14

Microsoft chce całkowicie zmienić rynek i rządzące nim prawa. Chyba się to nie uda

Jedne firmy dostosowują się do panujących trendów, można wręcz rzec - tradycji. Inne nie mogąc sobie na nim poradzić, starają się tworzyć nową rzeczywistość. Robi to właśnie Microsoft i nie jestem przekonany, czy będzie w stanie zmienić prawa rynku.

Microsoft to bez wątpienia jedna z największych firm technologicznych na świecie. A przy okazji najbardziej znanych, również w naszym kraju. I choć nie na każdej płaszczyźnie błyszczy, to jednak od lat istnieje w świadomości ludzi jako coś normalnego i naturalnego. Wystarczy wskazać Windowsa i Office’a, w końcu pierwszy chyba każdemu kojarzy się z systemem operacyjnym, a drugi z pakietem biurowym. Tak, są alternatywy, nawet darmowe, ale jednak przyzwyczajenie do Worda i Excela wygrywa, niezależnie od tego jak zażarte są dyskusje o tym, który pakiet aplikacji jest lepszy.

Microsoft ma wszystko, a jednak wciąż nie może królować na rynku konsol i gier

Podczas wczorajszego zderzania się na torach świetnego Wreckfest rozmawiałem z Szymonem Radzewiczem ze Spidersweb na temat aktualnej sytuacji na rynku konsol. Nie w każdym temacie się zgadzamy, natomiast utkwiło mi w głowie jedno bardzo trafne spostrzeżenie Szymona – Microsoft chce zmienić rynek gier.

Amerykańska firma jakoś ciągle nie może zawojować świata konsol. Pewnie gdyby zdecydowała się publikować oficjalne wyniki sprzedaży konsol Xbox można byłoby postawić te dane obok PlayStation (które lubi się tym chwalić) i wyciągnąć bardzo konkretne wnioski, jednak musimy bazować na informacjach zebranych przez analityków. A te są jasne – to kolejna generacja, w której PS wyprzedza Xboksa i choć można mówić, że przecież Sony zbiera teraz kolejne plony z popularności PS4, to przecież samo na ten sukces zapracowało. Japoński koncern trzyma się jednak klasycznego podejścia do rynku gier i choć robi pewne przymiarki do nowych rozwiązań, to raczej nigdy nie zrezygnuje z klasycznych gier na wyłączność i zarabiania na sprzedaży konkretnych tytułów. Microsoft natomiast nie dość, że nie stawia na produkcje przeznaczone tylko dla ich sprzętów, to w dodatku kiedy już takie się pojawią, wrzuca je do abonamentu Game Pass obok dziesiątek innych gier, które regularnie trafiają do usługi. Różnica w podejściu obu firm jest więc ogromna, również jeśli spojrzeć na same konsole i gry. W końcu MS może na Xboksie tracić, Sony na PS wręcz przeciwnie.

Oczywiście Xbox zbiera pieniądze z abonamentu Game Pass i nie stanowią one dla firmy aż tak marginalnych wpływów – ba, pod koniec 2020 roku mówiło się o 30% wzroście w sektorze „Xbox i usługi”, natomiast nie wiemy – i pewnie nigdy nie dowiemy się – jak duże koszty niesie za sobą utrzymanie usługi. Pojawianie się tam gier kosztuje Microsoft niemałe pieniądze, a tytuły na wyłączność, które trafiają do GP w dniu premiery, nie zarabiają na siebie w klasycznej formie. Windows, Office, Azure generują dla Microsoftu tak dużo pieniędzy, że Xbox i gry mogą być dodatkiem, ciekawostką, hobby, a przy okazji promować system jako taki. I tak to właśnie wygląda, sami zobaczcie – czy pozostali producenci mają lub przymierzają się do podobnej usługi jak Game Pass? Nie, nieobecne w Polsce PlayStation Now to coś zupełnie innego, podobnie jak abonamentowe gry z NES-a i SNES-a u Nintendo. Czy Microsoft, który chyba nie jest już w stanie nawiązać klasycznej walki z PlayStation chce zmienić w ten sposób rynek gier i pchnąć ją w erę abonamentów z grami? Myślę, że tak. Czy mu się to uda? Myślę, że nie.

Xbox Game Pass to usługa abonamentowa. Po uiszczeniu miesięcznej opłaty (lub skorzystaniu z dziesiątek promocji, w których cena usługi jest znacznie mniejsza) użytkownik uzyskuje dostęp do bardzo dużej biblioteki gier. Najłatwiej porównać ją do Netfliksa, bo i sposób w jaki funkcjonuje jest dość podobny. Do zestawu dodawane są kolejne gry, ale część z nich po czasie znika, pewne pozostania są jedynie produkcje na wyłączność. Użytkownika ogranicza więc tylko biblioteka oraz czas wolny jakim dysponuje na granie.

I choć Game Pass rozwijał się przez lata, trafił też na PC, to istnieje od 2017 roku i …nie zmienił rynku. Owszem, zachęcił ludzi do zakupu konsol Xbox (nie wiemy jednak w jak dużym stopniu), jest na ustach wszystkich, stał się koronnym argumentem w żartach o PlayStation – a jednak nie wymusił na konkurencji zmiany podejścia do sprzedaży gier. Na PlayStation i Switchu wciąż trzeba kupować gry, a PS Plus nie oferuje większej ilości produkcji. Trudno też uwierzyć, by w przeciągu kilku najbliższych lat Sony przestało sprzedawać gry i przesiadło się na abonament. Podejrzewam, że Japończycy wszystko sobie policzyli i to się zwyczajnie nie opłaca. A po co mieliby coś zmieniać, skoro PlayStation 4 sprzedawało się świetnie, a PlayStation 5 z archaicznym – względem Xboksa – modelem sprzedaży gier sprzedaje się dwukrotnie lepiej niż konsola Microsoftu?

Przeczytaj też: PS5 miażdży sprzedażą nowe Xboksy mimo tego, że konsoli nie ma w sklepach

Zobaczcie ile gier na wyłączność dostało już PS5 – dodatkowo wszystkie trzymają bardzo wysoki poziom. Jak na początek generacji jest ich nawet sporo, a za chwilę premiera świetni zapowiadającego się Ratchet i Clank: Rift Apart. A Xbox? Tak, zapowiedziano gry, ale wszystkie wydają się rozgrzebane, a daty premiery – jeśli w ogóle są – to bardzo niepewne. Jest natomiast dużo obietnic dotyczących kolejnych gier w Game Passie. Tylko to są produkcje z poprzedniej generacji, a one kiedyś się skończą. Nie jest też do końca jasne co z medialnie nagłaśnianym przejęciem Bethesdy. Strzelam jednak, że większość nowych gier tego wydawcy wyląduje po prostu w Game Passie, ale będzie też wydawana klasycznie na PlayStation i PC. Czy to argument za opłacaniem usługi? Dla wielu osób pewnie tak, tylko znów warto postawić pytanie, czy Game Pass faktycznie zmieni kiedyś rynek gier.

Jestem bardzo ciekawy jak skończy się ta generacja i która z firm pożegna ją z koszulka lidera. Czy jednak aby na pewno trzech największych producentów konsol jeszcze w ogóle ze sobą walczy? Bo wygląda to raczej tak, że każdy działa po swojemu, nie wchodzi sobie w paradę i stara się zebrać jak największą grupę klientów bez nawiązywania bezpośredniego starcia.