domowy router LTE
50

Modyfikacja firmware w routerach to często konieczność, a UE chce tego zakazać

Modyfikacja oprogramowania w routerze z pewnością nie jest popularnym tematem. Ciężko mi określić ile osób faktycznie to robi, ale podejrzewam, że jest to maksymalnie 5% bardziej świadomych użytkowników. Większość z nas korzysta z oprogramowania dostarczonego przez producenta, więc w zasadzie nowa dyrektywa UE jest dla nich obojętna. Mi niestety nie pozwala przejść obok niej obojętnie, bo modyfikowany firmware stosuje od kilkunastu lat i niemal w każdym posiadanym przez siebie routerze. Nie wyobrażam sobie aby pozbawiono mnie tej możliwości.

Dyrektywa radiowa czeka na interpretacje

Powodem całego zamieszania jest dyrektywa radiowa z 2014 roku, która określa maksymalną moc jaką mogą wykorzystać poszczególne rodzaje urządzeń korzystające z transmisji bezprzewodowej. Jak podaje Team Quest, wątpliwości budzi Artykuł 3.3, który podkreśla wymóg stosowania oprogramowania, które jest zgodne z urządzeniem i ograniczeniami obowiązującymi w poszczególnych krajach UE. Chodzi o to, aby nie używać firmware, które pozwala na ustawienie większej mocy anten WiFi. W większości krajów na świecie są one zgodne z normą ETSI.  Oznacza to, że dla pasma 2.4 GHz w Polsce, moc anteny nie może przekraczać 100 mW, a dla pasma 5 GHz – 200 mW (w zakresie kanałów 36-64). Jednak, żeby daleko nie szukać, na Słowacji w paśmie 2.4 GHz dopuszczalna jest moc dziesięciokrotnie większa.

Czasami aby z takiej możliwości skorzystać, wystarczy zmienić region naszego urządzenia i w ten sposób odblokować większą moc, która oczywiście przekłada się na zasięg naszej sieci WiFi. Niestety może też niekorzystnie wpływać na inne urządzenia transmisyjne. Takich sytuacji chce właśnie uniknąć UE, a w tym celu może nakazać producentom urządzeń sieciowym zablokowanie ręcznej zmiany oprogramowania przez załadowanie określonego pliku.

Kilka dni temu zakończyły się konsultacje nad tą dyrektywą, w której niestety nie uczestniczyli ani twórcy wolnego oprogramowania takiego jak OpenWRT (zgłoszenie zostało odrzucone), ani też przedstawiciele producentów urządzeń sieciowych. Wyniki tych konsultacji poznamy zapewne za kilka tygodni, miejmy nadzieję ich wynikiem nie będzie nakaz blokowania możliwości modyfikacji firmware w routerach.

OpenWRT i podobne to drugie życie dla routera

O ile mogę się zgodzić, że pewien odsetek osób korzystających z modyfikowanego firmware, robi to właśnie po to aby zwiększyć moc nadajnika, o tyle z pewnością nie jest to jedyny powód. Otwarte oprogramowanie takie jak OpenWRT czy DD-WRT jest portowane na wiele urządzeń sieciowych, bo jest zwyczajnie lepsze. Tak naprawdę różni producenci często korzystają z tej samej bazy, czyli układu sieciowego np. Atherosa czy Broadcoma. Na jego bazie budują swój router, ale nic nie stoi na przeszkodzie aby zamiast fabrycznego „softu” wgrać odpowiednio zmodyfikowany.

Do popularnych nakładek należy np. Gargoyle, który bazuje na OpenWRT i dostępny jest na wiele modeli routerów popularnego TP-Linka. Korzystam z tego rozwiązania już od wielu lat i poza większymi możliwościami konfiguracji (jak np. rozbudowany QoS czy obsługa dodatkowych urządzeń po USB) jest także znacznie bardziej stabilny. Co więcej, to oprogramowanie jest cały czas rozwijane i łatane są w nim wszystkie wykryte luki bezpieczeństwa, nawet jak router stracił już wsparcie techniczne producenta. Nie dalej jak kilka dni temu Niebezpiecznik opisał sytuację, gdy nieaktualizowany router okazał się przyczyną rachunku na 1070 PLN.

Osobiście mam nadzieję, że do faktycznego utrudniania życia użytkownikom nie dojdzie. Jest na to szansa, bo producenci urządzeń sieciowych też nie są zwolennikami tego rozwiązania. Nikt raczej nie uznaje projektów takich jak OpenWRT za swoją konkurencję, pewnie też dlatego, że ich popularność jest jednak ograniczona. Całkiem niesłusznie, bo często wgranie alternatywnego oprogramowania ogranicza się do wskazania odpowiedniego pliku. Później wystarczy go już tylko odpowiednio skonfigurować.