Najwyżej mandat dostanę, albo mi lejce zabiorą. A jak nie zabiorą, bo nie zdążą, a Ty przywalisz komuś „z czoła” na drodze? Odbijesz się od barierki, spowodujesz karambol i uśmiercisz parę osób? Dumny będziesz? Dumna będzie rodzina?

Poza tym, 180 km/h to już naprawdę dużo, nawet jak na autostradowe warunki, gdzie aż chce się przycisnąć pedał gazu mocniej. Mnie to powinno mało interesować, bo w moim własnym „łośku” śmiga sobie „holenderski gaz” i generalnie jeździ się taniej i jednakowo dynamicznie. Ale, gdy komputer wrzeszczy, że chwilowe spalanie wynosi gdzieś około 16 litrów na sto kilometrów, jakoś mniej chce mi się przekraczać dopuszczalne prędkości. Duża, ciężka benzyna bez turbiny bardzo szybko zwiększa swój apetyt na paliwo, gdy w grę wchodzi ostrzejsze traktowanie.

Nie lubią Volvo – ich problem

Najwyżej nie kupią, ojej. Poza tym, już znaleźli się „magicy”, którzy takie ograniczenie ściągną. Jak znam życie i ludzi, znajdą się chętni na taki zabieg. Szczególnie ci, którzy kupią S60 w wersji T8 Polestar Engineered – tam aż „pasuje”, żeby samochód potrafił jeździć naprawdę szybko. Ale, mówimy tutaj o specyficznej grupie ludzi, którzy lubią za… pierniczać. I oby robili to na torze.

A Ty, Volvo – robisz dobrą robotę. Tak trzymaj.