10

Na co Google największa na świecie baza danych z pirackimi witrynami?

Z pewnością domyślacie się, że wielkie wytwórnie oraz organizacje chroniące prawa autorskie, często domagają się od Google filtrowania wyników wyszukiwania i eliminowania stron, które można krótko określić pirackimi. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę, że Google indeksuje wszystkie skargi, tworząc z nich ogromną bazę danych. Po co? Obrońcy praw autorskich mają do dyspozycji specjalne narzędzia, […]

Z pewnością domyślacie się, że wielkie wytwórnie oraz organizacje chroniące prawa autorskie, często domagają się od Google filtrowania wyników wyszukiwania i eliminowania stron, które można krótko określić pirackimi. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę, że Google indeksuje wszystkie skargi, tworząc z nich ogromną bazę danych. Po co?

Obrońcy praw autorskich mają do dyspozycji specjalne narzędzia, za pomocą, których mogą raportować strony zawierające pirackie treści. W rezultacie są one odfiltrowywane i znikają z wyników wyszukiwania Google. I wszystko byłoby pięknie z punktu widzenia raportujących, gdyby nie polityka transparentności (lub przejrzystości, jak kto woli) kalifornijskiej firmy. Wystarczy, że wejdziecie na stronę, która zawiera raport na temat usuwanych linków. W samym ubiegłym miesiącu z wyszukiwarki zniknęło ponad 2,5 mln stron. Co najciekawsze, w ostatnim tygodniu była to rekordowa liczba ponad 719 tys. witryn.

Najczęściej z narzędzia raportowania korzysta Microsoft oraz RIAA. Aktywne pod tym względem są też NBCUNVIERSAL, BPI i Magnolia Pictures. Najwięcej usuwanych linków pochodzi z Filestube, torenthound.pl i downloads.nl. Ogółem za raportowanie odpowiada niecałe 3 tys. organizacji i firm, czego efektem jest tak duża liczba usuwanych pozycji.

O co jednak ze wspomnianą w tytule bazą danych chodzi? Otóż Google w ramach swojej polityki tworzy listę wszystkich zgłoszeń. Jest ona oczywiście ogólnodostępna. W rezultacie każdy może przeglądać tworzoną w ten sposób bazę, a znajdzie w niej same pirackie serwisy. W rezultacie daje to skarbnicę informacji o łamiących prawa autorskie stronach w sieci. Sama firma raczej nie ma żadnego interesu w tym, żeby z owych informacji korzystać. Udostępnianie ich jest jednak ważnym elementem jej wizerunku – Google chce zapewnić internautów, że jedyne co z wyszukiwarki wylatuje to spam oraz treści łamiące prawo. Inne pozycje nie podlegają tej nietypowej cenzurze (nazywajmy rzeczy po imieniu). Co jednak najciekawsze, baza danych dotyczących usuwanych stron www jest indeksowana przez wyszukiwarkę. Internauta dalej ma zatem dostęp do tych stron, choć nie w czystej i tak bezpośredniej postaci, jak wcześniej.

Co na to sami raportujący? Serwują kolejne zgłoszenia, które tym razem odnoszą się do… poprzednich zgłoszeń. W rezultacie powstaje sieć niczemu nie służących raportów o raportach raportów. Brzmi komicznie prawda? A przecież wystarczyłoby interweniować bezpośrednio u właściciela danego serwisu, co najwidoczniej siły wspomnianych firm i organizacji przerasta. Wygląda to jak zabawa w kotka i myszkę, przy czym myszką nie są tutaj piraci, a będące jednym z największych atutów Google reguły przejrzystości działania.

Jakby nie patrzeć, tego typu baza danych może być prawdziwą ucztą dla bardziej świadomych technologicznie piratów. Koniec żmudnego wyszukiwania w Google plików – teraz są w jednym miejscu. Czy to nie absurdalne?

Grafiki: TorrentFreak