79

Mapy Google i NaviExpert wywiozły mnie w pole żebym ominął korki. Coś chyba poszło nie tak?

Tak bardzo przyzwyczaiłem się do jazdy z nawigacjami na smartfonie, że praktycznie przestałem samodzielnie planować trasy przejazdu. Moje zaufanie zostało jednak ostatnio mocno nadszarpnięte.

Swoją pierwszą nawigację kupiłem w okolicach 2006-2007 roku. Najzwyklejsze, małe Mio za kilka stówek. Tak bardzo zafascynowałem się sugestiami podczas drogi powrotnej ze sklepu, że pojechałem złym zjazdem i ostatecznie zacząłem oddalać się od domu, choć drogę doskonale znałem. Od razu dotarło do mnie, że „na nawigacji” trzeba nauczyć się jeździć – czasem oddalić obraz, ocenić odległość do następnego zjazdu i tym podobne. Ostatecznie po kilku latach pękła obudowa, a sprzęt wylądował w szufladzie – choć płaczu nie było, bo pojawiły się już nawigacje na smartfonach. Pierwszy kontakt z tego typu urządzeniem miałem już jednak wcześniej – pożyczony palmtop Asus’a z dodatkowym modułem GPS, który więcej mi w głowie namieszał niż pomógł. A bo na przykład zdarzało mu się informować o zjeździe kilkadziesiąt metrów po tym, jak już go przejechałem. Ale cóż, takie to były czasy.

Zobacz też: Mapy Google. Trasy rowerowe – wykorzystywanie w Polsce.

Od kilku lat używam NaviExperta z abonamentem. Zaczęło się od porzucenia Map Google i innych darmowych appek na rzecz próbnego okresu, przy okazji testu. Spodobało mi się tak bardzo, że zacząłem co roku płacić, szczególnie po to aby omijać korki. I faktycznie, NaviExpertowi zdarza się wywiązywać z tego zadania rewelacyjnie, wielokrotnie zaoszczędziłem sporo czasu po zaproponowaniu przez program alternatywnej drogi przejazdu – szczególnie na wyjazdach z Warszawy. Ostatecznie, regularnie Mapy Google zaczęły otrzymywać kolejne nowe funkcje, wciąż jednak trwam przy NE i generalnie jestem z niego zadowolony. No może poza informacjami o kontrolach policji, które sprawdzają się może w 2 na 10 przypadków. Informacja o tym, że kontrola w danym miejscu jest średnio kilka razy w tygodniu raczej niewiele pomaga, szczególnie, że prawie nigdy nie ma radiowozu tam, gdzie pokazuje aplikacja. Yanosik jest tu praktycznie bezbłędny, ale ma kiepską nawigację. No i po przesiadce na iOS nie mogę korzystać z niego w tak zwanym tle.

Nie zna życia ten, kto nie jechał w polskie góry lub z nich nie wracał, szczególnie w weekend. Korki na światłach, bo główna trasa nie może przecież omijać miejscowości. Do tego ciągłe remonty, które albo pojawiają się jak grzyby po deszczu, albo od lat tkwią w tych samym miejscach. Czego by kierowca nie robił, to jadąc tam w ferie, zawsze gdzieś stanie na dłużej. Osiem godzin wczorajszego powrotu (mimo wyjazdu do Warszawy we wczesnych godzinach porannych) nie jest rekordem, ale kiedy nawigacja informowała o nieco ponad pięciu, a kończyła na ponad ośmiu nie poprawiło raczej humoru.

Wielokrotnie czytałem w sieci, że bezrefleksyjne jeżdżenie z nawigacją to wyjazd w pole i na dobrą sprawę do dziś śmieję się z tych historii – a bo to jakaś pani gdzieś tam wjechała do jeziora, a to ktoś zakopał się na leśnej ścieżce zbyt mocno ufając nawigacji. I ja doskonale rozumiem, że te algorytmy mają masę informacji z trasy, dobierają rozpiskę tak, bym nie stanął w korku, ale to już kolejny raz, kiedy robiłem nawrotkę do głównej trasy, bo wylądowałem na takich drogach, że dalsza podróż skończyłaby się awarią – albo zwieszenia mojego samochodu, albo mojego żołądka.

