58

Nie jestem złodziejem i chytrusem, czyli o sprzedaży biletów w kinach

Dwa dni temu na AW pojawił się tekst dotyczący piractwa, a ściślej pisząc strat, jakie ponoszą kina (ale nie tylko) z tytułu rosnącej grabieży dokonywanej przez Polaków. Po lekturze wpisu doszedłem do wniosku, że Autor chyba na siłę chce udowodnić pewną tezę i nie patrzy na sprawę zbyt obiektywnie. Może moje podejście jest populistyczne lub […]

Dwa dni temu na AW pojawił się tekst dotyczący piractwa, a ściślej pisząc strat, jakie ponoszą kina (ale nie tylko) z tytułu rosnącej grabieży dokonywanej przez Polaków. Po lekturze wpisu doszedłem do wniosku, że Autor chyba na siłę chce udowodnić pewną tezę i nie patrzy na sprawę zbyt obiektywnie. Może moje podejście jest populistyczne lub piszę to po prostu z punktu widzenia złodzieja, ale postanowiłem nie zostawiać sprawy bez komentarza.

Zacznę od tego, że Autor tekstu, Pan Marcin Przasnyski chyba trochę przekombinował, wsadził do jednego wora mnóstwo zagadnień, upchnął to na stronie formatu A4 i podlał błędami. Wszystkie poruszane kwestie można było z powodzeniem rozbić na wiele tekstów i analizować osobno. Kino, piractwo, streaming telewizyjny, podatki, kultura, Megaupload… Niby wszystko da się połączyć, ale chyba nie w takiej formie. Zresztą, nadmiar materiału zgubił samego Autora. W tekście czytamy:

Niecały rok temu Internet zachłystywał się cudownym odkryciem, jakoby piractwo pozytywnie wpływało na legalną konsumpcję kultury, bo po zamknięciu Megauploadu wpływy z biletów rzekomo wzrosły.

Od początku nie mogłem zrozumieć tego przekazu – moim skromnym zdaniem, jest on po prostu nielogiczny. Skorzystałem jednak z tekstu, do którego linkował Pan Przasnyski, a tam czytam:

• Zamknięcie Megaupload spowodowało zmniejszenie ilości sprzedanych biletów do kina
• Zamknięcie Megaupload zmniejszyło… przychody branży filmowej
• Zamykanie pirackich sajtów szkodzi
• Kolejny dowód na to, że piractwo to wcale nie samo zło

Mamy zatem jednocześnie i spadki i wzrosty. Może ja czegoś nie rozumiem – jeśli tak faktycznie jest, to proszę o wyjaśnienie. To jednak mniej istotna sprawa – pewnie wynika ona ze zwykłej pomyłki. Znacznie ważniejszy jest sam przekaz tekstu, bo tu trudno już mówić o lapsusie językowym. Oto dowiaduję się, że w kinach spadła sprzedaż biletów, a wszystkiemu winni piraci. Zaraz po lekturze zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie nie jesteśmy w stanie podać innych czynników, które mogły mieć wpływ na niższą frekwencję w kinach. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to repertuar. Przyznam, że nie chciało mi się porównywać, jakie filmy mogliśmy oglądać w poprzednim kwartale i w III kwartale roku 2012. Okazało się jednak, że nawet nie musiałem tego robić. Skorzystałem z tekstu, do którego odwołał się Pan Przasnyski, a tam…:

Kiniarze, jak zwykle w takich sytuacjach, tłumaczą wyniki ofertą filmową studiów producenckich. Na afiszach brakuje hollywoodzkich hitów, gromadzących ponad 1 mln widzów.

Skoro kiniarze mają mniejsze wpływy jedynie za sprawą piratów/chytrusów/frajerów, to po co w ogóle pisać o ofercie studiów producenckich? Dajmy im spokój, bo przecież starają się, jak mogą. Na pewno?

