5

Jeździsz wypożyczonym rowerem lub hulajnogą? Nie bądź Janusz

Przy okazji pozdrawiam wszystkich Januszów i swojego przyszłego teścia - Janusza jedynie z imienia. W wydźwięku satyrycznym "Janusz" to określenie człowieka, który nie przestrzega pewnych społecznych norm i w tym konkretnym przypadku ma bardzo specyficzny stosunek do rzeczy "wspólnych". Być może wychodząc z założenia, że skoro coś nie jest "moje", to można z tym zrobić byle co. I zostawić byle gdzie.

W ostatnim czasie bardzo spodobały mi się pojazdy elektryczne wypożyczane na minuty. W Rzeszowie, czyli w mieście, w którym jestem na co dzień prężnie działa Blinkee. Efekt tego jest taki, że codziennie widzę i młodych i odrobinę starszych popylających na elektrycznych hulajnogach, rowerach, a nawet skuterach. W innych większych miastach jest podobnie. I przyznam szczerze, że takie coś mi się bardzo podoba.

O Blinkee w Rzeszowie postaram się Wam opowiedzieć nieco więcej w innym tekście. Dzisiaj skupię się na samych użytkownikach takich pojazdów, którzy akurat w Rzeszowie całkiem nieźle zachowują się względem pieszych, rowerzystów i innych użytkowników pojazdów współdzielonych. Chodzi mi tutaj o całokształt – czyli przestrzeganie przepisów, kulturę oraz poszanowanie samych pojazdów do wypożyczenia.

Zobacz również: Elektryczne hulajnogi? Ja się ich boję

Janusz pojeździł, Janusz hulajnogę porzucił

W skali całkowitej liczby przejazdów dziennie, kilka incydentów nie może mi pozwolić na to, by generalizować i za nic robić tego nie chcę. A jednak muszę o tym wspomnieć, bo widocznie niektórzy użytkownicy nie rozumieją idei bezpiecznego i bezproblemowego zaparkowania hulajnogi, roweru czy też skutera. O ile ze skuterami jest trochę inaczej i zazwyczaj nie zdarza się, że te są zaparkowane w jakiś kuriozalny sposób, tak już z rowerem i hulajnogą jest różnie. Może dlatego, że w przypadku tych pojazdów nie jest wymagane prawo jazdy, które stanowi niejako „gwarancję” znajomości przepisów? Nie wydaje mi się – jest przecież mnóstwo kierowców, którzy jeżdżą tak, jakby plastik na Dniach Gorzyc Tarnobrzeskich rozdawali.

Wróćmy jednak do tematu. Hulajnogi postawione na chodniku na jego skraju (w takim miejscu, by hulajnoga nie przeszkadzała) to żaden problem. Problemem są pojazdy, które ktoś odstawił na samym środku deptaka, bo tak bardzo trudno było pomyśleć i zaparkować go w sensownym miejscu. Nie mówię już o rowerach i hulajnogach, które już nie odstawiono, a pier…nięto (za przeproszeniem) byle gdzie. Widziałem już wiele rzeczy – hulajnoga na betonowym śmietniku, hulajnoga ukryta w trawie, hulajnoga chowająca się w krzakach… a właśnie.

Wiecie, gdzie ostatnio szukałem wypożyczonej hulajnogi? W krzakach właśnie, bo ktoś uznał, że zrobi mi niespodziankę i sprytnie ukryje ten pojazd. W sumie mogłem porzucić myśli o przejechaniu się hulajnogą w momencie, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że będę musiał pobawić się w ogrodnika-odkrywcę. Ale, że w pobliżu nie było innego wolnego pojazdu… postanowiłem przyjąć wyzwanie.

Janusz

Ale już tak na poważnie… ja rozumiem, że hulajnoga bez napędu jest niezwykle ciężkim pojazdem i trudno ją wtedy pchać. Ale żeby wrzucić ją do krzaków? Położyć na śmietniku? Albo… porzucić na wysepce na rondzie? Trzeba mieć już fantazję.

Z drogi śledzie – Janusz jedzie

Jedzie i się nie zastanawia. Kilka razy miałem okazję stracić równowagę na elektrycznej hulajnodze i nie jest to nic fajnego. Obyło się bez wywrotki – jeszcze. Na rowerze i skuterze idzie mi zdecydowanie lepiej, a do hoverboardów boję się zbliżać bez dobrego prywatnego ubezpieczenia. Jeżeli już się łamię, to spektakularnie, z powikłaniami i niesamowitą pompą.

I wiecie co? Dalej boję się zasuwać elektryczną hulajnogą, aczkolwiek bardzo, bardzo to lubię. I to nie tylko ze względu na to, że zwyczajnie mogę wyrżnąć orła. 20 km/h rozwijane przez większość takich pojazdów to wcale niemało, jeżeli nie ma się na głowie kasku, jedzie się w szortach i samej koszulce.

Nie wiem, może jestem głupi, ale przed przystankami (mimo ścieżki rowerowej, po której nie powinienem się poruszać – ale to się już niedługo zmieni) zwalniam. To samo z przejściami dla pieszych / rowerów. Jeżeli przejścia nie wyposażono w przejazd dla rowerów, schodzę z hulajnogi tak, jakbym jechał rowerem. Myślę za pieszych, którzy lubią mi się ładować pod koła. Generalnie, staram się poruszać tak ostrożnie, jakbym jechał autem. Tylko z tym zastrzeżeniem, że mnie nie chroni karoseria. Więc tym bardziej mi zależy na braku kolizji.

Kilka razy zdarzyło mi się kogoś poprosić, żeby mi ustąpił miejsca na chodniku (wspólnym z drogą dla rowerów), chodziło o pieszych zajmujących całą szerokość chodnika. I to właściwie tyle. A wiem, że użytkownicy współdzielonych rowerów oraz pojazdów takich jak hulajnogi potrafią być bardzo napastliwi i rościć sobie prawo do czasami bardzo dziwnych manewrów. Grzecznie, ludzie – wtedy raczej nikt na prośbę o ustąpienie miejsca nie odpowie nam: „A idźże się waszmość chędożyć”.

Nie moje, więc pies to trącał

To może być tylko moja, subiektywna obserwacja, ale zauważyłem, że głównie młodsi użytkownicy współdzielonych hulajnóg mają tendencję do absurdalnego wręcz nieposzanowania tych sprzętów. Ja miałem wyrzuty sumienia, że zjechałem takim pojazdem z kilkucentymetrowego chodnika obawiając się, że mogłem coś uszkodzić. A tymczasem – młodszy z pewnością ode mnie gość próbował na nich wykonywać powietrzne ewolucje. Nie wspominam o nadgryzionych elementach kierownicy, czy nawet poprzypalanych osłonkach gumowych.

Mnie uczono, że jak coś nie jest moje, to powinienem to szanować nawet kilka razy bardziej. I tak właśnie na co dzień staram się robić. Gdybym pożyczył od kumpla auto, które jak ulał pasuje do robienia „łytytyty”, to nawet bym się nie odważył. Dlatego właśnie robię „łytytyty dla jaj” tylko w swoim pojeździe. Jak coś się popsuje, to tylko ja będę na siebie zły.