81

Szukasz czegoś szybszego i lepszego od Chrome? Taki jest… Microsoft Edge

Prędzej bym się spodziewał, że Justyna Żyła otworzy własną szkołę tańca, serio. A tymczasem okazuje się, że była żona uśmiechniętego skoczna narciarskiego polskiej reprezentacji nie tańczy, a gotuje. W tym samym czasie ja przenoszę się z Chrome'a na... Microsoft Edge, który doskonale działa już na silniku Chromium, choć dostępny jest na razie w wersji Canary.

Microsoft Edge nie jest mimo wszystko projektem udanym dla Microsoftu. Pierwsze oficjalne wersje wydane wraz z premierą Windows 10 nie były tym, czego oczekiwaliśmy od uprzednio głośno promowanego „Project Spartan”. Przeglądarka nie była stabilna, nie zawsze dobrze dogadywała się z niektórymi stronami internetowymi, a w dodatku brakowało w niej rozszerzeń. Dumni użytkownicy Chrome’a, czy Firefoksa nie widzieli żadnych powodów, dla których mieliby porzucać dobrze znane i lubiane produkty.

Zobacz także: Microsoft Edge powinien taki być od samego początku

Microsoft Edge jednak przeszedł sporą ewolucję, której najważniejszą częścią było porzucenie własnego silnika i przejście na Chromium. Nie byłem entuzjastą tego pomysłu twierdząc, że jest to przedsięwzięcie, które wyszło spod rąk księgowego, któremu nie w smak były koszty rozwijania własnej, niekoniecznie dobrze przyjmowanej na rynku przeglądarki. Przejście na Chromium z całą pewnością zdjęło z Microsoftu konieczność rozwijania własnego silnika – a tym samym i mus wydania na to niemałych pieniędzy.

Microsoft Edge w wydaniu Canary to „sztosik”

I ten fakt docenią głównie ci użytkownicy, którzy narzekają w swoich komputerach na dwie rzeczy: niekoniecznie doskonałą wydajność i słabe osiągi urządzenia na jednym cyklu ładowania.

Spójrzmy na takiego Chrome, który znany jest od jakiegoś czasu z tego, że bardzo chętnie zabiera się za konsumpcję dostępnych w komputerze zasobów. Albo… nie bawmy się w eufemizmy. Chrome to łakoma kobyła, która potrafi zeżreć spore pokłady pamięci operacyjnej nie robiąc czasami nic wymagającego i jednocześnie bardzo brzydko obchodzi się z procesorem. Na słabszych konstrukcjach dosłownie czuć, że coś jest nie tak – po otwarciu wielu zakładek, nawet średnio wydajne urządzenia mogą się nieco zasapać.

W przypadku komputerów przenośnych istotne jest również to, ile taki sprzęt podziała w parze z Google Chrome. Mój ultrabook nie należy już do najświeższych na rynku i jego bateria niestety już odrobinę się zużyła. Ale uwierzcie mi, nic tak nie skraca czasu pracy na jednym cyklu ładowania jak przeglądarka Google. Otwarte dosłownie kilka kart, a dosłownie mogę obserwować, jak wskaźnik naładowania baterii kurczy się i kurczy…

Z Microsoft Edge jest natomiast inaczej. Nie dość, że ten produkt obsługuje niemal wszystko to, co Chrome, to w dodatku jest to przeglądarka znacznie lżejsza, lepiej działająca na podobnym obciążeniu. Wszędzie tam, gdzie Chrome już zeżarłby wszystkie dostępne zasoby i zostawił użytkownika z niemal płonącym laptopem, Edge rozprawi się ze swoimi zadaniami „na spokojnie”, nie wprowadzając komputera w stan gorączki. Mało tego – bateria też dziękuje Edge za zdroworozsądkową pracę.

Warto przeczytać: Chrome potrzebuje tych nowości

Na Microsoft Edge pracuję już tydzień

I nie jest to tylko „głupie pisanie artykułów”, tylko czasami naprawdę ostre zasuwanie. Antyweb to w tym momencie tylko jedno z moich zajęć – mój laptop chodzi ze mną do biura do pracy w ramach idei „Bring Your Own Device” – po prostu na swoim sprzęcie czuję się najlepiej. Podpinam zewnętrzny monitor, peryferia i rozprawiam się z innymi zadaniami, których jest mnóstwo. Uruchamiam dwa profile przeglądarki, ten dla Antyweba i ten dla pracy w biurze i… na Edge nie doświadczam większych trudności. Chrome natomiast co chwila pożerał wydajność komputera i kazał mi czekać na wynik swojej pracy.

Microsoft Edge

O ile nie powinienem polecać nikomu Microsoft Edge w wersji Canary do użytku „produkcyjnego”, tak jednak zrobię wyjątek i polecę Wam przynajmniej zapoznać się z tą przeglądarką. Jest naprawdę szybka, fajnie dogaduje się z baterią laptopa i po prostu działa. Przy okazji, funkcjonalnością nie ustępuje takiemu Chrome, który już od jakiegoś czasu irytuje mnie słabym rozwojem i w dalszym ciągu brakiem rozwiązania problemów z wydajnością tego produktu. Jeżeli Chrome miałby się jakkolwiek zmienić, niech przykładem dobrego kierunku zmian będzie dla niego właśnie Microsoft Edge.

Microsoft Edge w wersji Canary (kliknij!)