23

Marissa Mayer nie podołała: wyniki Yahoo są kiepskie, rynek czeka już na informacje o przejęciu

Szkoda mi szefowej Yahoo i piszę to całkiem serio. Starała się, walczyła, próbowała, ale prawdopodobnie to ona przejdzie do historii jako osoba, która zakończyła żywot firmy, postawiła kropkę nad i, doprowadziła do przejęcia jednej z legend Doliny Krzemowej. Zacznie się wypominanie wieku i płci, zabraknie merytorycznych argumentów i pytań o to, czy Yahoo dało się pomóc, czy firma była skazana na ten los jeszcze przed objęciem sterów w firmie przez "księżniczkę Google". Bo nie ma się co oszukiwać: obecna CEO nie trafiła do korporacji, w której panowała sielanka, a o problemach nie słyszano. Kryzys trawił Yahoo znacznie dłużej.

Marissa Mayer wczoraj brała udział w spotkaniu z akcjonariuszami, omawiała raport kwartalny z okresu kwiecień-czerwiec 2016. Atmosferę chyba trudno uznać za miłą i radosną, bo inwestorów mniej interesują już rezultaty firmy, bardziej wyczekują doniesień dotyczących przejęcia, a te mają się pojawić niebawem – jeśli nie w tym tygodniu, to w następnym. Pytania dotyczą teraz tego, co stanie się z Yahoo i majątkiem firmy, nie tego, jak radziła sobie w poprzednich miesiącach. Zwłaszcza, że radziła sobie średnio…

Wyniki w dół, Tumblr odpisywany

Na pierwszy rzut oka Yahoo poprawiło przychody: z 1,24 mld dolarów w drugim kwartale 2015 roku do 1,31 mld dolarów w analogicznym okresie bieżącego roku. Dobre wieści, ale będące efektem… kreatywnej księgowości – zmienił się sposób, w jaki firma wylicza te kwoty, jeśli liczenie odbędzie się na starych zasadach, okaże się, że przychody spadły. Zysk? Zysku brak, są za to straty sięgające blisko 440 mln dolarów. Przed rokiem było to niewiele ponad 20 mln dolarów – skąd taki zjazd? To efekt odpisywania największej inwestycji, za którą odpowiadała Marissa Mayer: w 2013 roku za 1,1 mld dolarów przejęto Tumblr, z którego nie udało się zbyt wiele wycisnąć. Pierwszy raz odpisu dokonano na początku roku, teraz druga tura, wartość biznesu stopniała już do 1/3 wspomnianej sumy. Kiepska informacja w obliczu poszukiwań firmy, która przejmie Yahoo.

Kto wyciągnie portfel?

Informacje o tym, że Yahoo trafi pod młotek pojawiły się już jakiś czas temu, sam pisałem o tym jeszcze w 2015 roku, potem plotki zaczęły nabierać realnych kształtów. Kto ma największe szanse na to, by zostać nowym właścicielem? Liderem wyścigu jest ponoć korporacja Verizon, po piętach depcze mu AT&T, wspomina się także o funduszach inwestycyjnych. Ile zapłacą za Yahoo, amerykański biznes pozbawiony udziałów w Alibabie? Analitycy wskazują na kwoty od 3 do 6 mld dolarów. Dla przeciętnego zjadacza chleba suma niewyobrażalna, ale warto pamiętać, że mówimy o Yahoo, firmie, która budowała biznes IT. Przypomnę, że pod koniec ubiegłej dekady Microsoft chciał zapłacić za tę firmę blisko 45 mld dolarów. Ciągle zastanawiam się, czy gdyby doszło do tej transakcji, to rynek wyglądałby dzisiaj inaczej czy może mówilibyśmy o największej wtopie w historii Microsoftu? Co tam Microsoftu – o największej wtopie w historii Doliny Krzemowej, a może i spółek notowanych na giełdach.

Korporacja ma kilka problemów w obliczu przejęcia. Jednym z nich są patenty, które mogą stanowić integralną część biznesu w chwili przejęcia. Pytanie dotyczy wartości portfolio – jeszcze w kwietniu czytałem, że wycenia się je na około 4 mld dolarów, a parę miesięcy później trafiam na informację, że w gruncie rzeczy to niewiele warta sterta śmieci. Kto ma rację? Kolejny kłopot to umowa z Mozillą, o której pod koniec 2014 roku pisał Tomasz. Wówczas może i wyglądało to ciekawie, ale wkrótce może się stać przekleństwem dla Yahoo. Dlaczego?

Jak podaje serwis recode.net, z powodu klauzuli w umowie. Mozilla zastrzegła sobie prawo do odstąpienia od swoich zobowiązań, jeśli uzna nowego partnera za nieodpowiedniego. Yahoo wciąż będzie musiał uiszczać roczną opłatę (375 mln dol.) na rzecz Mozilli do 2019 r.

Mówiąc wprost, jeśli Yahoo sprzeda internetowy biznes, a Mozilli nie spodoba się nowy właściciel, może podpisać podobną umowę z operatorem innej wyszukiwarki, np. Google, a Yahoo wciąż będzie musiał za nic zapłacić grubo ponad miliard dol.[źródło]

Marissa Mayer może zatem nerwowo przełykać ślinę, bo pakiet zmartwień jest dość pokaźny.

Czy Marissa Mayer mogła zrobić więcej?

Oto jest pytanie… Nie napiszę, że to genialna szefowa, strateg i wizjoner, bo firmy nie udało się wyprowadzić na prostą. Ale też nie zamierzam wylewać na nią wiadra pomyj, a już na pewno nie stwierdzę, że to dlatego, iż jest ładną blondynką i na tym kończą się jej zalety. Mayer sporo zmieniła w Yahoo, odświeżyła tę firmę i rozpoczęła reformy, które mogły przynieść pozytywne skutki, ale było już za późno – starcie z Facebookiem oraz Google nie było w zasięgu tego gracza. Możliwe, że tu nie podołałby i Steve Jobs. Przyszedł czas na sprzedaż? Cóż, nie Yahoo pierwsze i nie ostatnie – przecież lista gigantów, którzy spadli z hukiem ze szczytu jest znacznie dłuższa. Znajdziemy ich w Europie, Ameryce, w Japonii niedługo będzie można tworzyć albumy z byłymi wielkimi. Wątpię, by świat opłakiwał Yahoo. Jednocześnie zastanawiam się, gdzie zatrudnienie znajdzie Marissa Mayer. Chyba, że zostanie w firmie…

Grafika tytułowa: youtube.com