3

My Friend Pedro to moje prywatne zaskoczenie. Czyżby najlepsza gra indie 2019 roku?

My Friend Pedro zainteresował mnie już pierwszymi zwiastunami. Wyposażony w pistolety jegomość w dziwnej masce kładł w nich pociskami tłumy przeciwników, skakał, robił fikołki, kręcił się w powietrzu, w dodatku w slow-motion. Zagrałem, przeszedłem i jestem zachwycony.

Swego czasu wciągnąłem się dość mocno w obie części Hotline Miami. Niedawno kupiłem natomiast The Hong Kong Massacre i choć gra jest dokładnie tym, czego spodziewałem – to jednak czuję pewien niedosyt i nie jestem do niej w 100% przekonany. Jeśli jednak ktoś potrafiłby wyciągnąć najlepsze cechy tych dwóch tytułów i umieścić je w jednej grze – było super. I jest super, bo takie właśnie jest My Friend Pedro, które po wielu miesiącach oczekiwań trafiło wreszcie na Steama i Nintendo Switch.

Szaleniec prowadzony przez gadającego banana

Chciałbym napisać cokolwiek o fabule My Friend Pedro, ale jest ona tak nieistotna, że nie ma to większego sensu. Opowieść poznacie dzięki krótkim wypowiedziom bohaterów i choć próbuje ona w jakiś sposób usprawiedliwić totalną rozwałkę, jakiej przyjdzie Wam być częścią, to nie ma to większego znaczenia. Absurdalny jest natomiast fakt, że kierowany przez nas bohater chodzi w dziwnej masce, a jego przyjacielem i doradcą jest… latający, gadający banan. Zaczynamy więc naszą przygodę trzymając w dłoni jeden pistolet, by wraz z przechodzeniem kolejnych usłanych przeciwnikami poziomów zdobywać nowe bronie – w tym drugi pistolet, uzi (i dwa uzi), strzelbę, karabin maszynowy i karabin snajperski. Teoretycznie im nowsza broń, tym większa skuteczność, jednak tylko pistolety mają nieograniczoną amunicję, a to może się w wielu miejscach okazać kluczowe. Nie ma jednak znaczenia jakiej broni będziecie używać, z każdej strzela się wyśmienicie.

Czy on urwał się z cyrku?

Z niewiadomych przyczyn kierowany przez nas koleżka sporo potrafi. Wysokie skoki, odbijanie się od ścian, fikołki w powietrzu, lot na szczupaka z jednoczesnym sianiem pociskami przed i za siebie. Potrafi też zwalniać czas, czyli wchodzić w do bólu klasyczne slow-motion, które doskonale znamy z przygód Maxa Payne’a. Obracając się wokół własnej osi, domorosły Rambo może na chwilę stać się niewrażliwy na pociski wrogów. Mając taki arsenał umiejętności będziecie prawdziwą maszyną do zabijania. I uwierzcie mi, skorzystacie z tej funkcji na każdym kroku.

Gra jest bardzo brutalna, elementy zręcznościowo-platformowe wydają się być zepchnięte na dalszy plan, a głównym daniem jest tu wybijanie przeciwników. Z każdym kolejnym etapem okazuje się jednak, że trzeba wskoczyć w jakieś dziwne miejsce, uruchomić jakąś dźwignię, czy pokonać typowo zręcznościowe przeszkody. Oczywiście w tym samym czasie pociągać za spust i nie dać się trafić. A w dziwnym bananowym świecie przymknąć oko na absurd, bowiem lokacja całkowicie odstaje od fabryk, magazynów czy kanałów, po których normalnie biegamy.

Poza klasycznym wybijaniem wrogów i trafianiem do nich w trakcie dziwnych akrobacji niezwykle istotne są też dodatkowe sposoby zabijania. Można na przykład wystrzelić w powietrze leżącą na podłodze patelnię, która na odpowiedniej wysokości pozwoli nam kierować pociski w niedostępnych normalnie przeciwników. Uwierzcie mi, wygląda to czasami niesamowicie. Zasadniczo chwil na wytchnienie jest tu raptem kilka i najczęściej znajdziecie je na ekranach podsumowujących skuteczność Waszych działań. A to znowu zachęca do ponownego przejścia tej samej planszy i wykręcenia jeszcze lepszego wyniku za styl i skuteczność.

Wizualnie nie ma tu fajerwerków, natomiast gra działa bardzo płynnie – przynajmniej w wersji na Nintendo Switch (tytuł dostępny jest również na Steamie). Oprawa w porządku, niczym nie zachwyca, bardzo fajnie natomiast zanimowano postacie, wkręciłem się też w ciekawą fizykę, mającą tu duże znaczenie podczas większości akcji. Fani elektronicznych beatów na pewno zwrócą uwagę na energiczną ścieżkę dźwiękową z paroma naprawdę fajnymi numerami – wracałem sobie do nich również poza samą grą, a to chyba dość duży komplement. Najważniejsze jednak, że warstwa audio spina się z tym, co widzimy na ekranie.

Werdykt

Na normalnym poziomie trudności przejście gry zajęło mi mniej więcej 4 godziny i nie powiem żeby było trudno. Trudno mnie było natomiast odciągnąć mnie Switcha i zamierzam zaliczyć grę jeszcze raz, tym razem stawiając na większe wyzwanie i jeszcze bardziej wymyślne sposoby na przejście poszczególnych plansz. Uwielbiałem Hotlime Miami, dobrze bawiłem się przy The Hong Kong Massacre, ale My Friend Pedro to inny poziom platformówki akcji stawiającej na strzelanie. Bardzo dobrze zrealizowana, pomysłowa, dynamiczna, wciągająca i zakręcona. Takiej gry się spodziewałem i taką grę dostałem. W moim prywatnym rankingu to jedna z najlepszych produkcji tego roku.

Ocena: 9/10