27

Między blogerem a hejterem – koncert życzeń i zażaleń

Dobry wieczór wszystkim. Pisząc do Internetu, gdzie czytać i wypowiadać się może każdy, autor wystawia się na ryzyko zawodowe, jakim jest zebranie kubłem pomyj od człowieka, który w życiu nie ma nic lepszego do roboty, niż szukanie miejsc w Sieci, gdzie może dać upust swoim emocjom. Długo zastanawiałem się nad tym, jak w ogóle można […]

Dobry wieczór wszystkim. Pisząc do Internetu, gdzie czytać i wypowiadać się może każdy, autor wystawia się na ryzyko zawodowe, jakim jest zebranie kubłem pomyj od człowieka, który w życiu nie ma nic lepszego do roboty, niż szukanie miejsc w Sieci, gdzie może dać upust swoim emocjom. Długo zastanawiałem się nad tym, jak w ogóle można zostać hejterem – chyba jestem takim typem człowieka, że najzwyczajniej w świecie nie potrafię. Nic by mi to nie dało, nie miałbym na to czasu i czułbym się z tym źle.

Stojąc po „drugiej stronie barykady”, tworząc treści na Antyweba niejednokrotnie, podobnie jak i moi koledzy przeczytałem pod swoim adresem różne opinie. Te, które mnie zawsze śmieszą, to oczywiście zarzuty, według których firma (tu możesz wcisnąć właściwie każdego producenta sprzętu) płaci mi za teksty. Zazwyczaj te ataki albo ignoruję, albo ironicznie „potwierdzam”. O tym pisał Maciej Sikorski – w dalszym ciągu jednak wątpicie w prawdziwość naszych deklaracji. Oczywiście jest tak, że bloger otrzymuje czasem ciekawe lub mniej #darylosu – prawem firm jest to, by blogera obdarować. W gronie profesjonalistów jednak nigdy nie ma to żadnego przełożenia na opinię o producencie, czy danym produkcie. Tym bardziej zdenerwowałbym się, gdybym otrzymał od firmy sprzęt „na wieki” z zaznaczeniem, że owszem zostanie, ale opinia ma być „taka i taka”. Skończyłoby się środkowym palcem w mailu lub kazaniem przez telefon. Kreowanie opinii to odpowiedzialność.

Temat, który podnosiłem już wielokrotnie – bojówki Microsoftu, Linuxa, Apple, Google, Samsunga i Bóg wie kogo jeszcze. Sam przez niektórych komentatorów na Antywebie zostałem sklasyfikowany jako człowieka nie tylko hołdującego rozwiązaniom Microsoftu, ale i otrzymującego miesięcznie za to pieniądze. Czekam, aż kiedyś przeczytam dokładnie, ile otrzymuję w ciągu miesiąca za rzekome peany w stronę mojego technologicznego bożka. A ile dostaję naprawdę? A zero, null, nic, nawet złamanego grosza. Uwierzylibyście?

battle2

Wiecznie niezadowoleni ze wszystkiego kaci, znani na Antywebie komentatorzy słynący z tego, że codziennie mają gorszy dzień, a to oznacza z kolei, że bloger, który przeczyta komentarze pod swoim wpisem będzie miał równie mizerny. Oberwie się za wszystko – za rzekome wypisywanie głupot, za niedostrzeżoną literówkę (która się zdarza), za opinię (!)…

Kto jest hejterem, a kto nie?

Wytykanie błędów sobie chwalę, mam zwyczaj stosować się do sugestii czytelników na Antywebie i to, co piszecie pod artykułami to niewiarygodna wartość dodana do tego, co przekazujemy Wam my. Stąd też nie uważam, że komentarze powinny zniknąć, nie rozpatruję ich obecności w nowych mediach jako dany ludziom przywilej. Komentowanie to święte prawo czytelnika, pozbawienie blogów komentarzy byłoby aktem regresu. Wielu z Was czyta Antyweba także dlatego, że w prosty sposób można zadać autorowi wpisu pytanie, zwrócić na coś uwagę, czego być może w tekście zabrakło. Często, pod recenzjami sprzętu dopytujecie o aspekty korzystania ze sprzętu, które w teście się nie znalazły. To oznacza także, że praca autora nie kończy się na napisaniu tekstu, przygotowania go do publikacji i kliknięcia „Opublikuj”.

Inaczej jest jednak, że oprócz wytkniętego błędu w komentarzu znajdują się jeszcze inwektywy pod adresem autora. A to niestety się zdarza także w takim medium, jak Antyweb. I uważam, że zdarza się to zwyczajnie zbyt często. Z pewnością nie dożyję czasów, gdy kultura w Internecie będzie tak wysoka, że będzie on wolny od tego typu wpisów. Jestem jednak przerażony tym, ile czasem autor musi przeczytać mało wybrednych wypowiedzi na swój temat. Już nie mówię o tym, że ktoś sugeruje, że autor bierze pieniądze za tekst. Inaczej – wszyscy robimy to także dla pieniędzy. Nie słyszałem jednak o tym, by bloger był opłacany ze względu na m. in. pozytywną opinię w toku recenzji. Jeśli takie rzeczy występują (jak znam życie, pewnie gdzieś można z tym się zetknąć), jest to niszcząca rynek medialny patologia. Antyweb jest od tego wolny.

