10

Najpierw robić, potem myśleć – czy koronawirus zmieni typowo polski, nieefektywny model informatyzacji?

Na łamach Antyweb.pl debiutowałem artykułem, w którym opisałem moje przejścia z cyfrowym państwem w sprawie banalnej czynności, jaką powinno być wyrejestrowanie samochodu. Po zamknięciu kraju z powodu pandemii ilość spraw, które trzeba ogarnąć cyfrowo znacznie wzrosła. Pierwszy raz na większą skalę beznadziejne rozwiązania informatyczne wywołały pewien ferment społeczny. Ciekawe, czy ta niełatwa sytuacja wywoła jakieś pozytywne efekty w tym zakresie i rozpoczną się procesy naprawcze wadliwych systemów informatycznych, które często przeszkadzają nam tak w urzędach, jak i firmach prywatnych.

Elektroniczne liczydło

Z informatyzacją w naszym kraju jest jakiś mentalny problem. Nie tylko sektor państwowy, ale i wiele prywatnych firm mentalnie tkwi w poprzednim „papierowym” wieku, używając komputerów głównie jako nowocześniejszej maszyny do pisania czy kalkulatora i nie robiąc nawet tak podstawowej rzeczy, jak backupy. W wielu miejscach nie ma w tym zakresie w ogóle myślenia systemowego.

Swego czasu, symbolem tej polskiej metody na informatyzację był dla mnie przypadek jednego z polskich szpitali. Stałem tam w godzinnej kolejce do rejestracji, a gdy dotarłem do okienka, okazało się, że przy komputerze posadzono starszą panią, piszącą na klawiaturze dwoma palcami. 

Myślę, że każdy z was zna firmy, w których wprowadzano np. ISO, ponieważ fajnie mieć taki znaczek, doprowadzając jednocześnie załogę do szału niedopasowanymi do profilu firmy procedurami. Część z Was z pewnością spotkała się z organizacjami, w których komputery nie mieszczą się na biurkach, a wszyscy biegają i szukają po szafach segregatorów z dokumentami, niezależnie czego dotyczy nasza prośba. 

Zmiany, zmiany, zmiany…

Większość katastrofalnych wydarzeń mających miejsce na świecie powoduje zmiany modelu zachowań ludzkich, jak i organizacyjnych. Zła sytuacja wymusza bardziej racjonalne użytkowanie własnych zasobów albo wyrzuca firmy z rynku, a urzędy paraliżuje. W tym widzę szansę na to, że kupując kolejnego laptopa do firmy, zamawiając kolejną usługę informatyczną do urzędu, być może osoby odpowiedzialne za te procesy, zaczną od analizy realnych potrzeb, a nie bezmyślnego otwarcia portfela. 

Dziś często jest tak, że komputer kupuje się dlatego, że przyszedł nowy człowiek i musi mieć Worda i maila, koniec historii. Bardzo często każde stanowisko jest swoim własnym zamkniętym „informatycznym” królestwem, bez struktury przechowywania danych i zasad obiegu cyfrowych dokumentów. „Te dokumenty to chyba pani Halinka robiła, zna ktoś login do jej komputera?” – zapewne spotkaliście się z podobnym tekstem.

Wielkie firmy mają tutaj teoretycznie przewagę, ale w Polsce często duże systemy wprowadza się „katalogowo”. Wydaje się spore pieniądze na ogromny i przeraźliwie drogi system, ale zaoszczędzi się pieniądze na jego optymalizacji, koniecznej do tego, aby ten pomagał, a nie przeszkadzał. W czasie mojej pracy  w branży poligraficznej, będąc w środku takiego niekończącego się i bezsensownego wdrożenia, aby utrzymać porządek w dziale, musiałem ratować się własnym, prymitywnym substytutem opartym o pocztę IMAP, Thunderbirda z etykietami i trochę automatyki, którą oferował macOS. Dziś w wielu korporacjach nie jest wcale lepiej. 

Interfejs z piekła rodem

O tym, jak mało czasu poświęca się na analizę danego rozwiązania, świadczy też jakość wielu narzędzi obecnych na rynku. Nie tak dawno byłem świadkiem w jednej z firm, jak próbowano wygenerować mi z systemu księgowego rachunek do umowy o dzieło i uwierzcie, bez pomocy supportu nie wpadłbym na to rozwiązanie, które zaimplementował tam deweloper.

Jeśli ktoś z Was ma dzieci i musi potykać się z cyfrowymi dzienniczkami, ten wie, że w części tych portali już samo logowanie i zarządzanie kontami jest postawione na głowie. A cała reszta to czysty chaos utrudniający i tak niełatwą komunikację z nauczycielami. Jakim cudem tego typu narzędzia nie są wypierane przez lepsze? Dlaczego użytkownicy nie naciskają na producentów, żeby Ci poprawili swoje produkty? Cóż, w czasie hossy większości to po prostu nie obchodziło. 

Dziś świat dokonał ostrego, organizacyjnego zwrotu i z nowej ścieżki nie będzie już odwrotu. Nie wiemy kiedy opanujemy aktualne zagrożenie, a pojawienie się kolejnego jest bardzo prawdopodobne. Każda, mniejsza czy większa, lokalna czy centralna, państwowa czy prywatna organizacja musi przygotować się na to, żeby mieć prosty, zdalny dostęp do zasobów firmy. Trzeba wypracować procedury, które będą skracać, a nie wydłużać czas obsługi zadań i obróbki dokumentów. Kto tego nie zrobi, spadnie z rowerka, a jeśli państwo nie ogarnie porządków na swojej grządce, nasza konkurencyjność „międzynarodowa” spadnie jeszcze bardziej.

Jesteśmy narodem romantyków „jakoś to będzie” otoczonym przez kraje znacznie bardziej pragmatyczne w tej kwestii. Pora zdać sobie z tego sprawę i zamienić informatyczną kłodę, która leży pod naszymi nogami, w koła, które przyśpieszą i ułatwią wszystkie procesy w naszej gospodarce. Jak myślicie, czy nadchodzący kryzys będzie na tyle mocnym impulsem, aby do tego doprowadzić?