163

Nie wziąłem w banku karty zbliżeniowej. A teraz żałuję

Ponad rok temu postanowiłem założyć sobie nowe konto w banku. Przyznam szczerze, iż nie spędziłem kilku dni na przeglądaniu ofert poszczególnych instytucji i podjętą decyzję można nazwać spontaniczną. Nie ma większego znaczenia to, na jaki bank padło. Dużo ważniejszy jest fakt, iż podczas rozmowy z przedstawicielem tej firmy (formalności i druki pewnie wszędzie podobne) padło […]

Ponad rok temu postanowiłem założyć sobie nowe konto w banku. Przyznam szczerze, iż nie spędziłem kilku dni na przeglądaniu ofert poszczególnych instytucji i podjętą decyzję można nazwać spontaniczną. Nie ma większego znaczenia to, na jaki bank padło. Dużo ważniejszy jest fakt, iż podczas rozmowy z przedstawicielem tej firmy (formalności i druki pewnie wszędzie podobne) padło pytanie: „chce pan kartę zbliżeniową?” Odmówiłem. Od jakiegoś czasu stwierdzam, że to był błąd…

Na pytanie o kartę zbliżeniową odpowiedziałem pytaniem: „czy to może mi się przydać? Czy w Polsce można z tego korzystać w wielu miejscach?” Odpowiedź była krótka: „za hamburgera pan zapłaci w maku, ale oprócz tego to nie za bardzo”. Długo nie musiałem się zastanawiać – skoro nie za bardzo, to po co za to płacić. Teraz jest mi trochę głupio, bo w prawie wszystkich sklepach i punktach usługowych, które odwiedzam, pada pytanie: „można zbliżeniowo (zazwyczaj nie mam przy sobie gotówki i w miarę możliwości płacę kartą)?” I za każdym razem ta sama odpowiedź: „nie można”.

Nie zaskoczyło mnie to, że w największym sklepie w okolicy pojawiła się ta opcja płacenia. Zdziwienie pojawiło się wtedy, gdy w krótkim odstępie czasu nowy sposób płacenia pojawił się w piekarni, księgarni, kawiarni, niewielkim sklepie mięsnym oraz w punkcie ksero. Czekam aż pytaniem o zbliżeniówkę zaskoczy mnie pani z warzywniaka. Jeszcze dwa lata temu powiedziałbym, że na taki scenariusz nie ma co liczyć w tej dekadzie, ale ostatnie kwartały pokazały, iż rzeczywistość zmienia się bardzo dynamicznie.

Intel partnerem technologicznym AntywebRośnie nie tylko liczba miejsc, w których można płacić zbliżeniowo, ale też bankomatów oferujących wypłatę środków przy użyciu karty zbliżeniowej (tak przynajmniej przekonywał mnie wczoraj pewien wpis w Sieci). W obu przypadkach można oszczędzić nie tylko czas, ale też nerwy. Po czym wnoszę (zwłaszcza w przypadku nerwów)? Po braku konieczności wprowadzania kodu PIN. Sukcesywnie rośnie liczba kodów, haseł oraz loginów, które muszę zapamiętywać. Pewnie można jakoś sensownie rozwiązać ten problem za pomocą jednej aplikacji, ale nie wiem, czy skupiłbym tyle wrażliwych danych w jednym miejscu. Skrzynki pocztowe, konta na WP (i w kilku innych miejscach), internetowe konta bankowe, kody PIN do telefonów, kody PIN do kart płatniczych…

Czasem staję w sklepie z terminalem w ręku i przy braku skupienia wstukuję jakąś totalną głupotę albo patrzę się na sprzęt i nie wiem, który ciąg cyfr podać. Zbliżeniówka eliminuje przynajmniej ten problem. W moim przypadku sprawa i tak nie wygląda kiepsko, bo za drugim czy trzecim razem podam właściwy kod. Pamiętam jednak kolegę, który nie był w stanie zapamiętać 4 cyfr i zawsze decydował się na kod złożony z tych samych cyfr. Sęk w tym, że nawet w tym przypadku miał do wyboru 10 kombinacji i czasem z miną skazańca wpatrywał się w bankomat.

Płatności zbliżeniowe są tym elementem zmieniającej się rzeczywistości, który poważnie mnie zaskoczył. Wiele osób narzekało jakiś czas temu, że nie są one rozpowszechnione i cały proces wdrażania strasznie się ślimaczy. Z własnego doświadczenia mogę napisać, że sprawa nabrała rozpędu. Jasne, że nie jest to rozwiązanie idealne (co kilka dni trafiam na teksty dotyczące przekrętów związanych z kiepskimi zabezpieczeniami zbliżeniówek), ale można też paść ofiarą złodzieja korzystając z tradycyjnej karty oraz konta internetowego – przed tym nie da się uciec. Pisząc krótko: następnym razem nie będę się zastanawiał nad opcją karty zbliżeniowej – biorę w ciemno.

Źródło grafiki: finanse.egospodarka.pl