30

Mamy rok 2015, a ja wciąż stoję na poczcie po list

Tytuł brzmi trochę, jakbym hipstersko próbował Was przekonać, że papierowe listy są super, a stanie w kolejce na poczcie ma swoje uroki. Nie są i nie ma. Praca w Antyweb pokazała mi, że papier i długopis nie są niezbędnym elementem biura. Choć sam jeszcze niedawno dziwiłem się, kiedy wszyscy patrzyli na mnie podejrzliwie słysząc, że […]

Tytuł brzmi trochę, jakbym hipstersko próbował Was przekonać, że papierowe listy są super, a stanie w kolejce na poczcie ma swoje uroki. Nie są i nie ma.

Praca w Antyweb pokazała mi, że papier i długopis nie są niezbędnym elementem biura. Choć sam jeszcze niedawno dziwiłem się, kiedy wszyscy patrzyli na mnie podejrzliwie słysząc, że proszę o kartkę i długopis, bo chcę coś zanotować. Oczywiście nie jest tak, że nagle odrzuciłem klasyczne metody sporządzania notatek – wciąż mam papierowy kalendarz i wciąż lubię sobie coś w nim zanotować. Ale doceniam notowanie w chmurze, dostęp do treści z każdego urządzenia i możliwość szybkiego dzielenia się nimi ze współpracownikami. Chciałbym jednak, by niektóre nawyki z minionej epoki odeszły bezpowrotnie.

Pan tu nie stał

Środa, wczesny wieczór. W przedpokoju uśmiecha się do mnie awizo, które przypomina o papierowym liście. Liście, który nie mógł znaleźć miejsca w mojej skrzynce pocztowej. Celowo nie złożyłem na poczcie dyspozycji do pozostawiania przesyłek poleconych – to jedna z tych instytucji, którym nie ufam. No bo jak zaufać listonoszowi, któremu nawet nie chce się zabrać ze sobą przesyłki i mimo zadzwonienia do mnie domofonem i zakomunikowaniu „poczta”, zamiast zapukać do moich drzwi, zostawia w skrzynce awizo. Próbowałem już wyjaśniać takie sytuacje na poczcie i niestety niewiele wskórałem. A nie jestem osobnikiem awanturującym się – szkoda moich nerwów.

Kolejka na poczcie

Wsiadam więc na rower i jadę na pocztę. Za każdym razem, gdy chcę to zrobić szybciej i podjechać autem, spotyka mnie niemiłe rozczarowanie. Parkowanie gdzieś na pobliskim osiedlu, bo pod pocztą nigdy nie ma miejsca. Oczywiście kiedy tylko przypiąłem rower do barierki, zobaczyłem, że miejsca są. Cztery. Taka złośliwość losu. Biorę numerek, poczta jest wyremontowana, więc chociaż nie wygląda jak bunkier świeżo po wojnie. 15 osób przede mną, tylko 3 czynne okienka. Idzie naprawdę powoli. Ktoś się awanturuje, ktoś opłaca 10 rachunków, ktoś wysyła milion paczek z kosmetykami. Niestety ze wspomnianych 15 osób przynajmniej 3 zapomniało o tym, że istnieje coś takiego jak mydło i dezodorant. Jest ciężko, wychodzę na zewnątrz zaglądając tylko co jakiś czas, by sprawdzić, czy akurat na tablicy nie wyświetla się mój numerek. To i tak postęp, przynajmniej nie muszę stać w klasycznej kolejce i czekać aż ktoś poprosi mnie do okienka, podczas gdy stojący za mną klient prosi o zajęcie jego miejsca – „ja stoję za panem, idę tylko po ziemniaki”.

Odbieram list, podpisuję listę, wychodzę. List jest mało istotny, ale trzeba go odebrać, by ktoś po drugiej stronie mógł wpiąć żółtą zwrotkę potwierdzenia odbioru do swoich dokumentów. Zawsze mogło być gorzej, choć wiedziałem na co czekam i że nie jadę na pocztę po mandat.

Musimy to wpiąć do akt

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że treść listu znałem już od tygodnia, dostałem ją mailem. Udało się uprosić państwową instytucję o elektroniczną wersję. „Ale będzie pan musiał odebrać również papierowe pismo, musimy to wpiąć do akt”. Mamy 2015 rok, zachwycamy się wirtualnymi światami. Kilka dni wcześniej miałem na głowie Project Morpheus od Sony, zatopiłem się w nieistniejącym świecie tak mocno, że jeszcze przez chwilę po zdjęciu z głowy gogli dochodziłem do siebie. Dotknąłem przyszłości, by później posmakować przeszłości.

Wiem czym jest zwrotne potwierdzenie odbioru, wiem jak działa chociażby Kodeks Postępowania Administracyjnego, znam treść ustawy Prawo Pocztowe, wiem też na jakiej zasadzie działa doręczanie korespondencji w sprawach sądowych, czy tych prowadzonych przez prokuraturę. Wiem też, że nikt nie zmieni tego jednym magicznym dotknięciem różdżki i jeszcze długo będziemy musieli chodzić na pocztę po papierowe listy.

Papierkowa robota

Wiem jak działają państwowe instytucje i nie mówię tu tylko o byciu petentem, czy raczej klientem, bo tak przecież lepiej brzmi. Cały czas fascynuje mnie jednak to, jak topornie idzie informatyzacja naszego kraju. Chcecie złożyć wniosek o dofinansowanie? Oczywiście w wielu przypadkach możecie to zrobić w formie elektronicznej, wypełniając specjalnie przygotowane formularze – na które wydano mnóstwo pieniędzy. Ostatecznie i tak będziecie musieli dostarczyć setki dokumentów, kilka segregatorów i na każdą decyzję lub wezwanie do uzupełnienia czekać na poczcie. Bo papier, bo pieczątki, bo pełnomocnictwa. Gdzie tu wygoda, skoro sprawy nie można załatwić elektronicznie od początku do końca?

Młode, prężnie rozwijające się branże udowadniają, że można prowadzić biznes zza ekranu komputera, korzystać z elektronicznej korespondencji, wspomagać się Slackiem, Trello, czatami i wysyłać podpisane papierowe dokumenty w formie skanów. A potem przychodzi zimny prysznic, bo państwowa instytucja akceptuje wyłącznie papier. I spotykamy się w tych kolejkach na poczcie, a ten czas moglibyśmy spędzić przecież przyjemniej. Po to inwestuje się tak duże pieniądze w branżę technologiczną – żeby było szybciej, łatwiej i wygodniej.

Pisałem kiedyś na łamach Antyweba o tym, że dawno temu bawiłem się w demoscenę i byłem tam swapperem (nawet z sukcesami). Na pocztach spędziłem mnóstwo czasu, do dziś pamiętam smak kleju na znaczkach i kopertach, znałem dobrze wszystkich listonoszy w okolicy. Ale to było kilkanaście lat temu, kiedy z internetem łączyłem się przez modem, a wysłanie dużego pliku wiązało się z dużymi kosztami za połączenie. Wątpię żebym dożył czasów, kiedy na pocztę będę chodził wyłącznie po paczki i przesyłki, których nie da się wysłać przez sieć. I nawet nie trzymam już za to kciuków, bo nawet jeśli kiedyś cała polska administracja publiczna przeniesie się do sieci, zadziała to tak dobrze jak system Państwowej Komisji Wyborczej.

grafika: 1, 2

V3_big_1