60

Mundial, Mundial i po Mundialu. Test z kibicowania oblaliśmy koncertowo

Mundial
Mam dla Was świetną wiadomość. Skoro na Antywebie piszemy o esporcie, to postanowiliśmy, że będziemy pisać również o tym tradycyjnym. Ale... tylko w kontekście szeroko pojętych technologii albo zjawisk z nimi związanych. W przypadku ostatniej imprezy piłkarskiej wypada mi napisać tylko tyle: pięknie cieszymy się z sukcesów naszych drużyn. Ale cholernie źle wychodzi nam przegrywanie.

To, że nasza kadra przegrała paskudnie (bo można przegrywać „ładnie” – popatrzcie na Chorwatów czy Islandczyków) stanowi fakt niezaprzeczalny. Uwierzcie mi, że gdy oglądałem grupowe zmagania Biało-Czerwonych, miałem wrażenie że oglądam zupełnie inną reprezentację. Z pewnością nie tą, która oklepała kilka lat temu Niemców i też nie taką, która ustąpiła dopiero Portugalii dopiero w rzutach karnych. Brakowało nam wszystkiego – od siły fizycznej aż po „pomyślunek”. Przykry to obrazek, kiedy ma się wrażenie, że do grona najsilniejszych drużyn trafiliśmy z przypadku.

Wraz z tym jak rosła nasza reprezentacja, a niebywały wzrost jej wagi przypadł na kierownictwo Adama Nawałki, potężniała również pompka do balonika. Kiedy tylko szło nam dobrze i radziliśmy sobie nawet z bardzo groźnymi przeciwnikami, ta wskakiwała na najwyższe obroty i brutalnie wtłaczała powietrze do kawałka gumy. Wytrzymał właściwie dwa cykle szybkiego i agresywnego wtłaczania gazu – w trakcie ubiegłego już Mundialu donośnie pękł i zostawił za sobą kupę smrodu.

Kibice nie znieśli smrodu

Smród potężnie rozszedł się również dlatego, że wszystkim – bez wyjątku udzielił się mundialowy nastrój. W sklepach gadżety „wspierające naszych”. Na ulicy można było właściwie potknąć się o piłkarskie gadżety – te i nawiązania do nich można było znaleźć nawet w musztardzie. Marki i sklepy zabijały się o to, żeby być kojarzone w piłkarską gorączką. Konsumenci szybko łyknęli temat i im również udzielił się ten nastrój. Po raz kolejny nałożyliśmy skarpety na lusterka w samochodach, Passaty przyozdobiono flagami – na drogach wyrosła nam zmotoryzowana Husaria.

mundial polska

Jeszcze kilka lat temu czytałem wypowiedzi internautów, które dawały Nawałce mandat do ubiegania się o fotel Prezydenta Rzeczypospolitej. Tuż po jego wyborze upatrywano w nim natomiast niedzielnego kopacza, który co najwyżej mógłby sterować spółką skarbu państwa – tam przecież nic nie da się zepsuć. Jak tylko człowiek ten zaczął odnosić sukcesy, nastrojowe barometry zmieniły się i modny Pan Adaś urósł do rangi futbolowego Boga. Zastał przecież reprezentację drewnianą, a uczynił murowaną, prawda?

Ale wiadomo było, że od pewnego czasu z reprezentacją coś jest nie tak. Ci, którzy interesowali się nią w trochę szerszy sposób niż jedynie oglądanie co ważniejszych zmagań piłkarzy doskonale wiedzieli, że „coś nie gra w szatni”. Wypowiedzi Lewandowskiego, który chłodził głowy kibiców i dziennikarzy zostały odnotowane, ale i tak je ignorowano. Robert będący w trakcie mundialu cieniem samego siebie (niestety) jasno dawał nam do zrozumienia, że słodko nie będzie. I nie było – dostaliśmy w puchę tak brutalnie, że uwierzcie mi: przykro było mi w trakcie meczów Polski.

Piniendze biero, szampny reklamujo, biegać im się nie chce

Czipsów się nażarli w reklamach, skikali do Żabki, poreklamowali szampony, a Ania nie wyrabiała ze smakołykami glutenowymi do Lewego. Mniej więcej w takim tonie wypowiadali się kibice (nie wszyscy oczywiście) na temat wyczynów Biało-Czerwonych. Ci zagrali poniżej naszych oczekiwań i od razu rozpoczęto festiwal skakania po trampolinie w glanach. Trampoliną byli nie tylko piłkarze, ale i PZPN.

Nawałkę porównywano do kalekiego Dżepetta, który nie radzi sobie z rzeźbieniem w drewnie. Lewandowskiemu zarzucano, że zbyt dużo myśli o transferze do Realu Madryt (i wyśmiewano to marzenie, gdy pojawiły się doniesienia o zamknięciu rozmów na ten temat). Grosickiego obsmarowywano za Żabkę, Milika natomiast najchętniej wywieziono by na taczkach i wytarzano w pieprzu i smole. Wojtek Szczęsny dostał w twarz nie tylko od kibiców, ale i od swojego ojca – w nieco nieeelgancki sposób. Brakowało jeszcze samosądu.

