7

Hej Netflix, takimi seriami podbiłbyś polski rynek. Ale nie rób tego

Nie miliony, a miliardy dolarów inwestycji, w tym Polsce i Netflix nie jest w stanie wielu krajach zdetronizować klasycznej telewizji. Może gdyby zaczął kręcić taki show jak Sędzia Anna Maria Wesołowska jego passa by się odwróciła?

Po premierze 1983, pierwszego polskiego serialu Netfliksa, wszelkie głosy o planach kontynuacji ucichły, podobnie jak doniesienia o kolejnych inwestycjach serwisu w polski rynek. To nie tak, że Netflix z niego zrezygnował, po prostu najwyraźniej niezbędne było wykonanie kroku wstecz, by lepiej go (polski rynek) zrozumieć i nie popełnić żadnych błędów przy ponownej próbie. Tą – oprócz powrotu 1983 –  będzie, jak już wiemy, serial W głębi lasu nakręcony na podstawie książki Harlana Cobena. Niektórzy mówią, że to żadna polska produkcja, jedynie powstanie na naszym terytorium, ale przecież za produkcję odpowiada polska ATM Grupa i występują w serii polscy aktorzy (podejrzewam jednak, że dla sporej grupy osób to Wiedźmin jest bardziej polską produkcją niż właśnie W głębi lasu).

Taki pomysł pokazuje, że Netflix stawia na sprawdzone historie i decyduje się je umieścić w nowych okolicznościach. Oryginalny scenariusz, jaki był fundamentem 1983, nie do końca się sprawdził, więc tym razem będzie nieco inaczej. Nie sądzę, by obecne były tu jakiekolwiek powody do narzekania, bo zamiast naszego podwórka, Netflix mógł (ponownie) wybrać inny kraj, jak Hiszpania, Francja czy Niemcy. Zamiast tego, produkcja ukaże się na ekranach widzów na całym świecie, jako obraz nakręcony nad Wisłą. To, czy będzie udany, dopiero przyjdzie nam sprawdzić, ale szczerze wątpię w drugie potknięcie Netfliksa.

Tymczasem na Wirtualnych Mediach czytam, że w pierwszych dwóch tygodniach emisji nowego sezonu programu Sędzia Anna Maria Wesołowska śledziło go średnio blisko 300 tysięcy osób (wcześniej show nadawane było na TVN-ie w latach 2006-2011, a teraz wróciło do należącej do TVN-u stacji TTV z nowym sezonem). Największą oglądalnością cieszył się epizod z 5 września, który zobaczyło 416 tysięcy osób. Nie wierzę, że tyle widzów w Polsce widziało House of Cards czy inny podobny hit Netfliksa. Być może Dom z papieru lub Stranger Things były w stanie wygenerować większą widownię, ale nie jestem pewien, czy wszyscy z tego grona posiadają konto na Netflix…

Można by więc pójść na skróty i budować bazę widzów tego typu programami, widnieć i brylować w statystykach. Powrót programu pokazuje, że potencjał w już zakończonych formatach jest naprawdę spory i mógłby sprawić, że Netflix czy inny serwis VOD zza granicy mógłby błyskawicznie zwrócić na siebie uwagę i dotrzeć do zupełnie innego grona odbiorców. Taki hit wypada arcyciekawie w zestawieniu z 1983, serialem, przy którego produkcji trudno było chyba narzekać na zaplecze budżetowe, aktorskie, reżyserskie i producenckie. Efekt był jednak mało satysfakcjonujący (obydwie strony), a Netflix już kilka razy pokazał, że mógłby bez mrugnięcia okiem zamknąć projekt i od niego całkowicie odejść.

Oczywiście, że serwis stara się wpasować w pewne trendy i oczekiwania widzów – spójrzcie na Ozark i The I-land, które na pierwszy rzut oka przypominają, odpowiednio, Breaking Bad i Zagubionych. Jeśli ich nowe spojrzenie na pewien temat będzie udane, a Ozark wypadł znakomicie, to nie mam nic przeciwko takiej polityce. Byle tylko nie zapędzić się za bardzo w powielaniu niektórych schematów i nie obniżać sobie poprzeczki, na co kilkukrotnie Netflix sobie pozwolił.