206

Nigdy więcej tanich laptopów!

Miało być tak pięknie - Core i5, szybkie kości pamięci, dedykowany układ graficzny. Skończyłem w punkcie obsługi klienta, dostając białej gorączki.

W życiu każdego mężczyzny przychodzi taki czas, kiedy kobieta prosi go o wybór laptopa. Nic nowego, pomyślałem. Zapytałem o budżet, a następnie zacząłem przeglądać oferty popularnych sklepów internetowych. Sprzęt miał być prosty i stosunkowo niedrogi – za ok. 2,5 tys. złotych. Pomyślałem, że w tej cenie da się już znaleźć coś akceptowalnego. W końcu mnóstwo osób kupuje laptopy z tego segmentu. Zejście poniżej 2 tys. złotych to już samobójstwo, a powyżej 3 tys. złotych da się upolować niedrogie ultrabooki lub urządzenia konwertowalne (jak świetnego Zenbooka Flip chociażby – polecam).

Moim celem było znalezienie modelu z Core i5, 8 GB pamięci RAM i dyskiem SSD, co w tym budżecie wcale nie było takie proste. Na szczęście tak się złożyło, że dysk SSD mam w domu – pachnąca nowością, gamingowa jednostka. Nada się idealnie, pomyślałem, analizując możliwości modyfikacji konkretnych modelów. Co prawda, ostatniego laptopa kupowałem 2-3 lata temu, a przez ten czas przez moje ręce głównie przechodziły gamingowe potwory lub smukłe, metalowe i high-endowe hybrydy, których cena nie spadała poniżej 6 tys. złotych. Nie ukrywam zatem, że byłem pod tym względem lekko oderwany od rzeczywistości. Optymistycznie podszedłem zatem do tematu, zakładając, że przecież w każdym komputerze grubszym niż 15 mm musi być klapka serwisowa pozwalająca na szybką wymianę RAM-u i dysku twardego.

W końcu za moich czasów tak było

Nie było. Model, który trafił w nasze (moje – ktoś przecież musiał go skonfigurować ;) ręce spełniał moje wymagania. Upolowaliśmy go w miejscu, które obchodzę szerokim łukiem, szukając komputera – markecie z elektroniką należącym do jednej z popularnych sieci. Skusiła mnie specyfikacja. Nie dość, że pod maską znajdował się Core i5 to bazował on na architekturze Kaby Lake (model 7200U z dwoma rdzeniami 2,5 GHz – czy do podstawowych zastosowań potrzeba czegokolwiek więcej?). Na tym nie koniec. Komputer miał też 8 GB pamięci RAM DDR4 (wszystkie inne modele w tym segmencie cenowym miały kości DDR3) na bardzo szybkie szynie. I wisienka na torcie – dedykowany GPU marki AMD. Nie był potrzebny, ale skoro już był, to jego obecność niczemu nie szkodziła. Zostało mi tylko wymienić sędziwego twardziela 1 TB nad wspomniany wcześniej SSD, co, jak już zdradziłem, nie było możliwe bez całkowitego rozebrania komputera (i zapewne utraty gwarancji).

No dobra – bez SSD da się żyć. Sprawdziłem, jaki model dysku zastosowano w opisywanym modelu i okazało się, że to całkiem przyzwoita jednostka z talerzami obracającymi się z prędkością 7200 RPM. Z SSD coś wymyślimy – miałem jeszcze gdzieś w szufladzie kieszeń do montowania dysku zamiast napędu optycznego (kto dziś używa napędu optycznego?). Pomijam już fakt, że konstrukcyjnie opisywany komputer nie zachwycał – niepokojące luzy w mocowaniu baterii, uginająca się klawiatura, fatalnie wykonany touchpad, wątłe zawiasy. Od samego początku nie spodziewałem się tutaj cudów, więc nie byłem szczególnie zaskoczony.

Największy problem polegał jednak na czymś zupełnie innym…

Ten komputer był mułem

Początkowo nie zrobiło to na mnie wrażenia – Windows instaluje dziesiątki aktualizacji, ciągle pobiera coś z internetu, dociąga nowe wersje sterowników – normalka, nawet szybkie laptopy mogą się lekko dławić, więc czego się spodziewać po tym, bądź co bądź, low-endzie. Sęk w tym, że doświadczenia wcale nie ulegały poprawie – zamrażający się ekran, przeskakujący kursor, brak reakcji na kliknięcia, ciągłe zwiechy i opóźnione reakcje na polecenia. Byłem w głębokim szoku. Tak teraz działają komputery za 2,5 tys. złotych?

No nie, to niemożliwe. Usunąłem cały ten bloatware producenta, przeinstalowałem Windowsa – sytuacja wyglądała tak samo. Może mam uszkodzony model? Przeprowadziłem podstawową diagnostykę: procesor – ok, dysk – ok, pamięć  – ok, grafika – ok. Co się dzieje?! Następnego dnia robiłem to samo na drugim, wymienionym przez sklep egzemplarzu – powtórka z historii. Czyżby CPU Intela nie lubił się z GPU AMD – no błagam, takie rzeczy dzieją się tylko w opowieściach. A może throttling – temperatury były w porządku. Finalnie wylądowałem w punkcie obsługi klienta, tłumacząc, że ten komputer nie nadaje się do użytkowania. Dowiedziałem się, że jestem amatorem, bo niskonapięciowe procesory tak działają, a gdybym się znał, to bym wziął model z dyskiem SSD.

Jaki morał z tej historii? Specyfikacja może być najpiękniejsza na świecie, ale finalnie i tak liczy się to, jak dany sprzęt działa. Truizm? Pewnie tak, ale w pogoni za cyferkami i wyższymi wskaźnikami często o tym zapominamy. Producenci też nęcą nas, podając chętnie parametry sprzedawanych komputerów i smartfonów, które finalnie okazują się wydmuszką. Byłem przekonany, że ta sytuacja ma miejsce głównie w przypadku smartfonów i tabletów – jak się okazuje nie tylko.

P.S. Finalnie skończyliśmy ze wspomnianym ASUS Zenbookiem Flip – przyznaję, że trochę zazdroszczę lubej tego sprzętu, dawno nie widziałem w tym segmencie cenowym takiego fajnego urządzenia. Co zabawne Core-M3 (bazowe – 0,9 GHz) oferuje w pełni zadowalający poziom wydajności w podstawowych zastosowaniach.

P.P.S. Miesiąc później inny z moich bliskich kupił budżetowego laptopa z Core i3, 4 GB RAM i 128 GB SSD – działa bez zarzutu, oferuje przyzwoitą wydajność, nie cierpi na przypadłości opisywanego wyżej. Jak widać nie jest to zatem reguła (albo wyjątek potwierdza regułę).