30

Te filmy zrobiły na mnie największe wrażenie w 2017 roku

Te filmy z przyjemnością obejrzałbym ponownie. I pewnie to zrobię. Ba, w niektórych przypadkach już zrobiłem. O tych kilku obrazach z czystym sumieniem mogę napisać, że to najlepsze, co zobaczyłem w 2017 roku. Każdy czymś się wyróżnił, każdy miał w sobie coś mocnego. W jednym przypadku będzie to świeżość formy przekazu, w drugim gra aktorska, w jeszcze innym sposób opowiedzenia historii. Albo po prostu dobra zabawa: w mojej piątce znalazł się blockbuster - spodziewałem się po nim dobrej zabawy, ale nie sądziłem, że po seansie powiem "wow". Co trafiło do mojego top 5? I co Waszym zdaniem zasługuje na tegoroczne podium?

Filmy z listy reprezentują różne gatunki i budżety. Nie chciałem komponować zestawienia bardzo ambitnego kina, które zna wąska grupa odbiorców (nierzadko te obrazy są po prostu słabe, zamiast na robieniu filmu, ktoś skupił się na tworzeniu dzieła). Z drugiej strony nie chodzi o to, by zebrać pięć najpopularniejszych tytułów tego roku. Był zatem przesiew i czasem trudny wybór, ale każdy obraz z tej piątki się broni. Przynajmniej w moich oczach – jestem przekonany, że część z Was się ze mną nie zgodzi – tak było już w przypadku zestawienia najgorszych filmów. I dobrze. Im większy rozdźwięk, tym bardziej prawdopodobne jest to, że nadal będziemy dostawać zróżnicowane kino.

Co zapamiętam z ostatnich kwartałów i polecę?

Toni Erdmann

Najbardziej zastanawia mnie fakt, że ten film jest przedstawiany jako komedia. I chyba to sprawia, że część widzów nie mogła się przestać śmiać przez cały seans. A ten jest długi, trwa ponad 2,5 h. Zauważyłem to nie po raz pierwszy: ludzie przychodzą na coś, co na afiszu czy w trailerze jest promowane jako komedia i potem pękają ze śmiechu. Tymczasem historia wesoła nie jest, bez dwóch zdań można ją uznać za mocny dramat. Jedna z rzeczy, która wciąż dziwi mnie w kinie…

Tytułowy Toni Erdmann lubi wygłupy, czasem faktycznie mogą one wyglądać zabawnie, ale tło wydarzeń nie napawa optymizmem. Mamy tu wyścig szczurów, chore ambicje, samotność. Spotkanie ojca z córką i obserwowanie ich wzajemnych relacji przez te sto kilkadziesiąt minut… męczą. Przy czym nie jest to powiązane ze znużeniem – człowiek ma po prostu świadomość, że na ekranie dzieje się coś złego, że ci ludzie nie są szczęśliwi i straszliwie się miotają. Scena z główną bohaterką śpiewającą przy pianinie robi piorunujące wrażenie, jest chyba mocniejsza od finału, który… część odbiorców pewnie uzna za zabawny.

Jeśli macie ochotę na europejskie, niemieckie kino bez fajerwerków, ale z dobrą grą aktorską i ciekawą historią, Toni Erdmann powinien Was wciągnąć.

Zobacz też: Filmy świąteczne

Thor: Ragnarok

Czy jestem fanem filmów prezentujących świat(y) Marvela? Niekoniecznie. Oglądam, ale nie ustawiam się w kolejkach po bilety. I podkreślę, że poprzednie dwa Thory mnie nie porwały, czasem byłem wręcz znudzony seansem. Co innego numer trzy… To są ponad dwie godziny świetnej zabawy, dobrego widowiska na miarę XXI wieku. Najbardziej spodobał mi się brak zadęcia, pompowania heroizmu – tu na pierwszy plan nie jest wysuwana ckliwa historia, lecz rozrywka. Dostajemy kino zabawne, lekkie, czasem wręcz komicznie. Od jednego żartu do drugiego, aktorzy nie wyglądają przy tym na zmuszonych do wygłupów – oni się dobrze bawią. A na liście płac znajdziemy naprawdę mocne nazwiska, to nie są popisy nowicjuszy.

Sceny, którym towarzyszy piosenka Immigrant Song zespołu Led Zeppelin to esencja filmu akcji czy przygodowego, właśnie po to człowiek udaje się do kina, kupuje bilet na seans IMAX. Oby w tym kierunku rozwijało się filmowo-komiksowe uniwersum Marvela i Disneya.