Dochodzimy tu do ważnej kwestii: może ludzie przestają chodzić do kina z innych powodów, niż tylko patologiczna chęć kradzieży? Nie zdziwiłbym się, gdyby przybyło osób, które nie są już zainteresowane filmami będącymi wariacją na temat mitologii, kolejną odsłoną przeglądu superbohaterów albo siódmą częścią sagi o facetach ścigających się samochodami. Raz można na to pójść do kina. Drugi raz też. Ale czym może mnie zaskoczyć reżyser w piątej części? Nowym samochodem i inną lokalizacją. Czy muszę na to wydawać ciężko zarobione pieniądze? To samo z superbohaterami: Batmana chętnie obejrzałem, ale dziesięciu herosów nie zdołam ogarnąć. Nie stać mnie, nie mam czasu, ani ochoty. Warto sobie zadać pytanie, czy winni słabych wyników nie są producenci, którzy idą na łatwiznę i zalewają rynek coraz bardziej rozrzedzoną papką.

To nie dotyczy jedynie kina amerykańskiego i tzw. blockbusterów – polskie kino również powinno się uderzyć w pierś. Owszem zdarzają się dobre filmy, lecz nie jest przypadkiem użycie słowa „zdarzają się”. Nie widziałem „Drogówki”, ale podobno to dobry film, który zdecydowanie warto obejrzeć. I Polacy to zrobili masowo. Znowu odwołam się do materiałów podlinkowanych przez Pana Przasnyskiego:

Największą frekwencję – ponad 1,87 mln sprzedanych biletów – miał w tym roku jak do tej pory jeden tytuł: „Drogówka” Wojciecha Smarzowskiego.

Czyli Polacy mogą ruszyć do kina na ciekawy polski film i zostawiać w kasie kina swoje pieniądze. Ale najpierw musi się pojawić sensowny film. Tymczasem dobre lub wybitne polskie obrazy giną w natłoku czegoś strasznego. Nie będę podawał tytułów, ale chyba każdy jest w stanie przywołać kilka filmów, za które należałoby dożywotnio zakazać reżyserom, scenarzystom i producentom pracy w tym biznesie. Pan Przasnyski pisze, że chytry Polak w majestacie prawa dorzyna kulturę. Ja jednak stwierdzam od dobrych kilku lat, że polska kultura nierzadko sama się okalecza, a nawet wchodzi na taboret i zakłada pętlę na szyję. Odsyłam Autora na stronę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej – wczoraj spędziłem tam trochę czasu i sprawdzałem, na jakie „dzieła” poszły pieniądze ze wspólnej kasy. Zapewniam, że czasem przecierałem oczy ze zdumienia. I napiszę wprost, że czuję się ograbiony.

Pan Przasnyski odwoływał się do naszych sumień, pisał o podatkach, szkołach i szpitalach. O pieniądzach, które są tracone bezpowrotnie z powodu piractwa. Po lekturze materiałów PISF też stwierdziłem, że spora część środków jest wyrzucana w błoto. Nie róbmy ofiar tylko z twórców, bo nierzadko to oni zasługują na naganę i skarcenie za poczynione szkody: w umyśle i w budżecie. Wyciągają kasę na film, który okazuje się totalnym nieporozumieniem i w ten sposób okradają Pana Przasnyskiego, mnie, Was, ale też, a właściwie przede wszystkim, swoich kolegów po fachu. W gronie filmowców (a szerzej także innych artystów) znajdują się zdolne osoby z pomysłami i mogłyby sensownie wykorzystać marnowane środki na coś wartościowego. Czy to populizm? W czystej formie, ale Autor komentowanego tekstu zagrywał w gorszy sposób.