Od razu powiem, że nie grzebię za bardzo w ustawieniach Map Google czy NaviExperta, nie omijam dróg płatnych, nie ustawiałem parametrów spalania, a trasę wybieram rekomendowaną. Oznacza to, że program sam wybiera taką rozpiskę by omijać korki. I faktycznie, omija – co doskonale pokazał mi podczas wczorajszej, męczącej i irytującej warunkami podróży. W przeciwieństwie jednak do Map Google nie daje znać ile faktycznie zaoszczędzę czasu wybierając rekomendowaną trasę (chyba, że wrócę do okna wyboru celu). Oznacza to, że mogę zyskać na przykład jedynie 2 czy 3 minuty, ale wpakować się wąskie, kręte dróżki zamiast jechać główną drogą. I tak też się w ostatnich dwóch weekendach kilka razy stało.

Zdarzało się też, że zjazd na boczną drogę względem głównej trasy wpakował mnie w korek, gdy na głównej ruch odbywał się płynnie (niestety widziałem przez okno). Skąd korek? Pewnie większość kierowców wybrała podobną sugestię nawigacji. Zdarzyło się też, że zarówno Mapy Google, jak i NaviExpert puściły mnie na tyle wąskimi dróżkami, że przy każdym wymijaniu pojazdu z przeciwnej strony, oba samochody jechały po poboczu by nie dotknąć się lusterkami. Hitem był przejazd przez delikatnie tylko utwardzoną drogą przy prywatnych posesjach. Ostatecznie z niej zawróciłem widząc, że robi to 5 pojazdów przede mną. Możliwe więc, że dalej było pole, polna żwirowa dróżka albo ślepa uliczka. Wróciliśmy więc wszyscy do korka, który ostatecznie nie był wcale taki straszny i kompletnie nie rozumiem czemu obie nawigacje chciały mnie puszczać bokiem głównej trasy.

Mapy Google w fajny sposób pokazują natomiast różnicę w czasie przejazdu przy wybraniu jednej z kilku podświetlonych tras. I teraz ciekawostka – jak to możliwe, że przy jednym z korków alternatywny, delikatny objazd miał zapewnić mi o 58 minut krótszą trasę – skoro po skorzystaniu z propozycji ostatecznie wylądowałem niedaleko samochodu, który wcześniej stał przede mną? Ten sam model, kolor, ten sam numer rejestracyjny. Różnica była taka, że ja pojechałem delikatnie naokoło, a on został w korku? Fakt, zyskałem minutę lud dwie, ale była mowa o 58. Było warto robić kółko? Moim zdaniem nie. Co ciekawe, NaviExpert w ogóle nie proponował tego objazdu i sugerował identyczny czas dojazdu do celu przy pozostaniu w korku.

Nie jestem absolutnie ani zły, ani rozczarowany Mapami Google i czy NaviExpertem, bo oba programy wielokrotnie pozwoliły mi zaoszczędzić czas i paliwo. I pewnie całkowicie przerzuciłbym się na produkt Google, gdyby posiadał wszystkie interesujące mnie funkcje i powiadomienia klasycznej nawigacji. Nawigacji idealnej nie ma i pewnie nigdy nie będzie programu, który w 100% spełni oczekiwania wszystkich użytkowników, a i tak większości wystarczą podstawowe funkcje bezpłatnych programów. Chciałbym jednak by to omijanie korków czy robót drogowych działało jeszcze lepiej, bo niestety zbyt często zdarza się, że ufam sugestiom, tłukę się jak głupek przez kiepskie drogie tylko po to żeby ostatecznie zaoszczędzić raptem kilka minut, które wolałbym przestać w problematycznym korku, na spokojnie, bez zastanawiania się dlaczego jadę przez jakieś wygwizdowa i czy na pewno ostatecznie wyląduję tam gdzie chcę.

A Wy którym nawigacjom ufacie bezgranicznie i możecie z czystym sumieniem polecić ich używanie? Czy raczej tak, jak w większości przypadków ja – uznajecie ich propozycje za sugestie, ale ostatecznie i tak jedziecie wedle własnych pomysłów w obawie przed tym, że od tych podpowiedzi wylądujecie ostatecznie w polu?

grafika: 1, 2