55

Miało być tragicznie i z problemami, ale nie było tak źle. Rok z Macbookiem Pro

macbook pro
Wydaje mi się, że równych 12 miesięcy to dobry czas, by zapoznać się z każdym elektronicznym urządzeniem. Kilka dni temu stuknął mi okrągły rok z nowym Macbookiem Pro. Rzeczy które, w opinii wielu, miały okazać się końcem świata, wcale nie okazały się takie katastrofalne. Czy Macbook Pro z 2018 roku jest urządzeniem idealnym? Nie. Czy żałuję zakupu? Absolutnie nie.

Pierwsze wrażenia okazały się słuszne

W sierpniu zeszłego roku podzieliłem się pierwszymi wrażeniami z użytkowania Macbooka Pro 2018 z Touchbarem. Wskazałem wówczas kilka elementów, przez które nie chciałbym już wracać do poprzedniego modelu komputera. Wśród nich znalazły się: klawiatura, true tone, głośniki oraz zasilanie z dwóch stron. I choć poprawiony mechanizm motylkowy wciąż okazał się dla wielu problematycznym, to miałem trochę więcej szczęścia — mimo że ścierają mi się klawisze. Wciąż jednak uważam ją za wyjątkowo wygodną. Automatyczne dostosowywanie kolorów do otoczenia to funkcja, bez której nie wyobrażam już sobie mojego komputera, gniazda zasilania po obu stronach urządzenia są elementami które doceniam każdego dnia. Niby drobiazg, ale sporo spraw ułatwia. Co do głośników: te, owszem, brzmią naprawdę nieźle (jak na głośniki wbudowane w laptop, rzecz jasna) — ale prawda jest taka, że rzadko kiedy mam z nich okazję korzystać. W domu właściwie zawsze korzystam z głośników BT, a kiedy jestem poza nim — zamiast głośników wybieram słuchawki.

Przejściówkowe piekło, dla mnie, okazało się nie być takie straszne

Brak wejść USB typu A to podobno katastrofa. Nawet ze zwykłego pendrive’a człowiek nie skorzysta bez dodatkowych akcesoriów. Okazało się jednak, że wcale tak wiele razy w ciągu roku z nich nie korzystam — a jeśli już, to najczęściej do zgrania pokonferencyjnych materiałów, które były dystrybuowane w ten sposób. Swoją drogą — o ile różnym firmom zdarza się już przekazywać je na nośnikach z USB typu A oraz micro USB, to wciąż nikt nie wpadł na pomysł skorzystania z tych posiadających USB typu C — czas ruszyć naprzód ;). Drugim powodem dla którego podłączam pendrive’y, jest skopiowanie plików do druku — ale przez ostatnich dwanaście miesięcy czyniłem to, dosłownie, dwa razy — bo ubezpieczenie podróżne jednak warto mieć nie tylko w smartfonie.

Dużo bardziej dotkliwe okazało się podłączanie monitora i… kabla Lightning. Choć mam dwa fajne, niewielkie, docki (OWC USB-C Travel Dock oraz Elgato Tunderbolt 3 Mini Dock) — na stałe przy biurku korzystam z tego drugiego. I po kilku miesiącach lubi on zwariować, na przykład na sekundę odłączając monitor. W moim poprzednim komputerze chcąc skorzystać z HDMI też potrzebowałem przejściówki (modele z 2012 miały wyłącznie wejście mini display), w praktyce jednak okazała się mniej kłopotliwa niż kosztująca kilkaset złotych stacyjka dokująca. Oryginalnych kabli Lightning od Apple unikam jak mogę — zdecydowanie bardziej wolę licencjonowane zamienniki. Ale dopiero od niedawna te dostępne są również w wariancie USB-C — dlatego do tej pory męczyłem się z tradycyjnym kablem. Co prawda całych kilka razy w ciągu roku, ale jednak.

Największym brakiem jest jednak czytnik kart SD. Kiedyś korzystałem z niego od wielkiego dzwonu, od czasu zakupu aparatu fotograficznego — znacznie częściej. I zewnętrzne czytniki to — obok monitora — właściwie jedyne akcesoria które podłączam do komputera. Mam ich kilka (w tym jeden zawsze przy sobie), więc niby nic strasznego — ale w pełni rozumiem frustrację korzystających z kart kilka razy dziennie, którzy po latach po prostu je stracili. Bo tak. Pod tym względem Pro jest bardzo mało Pro — bo to właśnie branża profesjonalistów sięga po te wszystkie wejścia najczęściej.

Bateria, z której jestem naprawdę zadowolony

Siedząc przy biurku — korzystam z zasilacza. Wychodząc z domu pakuję komputer do plecaka i nawet w przypadku dwudniowych wypadów nie kłopoczę się zabieraniem ze sobą ładowarki. Nie korzystam na co dzień z zasobożernych aplikacji, a od kiedy przesiadłem się na Safari — 8-10 godzin udaje mi się bez problemu na nim wyciągnąć bez większej gimnastyki. Uważam to za w pełni satysfakcjonujący wynik i — szczerze mówiąc — nie widzę tu specjalnych powodów do narzekań.

Fenomenalny gładzik, którego nie zamienię na żaden inny

Touchpady w Macbookach obrosły już legendą, a ten w ostatnich wersjach komputerów faktycznie nie ma sobie równych. Duża powierzchnia i obsługa całego pakietu gestów zapewnia wygodne korzystanie z komputera bez konieczności sięgania po jakiekolwiek dodatkowe akcesoria.

Czy to komputer idealny?

Nie, to nie jest komputer idealny. Właściwie — nie wierzę w produkty idealne, bo ilu użytkowników, tyle gustów i potrzeb. Pod względem wydajności, wielkości i kompaktowości — zeszłoroczny Macbook Pro jest… doskonały — przynajmniej dla moich potrzeb. Towarzyszy mi w każdej podróży — zarówno małej, jak i dużej. Wylatał ze mną dziesiątki tysięcy mil, przejeździł setki kilometrów. Jego rozmiary i waga są na tyle dopracowane, że trzymając go w plecaku — niespecjalnie odczuwam jego obecność. Owszem, kwestia ścierających się klawiszy nie jest niczym przyjemnym, z otwartymi rękami przyjąłbym także czytnik kart. No ale najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Czy żałuję zakupu? Absolutnie nie. I chyba o to chodzi, prawda?