I ja poniekąd to rozumiem. Polakom zabrano marzenia – przynajmniej o tym, by stanąć do walki jak równy z równym. To nam przecież obiecano. Mieliśmy być poważnym i mocnym przeciwnikiem dla najlepszych drużyn z całego globu. Miał być worek z golami i pięknymi emocjami. W zamian otrzymaliśmy taczkę zgryzoty i emocje: takie, które można skrócić do solidnego „k…. mać”.

Polak nie lubi być odzierany z marzeń – wystarczy, że politycy cały czas nam coś obiecują, a potem mają nas daleko w rzyci. Na niezrealizowanie podstawowych jak by nam mogło się wydawać, obowiązków piłkarzy zareagowaliśmy naturalnie (w typowy niestety dla nas sposób) – agresją. Piłkarzy bić jeszcze nie chcieliśmy, ale przecież bardzo chętnie korzystamy z internetu, żeby komuś dopiec. Poleciały grube oskarżenia i nie mniej silne inwektywy. „Należało się”, rzekłby typowy „Janusz”.

Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni

Piłkarze po sezonach w swoich ligach oraz po krótkim Mundialu udali się na wakacje. Media społecznościowe naszych kadrowiczów zapełniały się zdjęciami z egzotycznych wakacji, a pod nimi jak grzyby po deszczu wyrastały nienawistne treści. Cóż – zdarza się. Praca w internecie, szczególnie taka, gdy rozlicza cię z niej publika jest okupiona ryzykiem „hejtu”. Po latach człowieka to już nie rusza – przynajmniej w mojej branży. Nie wiem jak jest z piłkarzami – w tej dziedzinie stężenie nienawiści jest przeogromne i internautom nierzadko udaje się wnerwić nawet świętego.

mundial polska

Gdy tylko zapomnieliśmy choć trochę jak nasza kadra dała ciała, skupiliśmy się na innych nacjach. Jak odpadli Niemcy, to pialiśmy z zachwytu. A niech się panzerfausty smucą. Nie byliśmy zadowoleni z sukcesów Rosjan doszukując się dopingu. Kibicowaliśmy Islandczykom (i słusznie), bo mieli oni stanowić wzór dla „naszych” jak powinno się walczyć. Drwiliśmy z Ronaldo i Messiego, że tak szybko odpadli.

Gdy tylko Chorwatom zaczęło iść na tyle dobrze, że stawali się mocnymi pretendentami do finału, kibice skupili się na Kolindzie Grabar-Kitarović. Pani Prezydent Chorwacji nie wstydziła się odziać w koszulkę swojej reprezentacji i kibicować – nawet w deszczu, swojsko pijąc piwo na trybunach i cieszyć się z sukcesów piłkarzy. Po każdym spotkaniu wpadała do szatni, dziękowała kadrze – przybijała piątki i przytulała chłopaków. W tak spontanicznych gestach doszukiwano się podtekstu seksualnego: „Jak Chorwaci wygrają Mundial, to w szatni będzie gangbang w nagrodę” – czytałem m. in. w komentarzach na WP.

Pani Kolinda występowała również w polskich mediach społecznościowych jako „piękna pani w bikini”. Kobieta, która miała być Panią Prezydent Chorwacji miała i czym oddychać i na czym usiąść. Tyle, że na zdjęciach wcale nie było Kolindy Grabar-Kitarović – ktoś znalazł zwyczajnie bardzo podobną do niej kobietę w lichszym odzieniu i wrzucił ściemę do sieci. Internauci co na to? Że się nie dziwią, że chłopaki z Chorwacji tak grają. Może liczą na audiencję?

Tylko flagi żal

Za komuny przed pierwszomajowymi pochodami korzystano z tyczek na groch, żeby mieć na czym zawiesić flagi. Przez długi czas przymierzano się do zgromadzenia odpowiedniej ilości tkanin – by nie brakło. Co robiło się potem? Szturmówki rozbierano na czynniki pierwsze: kije wracały na pola z grochem, a tkaniny szły na przykład na poduszki. Taki swojski recykling, wiecie.

Dzisiaj niczego nam nie brakuje – od konsumpcjonizmu można powiedzieć, że „przewróciło nam się w głowach”. Kupujemy więc kibicowskie gadżety, cieszymy się, śpiewamy, klniemy i złorzeczymy – zależnie od tego jak nam idzie. Sędzia orzekający na naszą niekorzyść będzie zawsze nazywany tak, jak zrobił to Piotr Zelt w „Jobie”. Z tego wszystkie tylko flag i emblematów mi żal. Te przypinane do samochodów widywałem na śmietnikach, na ulicach – walały się jakby nie znaczyły nic.

Wierzę w to, że nie wszyscy kibice tak podeszli do tych mistrzostw i są tacy, którzy znieśli je lepiej. Niemniej, trudno było opędzić się od negatywnych przykładów „kibicowania”. Może i nasi Mundial sromotnie przegrali, ale my też nie daliśmy popisu przegrywania.