Pisząc o zarzynanej kulturze odeślę w pewne miejsce – do Opery i Filharmonii Podlaskiej. Kilka miesięcy temu instytucja ta poinformowała, że w ciągu 11 miesięcy odwiedziło ją 200 tys. widzów. Dobry wynik? Uważam, że fenomenalny. Jak widać, Polacy są w stanie wydawać pieniądze na sztukę. Ba, chcą płacić za jej „wyższą formę”. Dlaczego? Może dlatego, że jest dobra. I wcale im się nie dziwię. Od kilku lat coraz rzadziej odwiedzam kino, a coraz częściej trafiam do opery/filharmonii/teatru. Nie jestem jedynym, który tak robi – zazwyczaj można tam spotkać dwie grupy wiekowe: osoby w podeszłym wieku i ludzi młodych albo bardzo młodych. Skoro są w tym czasie w filharmonii, to pewnie nie ma ich w kinie, w którym serwowany jest film z cyfrą 5 na końcu tytułu…

Pan Przasnyski zaczyna swój wpis od słów: Po co chodzić do kina, gdy filmy same przylatują na komputer i to za darmo, nierzadko tuż po premierze. Częściowo się z nim zgadzam. I wcale nie musi to oznaczać piractwa. Nie twierdzę, że po samej premierze, ale często jest tak, że film trafia np. jako dodatek do gazety kilka miesięcy po wypadnięciu z repertuaru kinowego. Czasem kupuję te filmy, potem wymieniam się np. ze znajomymi czy rodziną (zaraz ktoś napisze, że jestem złodziejem). Dlaczego tak robię? To proste: bo są dostępne. Gdy film był w kinach mogłem nie mieć na niego czasu, mogłem też stwierdzić, że nie jest to kino, które chciałbym poznać w towarzystwie stu innych osób, popcornu i włączonych komórek. Postanowiłem, że poczekam na film na płycie i obejrzę go w spokoju w domowym zaciszu.

Ten motyw można poważnie rozwinąć: ludzie decydują się na film dodawany w gazecie albo czekają aż pojawi się on w telewizji. Przecież nierzadko są to obrazy, które nie wymagają wielkiego ekranu (inna sprawa, że w wielu domach pojawia się już naprawdę sensowny sprzęt do oglądania filmów). Jasne, że część filmów po prostu trzeba zobaczyć w kinie, ale do tego grona chyba nie należą amerykańskie komedie, niemieckie czy francuskie filmy o przemijaniu i polskie kino historyczne… Płyty dodawane do gazet i telewizja nie wyczerpują tematu – wszak coraz więcej filmów/seriali/programów można legalnie obejrzeć w Sieci. Za darmo albo za niewielką opłatą. Podejrzewam, że Autor świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Osobiście korzystam z tej możliwości: filmy przylatują na komputer (czasem za darmo) i nie widzę w tym nic złego.

Na temat streamingu telewizyjnego nie będę się wypowiadał – zagadnienie na osobny wpis. Jednak i tu moglibyśmy pewnie przedstawić dwie strony medalu. Nie będę też pisał, że piractwo pozytywnie wpływa na legalną konsumpcję kultury (to bardzo rozsierdziło Pana Przasnyskiego), bo to już kwestia wałkowana od dawna i każdy ma w niej swoje zdanie (i bardzo dobrze), ale ten fragment:

Niestety, deszcz nie pada do góry, za to apetyt rośnie w miarę jedzenia i kto spróbował oglądać za darmo, ten będzie to robił coraz częściej – co właśnie jednoznacznie wyszło na twardych danych podanych przez Parkiet.

skomentuję i uznam za jakieś totalne bzdury. Kilka razy czytałem tekst Parkietu i jakoś nie mogłem wyciągnąć takich wniosków. Co więcej, nie zrobił tego nawet Parkiet. A przecież są to „twarde dane”. Nie będę krytykował tekstu Pana Przasnyskiego odwołując się do „wolności, prawnej możliwości i etycznego usprawiedliwienia dla piractwa. Napiszę po prostu, że Autor nagina trochę rzeczywistość pod określoną tezę. Piractwo pewnie wpływa na spadek sprzedaży biletów w kinach, ale to nie jedyne wytłumaczenie. A już odwoływanie się do argumentów typu nie okradajcie swoich rodaków…;)

Ten tekst można jeszcze rozwinąć o kilka innych wątków (przede wszystkim ekonomiczny), ale chyba nie ma sensu go przeciągać. Reasumując: rzadziej chodzę do kina, ale to nie znaczy, że jestem złodziejem i chytrusem…

PS Tekst napisany po powrocie z kina.

Źródło: europa-cinemas.org