Stąd też hejterem nie jest człowiek, który pokaże: „tu jest literówka, tutaj się machnęliście, tutaj jest źle”. Ale owszem, hejterem jest już komentator, który do tego pozwoli sobie nazwać blogera „baranem, zasrańcem, kutafonem”. Takie rzeczy się zdarzają i oczywiście, takie komentarze po zidentyfikowaniu ich przez moderatora po prostu lecą.

Dostań w mordę z rana

Po pół roku pracy na Antywebie mogę już podzielić się własnymi spostrzeżeniami na temat tego, jak wygląda to zjawisko. Co innego czytać na ten temat raporty, a co innego stać się obiektem hejtów, prawda? Początki były dla mnie dosyć łaskawe – przez pierwsze dwa miesiące w ogóle nie pisałem dłuższych tekstów – po pierwsze czułem się wtedy jeszcze zbyt chudy w uszach, a dwa – musiałem przekonać się do Was, do czytelników. Wasza sympatia mimo wszystko „na pstrym koniu jeździ” i powiem Wam, że w jednym przypadku bardzo boleśnie doświadczyłem tego, jak jednego dnia można dostać tyle miłych wiadomości, że nie trzeba dilera by się rozweselić, a drugiego człowiek najchętniej obrobiłby sklep monopolowy i wdrożyłby protokół: „wódka przegryzana fajkami”.

W tym tekście ruszyłem temat, którym zajmuję się na co dzień z powodu pobieranego jeszcze wykształcenia. Osobiście jestem bardzo wrażliwy na to, jak zmienia się społeczeństwo i szczerze ubolewam z powodu degeneracji, która dotyka młodsze pokolenia. Tekst okazał się być niezły – przynajmniej tak wynika z komentarzy. Cieszyłem się, naprawdę. To zawsze człowieka cieszy, jak coś się podoba.

W tym natomiast… Dostałem po twarzy tak, jak nigdy nie chciałbym dostać. Ok, tekst nieco inny, nie spodobał się. W ciągu dwóch dni napisałem jednocześnie najlepszy i najgorszy wpis w osobistej historii Antyweba. Dobry jestem, prawda? :)

battle3

W tym akapicie chcę zwrócić uwagę na to, co boli mnie najbardziej. Najgorzej jest, gdy człowiek wrzuci tekst rano, dostanie kilka razy po twarzy i cały dzień jest „z czapy”. I powiem coś, czego może mówić nie powinienem. Niezależnie od stażu w mediach, hejterskie komentarze bolą tak samo. Mimo, że człowiek wie, że nie powinien się przejmować, że to nic nie znaczy. A jednak. I hejterzy dobrze o tym wiedzą. Stąd też nie widziałem jeszcze, żeby komukolwiek to się znudziło.

Stąd też, jak człowiek na początek dnia przeczyta kilka niemiłych rzeczy o sobie, potem już stroni od czytania reszty. Tak po prostu, żeby dnia sobie nie psuć.

Ok. Dlaczego hejtujemy?

Właściwie z tego samego powodu, dla którego robimy inne, przykre rzeczy. Zaletą Internetu jest anonimowość. Dlaczego smarujący niepochlebne komentarze raczej unikają podpisywania się pod swoimi tekstami? Ano dlatego, że człowiek jest dużo odważniejszy, gdy nie może zostać zidentyfikowany. W Sieci łatwiej jest pozwolić sobie na to, czego nie zrobilibyśmy, gdyby była możliwość powiązania naszej osoby z naszymi poczynaniami. Nie staniemy przecież na środku ulicy i nie powiemy do tego i tego człowieka: „nie podobasz mi się, jesteś głupi, a w ogóle to chętnie dałbym ci w twarz”. W Internecie to przejdzie. Jesteśmy niesamowicie brutalni, gdy przychodzi nam skopanie kogokolwiek przez kabel. Uchodzi z człowieka frustracja, niesatysfakcjonująca praca, osobiste niepowodzenia. Hejtują głównie ludzie nieszczęśliwi, którym nic w życiu się nie udało. To bodaj jedyny dla nich sposób, by sobie ulżyć. To smutne.

Społeczeństwo nastawione na „ja” też bardzo wpływa na to, jak zachowujemy się w Internecie. Podeszlibyście do tęższej dziewczyny i powiedzielibyście jej, że jest gruba i brzydka patrząc jej prosto w oczy? Nie? To nieeleganckie, prostackie i po prostu głupie. Niemała grupa zrobi to w Internecie. Bo poczuje się lepiej, nie zobaczy tego, że dziewczynie nie będzie wesoło. Hejtera nie obchodzi reakcja atakowanej osoby – nie musi. Hejter tego nie zobaczy. W świecie poza Siecią jest inaczej, trzeba się zmierzyć z reakcją drugiego człowieka.

Słowem zakończenia

Super, że przebrnąłeś do tego momentu. Bardzo Ci dziękuję. W Internecie o tym się zapomina – autor jest takim samym człowiekiem jak Ty. Komentarze traktujmy jak rozmowę – dyskutujmy, ale nie rzucajmy błotem. To bardzo ważne i dla mnie i dla Was. Do opinii podchodźmy z szacunkiem – każdy i tak będzie mieć swoją. Brońmy swojego zdania, ale kulturalnie. I ja i koledzy z Antywebu lubimy z Wami rozmawiać. Dlaczego mielibyśmy szarpać się o nic? No, właśnie. Trzymajcie się ciepło!

Grafiki pochodzą z serwisu Pexels.com