38

I dziwicie się, że Netflix chce/może zastąpić kina? W takich sytuacjach tylko mu przyklasnę

W tytule znalazł się Netflix, ale równie dobrze mógłbym tam wpisać w tej chwili także nazwy takich firm jak Amazon czy HBO. Bo wszystkie tworzą filmy, które najczęściej obejrzymy online w dniu premiery, zamiast wściekać się w trakcie poszukiwań pasującego seansu w kinie, o ile w ogóle takowy się odbywa.

Dziś 11 stycznia, a to oznacza, że do polskich kin wchodzi film „Vice”. Tytuł nic Wam nie mówi? Wcale się nie dziwię, bo promocja tej produkcji jest znikoma, a tematyka filmu wcale nie jest aż tak atrakcyjna dla polskiego widza. Bo czy dziś ciekawi kogoś postać Dicka Cheney’a, który w latach 2001-2009 był wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych? Podejrzewam, że ten pan nie ma zbyt wielu fanów w naszym kraju, a i jego osobą nie interesuje się obecnie zbyt wiele osób niepowiązanych z polityką czy historią. To w pełni zrozumiałe.

„Vice” – film, który zasługuje na więcej

Ale film się broni. Ma na koncie Złotego Globa i pięć nominacji do tych nagród, a ponadto na koncie zapisał już sobie ponad 30 innych nominacji – w tym sześć do nagród BAFTA i dziewięć do Critics Choice. To spore wydarzenie filmowe i z pewnością jeden z ważniejszych kandydatów do Oscarów. Skoro tak, to coś musimy być na rzeczy i jeśli jednozdaniowy opis fabuły nie zdołał Was przekonać do seansu, to opisany powyżej dorobek oraz zwiastun znajdujący się poniżej, powinny zmienić Wasze zdanie.

Zgadza się. To Christian Bale, znany szerszej publiczności m. in. z roli Bruce’a Wayne’a w trylogii Mrocznego Rycerza od Christophera Nolana. U jego boku na ekranie zobaczymy Amy Adams, Steve’a Carella (przed chwilą na polskie ekrany wszedł jego inny film „Mój piękny syn„), Sama Rockwella i Alisson Pill. Charakteryzacje, scenografie i muzyka działają w niespełna dwuminutowym materiale, a co dopiero w kinie przez ponad 2 godziny.

Tylko nie każdemu będzie dane zobaczyć ten film już dzisiaj lub w ten weekend. Co więcej, niektórzy (większość?) mieszkańców Polski może mieć w ogóle problem z dotarciem na seans, bo podobnie jak w przypadku innych mniej blockbusterowych produkcji, które pojawiają się w repertuarach kin od kilku do kilkudziesięciu razy w ciągu jednego dnia, „Vice” do niektórych miast w ogóle nawet nie dotrze. Multikino pokazuje „Vice” w 10 kinach, podczas gdy „Bumblebee” gości w ponad 30. Miasta, gdzie nie ma seansów? Szczecin czy Olsztyn są wymieniane jako pierwsze z brzegu, gdzie mieszka kolejno ponad 400 i 173 tysiące mieszkańców – tam pokazów w kinach w ogóle nie ma.  W Lublinie, gdzie liczba mieszkańców oscyluje przy 350 tysiącach, seanse odbywają się tylko w jednym z dwóch multipleksów Cinema City (trzy pokazy dziennie), co powinno najwyraźniej zadowolić lubelaków. Takich sytuacji było więcej i z pewnością będą zdarzać się ponownie. Niektóre filmy goszczą przez kilka dni w repertuarze, liczba pokazów osiąga jeden dziennie, a czasami niektóre tytuł nie docierają do wielu miast w ogóle. Ci, którzy ostrzyli sobie zęby na mniej popularne premiery w nieco mniejszych miastach na pewno wiedzą, o czym mówię.

Czy interesuje nas, czyja to wina?

A ja jestem ogromnym fanem kina. Nie uważam, że wizyta na sali kinowej jest uzasadniona tylko w przypadku produkcji sensacyjnych pełnych akcji, i eksplozji, bo nawet przy przegadanym dramacie atmosfera kina tworzy niepowtarzalny klimat, taki nie do podrobienia w domu. Moglibyśmy wgryzać się w szczegóły i dopytywać multipleksy oraz dystrybutorów, skąd takie, a nie inne decyzje, ale wszyscy dobrze wiemy, że licencja na pokazy kosztuje, a zarobek mógłby być czasem znikomy, o ile w ogóle by się pojawił.

W takim razie, czy premiery online filmów, które nie trafiają do kin, a które są na wyciągnięcie ręki niezależnie od potencjału, są takie złe? Za każdym razem, gdy powtarza się taka sytuacja, przypominam sobie o strategii Netfliksa, Amazonu i HBO. Każdy z tych podmiotów ma nieco inne podejście, bo Netflix dopiero od niedawna jest otwarty na zwiększenie liczby pokazów kinowych, Amazon woli tradycyjną dystrybucję po której jednak możemy spodziewać się obecności filmu online, a HBO oprócz emisji na własnych kanałach, dodaje film od razu do oferty HBO Go.

A w przypadku „Vice” wcale nie mówimy o filmie 3. kategorii, lecz produkcji walczącej (i już zdobywającej) najwyższe laury. Czy dopiero umieszczenie na plakacie dopisku „zdobywca Oscara” zmobilizuje kogoś do przygotowania szerszej dystrybucji? Ile tak dobrych filmów ominęło wielu widzów z powodu błędnych założeń? Nie chciałbym, by kina były traktowane jak luna parki, dokąd wybieramy się jedynie na trwający dwie godziny zastrzyk adrenaliny, ale także miejsce, gdzie jest przestrzeń na inne emocje.