Mortal Kombat Legends: Scoprion’s Revenge
4

Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge to świetny film, ale… bywało już lepiej

Trudno powiedzieć, by seria Mortal Kombat miała szczęście do adaptacji filmowych. Po bardzo dobrym debiucie przyszła pora na dramatycznie złą kontynuację. Był kiepski film animowany i rewelacyjny serial na YouTube. Tym razem jednak za nową animację wzięło się Warner Bros. i wyszło...lepiej niż się spodziewałem.

Zemsta Skorpiona zaczyna się bardzo dynamicznie, zgrabnie wprowadzając widza w główny wątek fabularny, stanowiący tło do ponownego przedstawienia nam historii dziesiątego turnieju Mortal Kombat, w którym ziemscy wojownicy mają ostatnią szansę by zażegnać atak sił Zaświatów. Ostatnie 9 turniejów wygrał czarnoksiężnik Shang Tsung i kolejne zwycięstwo będzie dla Ziemian opłakane w skutkach.

Hanzo Hasashi to wojownik klanu Shirai Ryu, który poza poza bieganiem w stroju żółtego ninja wiedzie może niezbyt klasyczne, ale dość spokojne rodzinne życie. Niestety – jego cały klan oraz rodzina zostaje wymordowana przez klan Lin Kuei, a na czele atakujących stoi bezwzględny Sub-Zero. Pomiędzy swoimi ostatnimi oddechami Hasashi przysięga zemstę, która będzie nim kierować zaraz po tym jak przebiegły czarnoksiężnik Quan-Chi da mu drugie życie – tak powstaje bezwzględny Scorpion.

Mortal Kombat Legends: Scoprion’s Revenge

Wspomniałem o tym, że ponownie przeżyjemy opowieść z pierwszego Mortal Kombat – choć tak naprawdę można równie dobrze sięgnąć po odświeżoną odsłonę, dodając do tego świetny film kinowy z 1995 roku. „Garstka ludzi na cieknącej łajbie może uratuje świat?” – najwyraźniej tak, bo na wyspę Shang Tsunga, gdzie odbędzie się turniej płyną Liu Kang, Johnny Cage oraz ścigająca Kano, Sonya Blade. Nikt nie starał się przedstawić tej znanej historii na nowo, a tytułowa zemsta Scorpiona szybko schodzi na dalszy plan, bo powrócić ze zdwojoną siłą w końcówce filmu.

Kreska Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge jest typowa dla animacji ze świata DC Comics i nigdy nie ukrywałem, że nie jestem jej wielkim fanem. Rozumiem oczywiście konsekwentne podejście do tematu, ale jednocześnie żałuję, że brak tu wielu detali, które przykuwałyby do ekranu jeszcze bardziej czy płynniejszej animacji dającej walkom jeszcze większą dynamikę. Strasznie raziły mnie czarne „plamy” na kłykciach, które jakoś drażniły moje oczy aż do napisów końcowych filmu.

Na pochwałę natomiast zasługuje odpowiednie wyczucie klimatu i umiejętne czerpanie z materiałów źródłowych. Dobrze opracowane i narysowane stroje, znane z kultowej już serii ciosy specjalne i dość sztampowe, ale jakże trafne rozpisanie bohaterów. Sonya jest odpowiednio zimna i niedostępna, Johnny Cage głupkowaty, a Liu Kang idealistyczny i naiwny. Nie spodziewajcie się głębokich wynurzeń czy porównywania przedstawionego świata do aktualnej sytuacji w tym realnym – nie o to tu chodzi. Historia Mortal Kombat i znanych bohaterów nigdy nie było specjalnie skomplikowana i animacja WB nie zamierza tego zmieniać.

Film nie ma niepotrzebnych dłużyzn i jak na adaptację bijatyki przystało, obfituje w walki. A że Mortal Kombat zawsze słynął z brutalności, nie zabrało jej również tu. W zasadzie już pierwsza akcja, gdy Hanzo odpiera atak Lin Kuei to festiwal latających animowanych flaków, wyrywanych kończyn i przeciętych gardeł. W ogóle przeciwnicy bardzo lubią być krojeni, a krew sikać na wszystkie strony. Za dużo? Nie sądzę, brutalność wpisuje się w klimat choć nieco kontrastuje z samą kreską i raczej wolałbym obejrzeć tę opowieść w formie anime, gdzie te wszystkie gore fragmenty pasowałyby jeszcze lepiej. Ale walkom niczego nie zarzucam, są odpowiednio dynamiczne i fajnie rozrysowane, do tego obecność znanych ciosów z gier nadaje odpowiedniej atmosfery i przypomina, że to przecież Mortal Kombat. Fajnym pomysłem było też umieszczenie x-rayów, czyli prześwietleń, gdzie po niektórych mocnych ciosach miażdżone są kości.

Mortal Kombat Legends: Scoprion’s Revenge

Nie wiem czy pamiętacie animację Mortal Kombat: The Journey Begins z 1995 roku, towarzyszącą premierze pierwszego kinowego filmu Mortal Kombat. Obawiałem się, że Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge będzie słabizną na tym samym poziomie – na szczęście przepaść miedzy tymi dwoma filmami jest ogromna i Zemsta Skorpiona powinna w dużej mierze zadowolić wszystkich fanów Mortal Kombat. Nie jest to produkcja idealna, mogła zostać wykonana lepiej, z większym rozmachem – ale jednak bardzo dobrze wywiązuje się z powierzonego jej zadania. Pozostaje jednak pytanie, dlaczego powstała dopiero teraz, skoro nawet odświeżone gry są już na zupełnie innym etapie opowieści i w zasadzie piszą ją na nowo? Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge to bardzo klasyczne podejście do Mortal Kombat i po prostu dziwi mnie, że animacja powstała właśnie teraz przez co nie może się nawet podpiąć pod premierę ostatniej odsłony, czyli Mortal Kombat 11.

Nie jestem fanem tego typu kreski, co nie znaczy, że w tym akurat przypadku nie pasuje do klimatu czy uniwersum. Byłem wręcz pozytywnie zaskoczony, jak dobrze się tu odnalazła, podobnie jak stylizowane na ostatnich odsłonach Mortal Kombat x-ray’e. Poziom brutalności tej animacji balansuje na granicy dobrego smaku, a trzon historii znamy doskonale od lat. Nie przeszkodziło to jednak autorom w stworzeniu filmu, który bardzo dobrze się ogląda. Jestem bardzo ciekawy jak szybko (i czy w ogóle) trafi do streamingu, bo o klasycznej telewizji można zapomnieć. Daję osiem wyrwanych kręgosłupów na dziesięć.