Cicha noc

Gdy ktoś mi mówi, że w Polsce nie powstają dobre filmy, radzę mu lepiej przyjrzeć się liście rodzimych produkcji. Jasne, przeważają na niej średniaki lub zwyczajne gnioty, ale nie brakuje obrazów wręcz wybitnych. Czymś dobrym z ostatnich miesięcy jest Cicha noc. I znowu: czy to jest komedia? Sam bym tego tak nie nazwał, ale część widzów potrafiła wypluć popcorn obserwując rozwój wydarzeń przy wigilijnym stole.

Na uwagę zdecydowanie zasługuje tu realizm – widza nie gryzą sztuczne dialogi, przesadzona historia, przerysowane sceny – to wszystko mogło się wydarzyć. Ba, to może się dziać u nas, u sąsiada czy kolegi z pracy. W każdej lub prawie każdej rodzinie ktoś wyemigrował, ktoś ma tajemnicę, pojawiają się żale i pretensje. Polskie piekiełko, lecz bez przekraczania pewnych granic, zamęczania widza. Jest to, co lubię w filmach Wojciecha Smarzowskiego, ale po wyjściu z kina nie mam ochoty skoczyć pod samochód. I to jest plus.

A najbardziej cieszy mnie to, że w tym roku pojawiły się filmy, które potwierdzają, że w młodym pokoleniu nie brakuje zdolnych aktorów.

Twój Vincent

Kolejny obraz, przy którym pracowali Polacy. I słowo „obraz” ma tu szczególne znaczenie. Poświęciłem mu osobny wpis, w którym tłumaczyłem, z czym mamy do czynienia:

Twój Vincent to tytuł, który trudno jednoznacznie sklasyfikować: dramat, kryminał, biografia, ale przede wszystkim pełnometrażowy film animowany techniką malarską – ten ostatni element poważnie wyróżnia go w repertuarze. Nie tylko tym październikowym, bo za podobne rozwiązania wcześniej się nie zabierano lub nie robiono tego na taką skalę. Dzieło (tak, to jest dzieło) powstawało latami, pracowało przy nim m.in. ponad stu malarzy, którzy imitowali techniki Vincenta van Gogha. Powstały tysiące obrazów, które wprawiono w ruch za sprawą animacji poklatkowej. Warto dodać, że jedna sekunda filmu (a ten trwa ponad 90 minut) to kilkanaście namalowanych obrazów. Widać wyraźnie, ile pracy trzeba było włożyć w realizację tego śmiałego pomysłu. Podjęli się go wspólnie Polacy i Brytyjczycy, film w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchmana powstawał w w różnych częściach Europy, w Polsce pracowano nad nim we Wrocławiu i w Gdańsku.[źródło]

Okazuje się, że twórcy trafili z tym pomysłem w dziesiątkę, film zbiera świetne recenzje w kolejnych krajach, otrzymuje nominacje i nagrody, a przy tym… zarabia duże pieniądze. To ciekawe, ponieważ można pomyśleć, że patrzymy na niszową produkcję, która nawet nie zwróci kosztów poniesionych na jej stworzenie. Dowód na to, że czasem warto zaryzykować, wyjść poza pewne ramy, postarać się o powiew świeżości.

Dunkierka

Jedni uwielbiają filmy Nolana, drudzy ich nie znoszą. Zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy, niektóre tytuły widziałem kilkukrotnie. Dlatego musiałem obejrzeć Dunkierkę i… przyznam, że byłem zaskoczony. Już przed samym seansem, bo reżyser nie pasował mi do kina historycznego, ale też po projekcji, ponieważ stwierdziłem, że uniósł temat. Jak zwykle brawa za montaż oraz ujęcia. Tym razem nie było jednak klasycznego widowiska – swoje robiły pogoda, zdjęcia długich i szerokich plaż, wymizerowanych żołnierzy, tonących okrętów. Klimat budował m.in. Tom Hardy, który grał… oczami. Tak, oczami.

Nolan potrafił pokazać strach przed wrogiem, przerazić nim widzów, bez scen, w których ten rzeczywiście się pojawia. Niemcy są tuż za rogiem, za wydmą, alianci panicznie się ich boją, ale żołnierza w niemieckim mundurze nie widzą. Zaistniała sytuacja wystarcza jednak, by włączyły się zarówno pozytywne cechy, oddanie czy heroizm, jak i te najgorsze: trzeba oddać kogoś na pożarcie, by samemu przeżyć.

To nie był Szeregowiec Ryan z kończynami fruwającymi po polu walki. A mimo to wojna według Nolana przeraża bardziej.

Oto moje filmy roku 2017. Jeśli macie swoje typy lub uwagi, chętnie je poznam. I już teraz zapowiem kolejny wpis, w którym skupię się na zaskoczeniach kinowych mijającego roku