230

Mam nadzieję, że wyrośliśmy już z piractwa

To smutne, ale Polska od dawna jest w czołówce krajów, gdzie piractwo wciąż jest niezwykle popularne. Wierzę jednak w to, że mogę napisać “była” i przez ostatnie lata sytuacja diametralnie się zmieniła. Bo warunki do takiej zmiany są wręcz idealne.

Piractwo to od zawsze najtańszy (bo darmowy) sposób na granie, oglądanie filmów i seriali, korzystanie z oprogramowania czy słuchanie muzyki. Sposobów na tłumaczenie się z piractwa jest cała masa – bo filmy drogie, nie każdego stać na chodzenie co tydzień do kina. Bo gry kosztują kilkaset złotych, a płyty z muzyką są wciąż drogie. Jeszcze lepsze są tłumaczenia typu “na ten film nie warto iść do kina, więc obejrzę go z dividiksa”, “ten zespół to syf, nie dam im zarobić” albo “na płytach nie zarabiają muzycy, tylko wydawcy”. Konsumpcja filmów, gier czy muzyki nigdy nie była tania. Nie jest to ani chleb, ani woda – to dobra, które nie są niezbędne do życia. Nie ma więc żadnego sposobu na usprawiedliwienie piractwa.

Łatwy, tani dostęp do treści

Niedawno widziałem screen z polskiego forum, na którym jeden z graczy prosił o pomoc w uruchomieniu kilkuletniej gry. Spiraconej. Jest to o tyle dziwne, że tytuł ten był wielokrotnie w steamowych promocjach, można go było kupić za symboliczną kwotę. Ktoś jednak zamiast to zrobić i cieszyć się legalną kopią, wolał grę spiracić. W 2017 roku kiedy z każdej możliwej strony atakują nas growe promocje. Jak nie na Steamie, to na każdej innej platformie z PC-towymi grami. Wystarczy wejść na świetną stronę lowcygier.pl, która zalewana jest wręcz wpisami o promocjach zarówno na PC-towe jak i konsolowe produkcje. Bardzo dużo gram ostatnio na PC i kupuję gry za grosze, często odbieram darmowe produkcje. Nawet jeśli polujecie na nowości, można znaleźć naprawdę fajne oferty. Oczywiście nie jest to wtedy symboliczne 5 złotych, ale kiedy ja byłem zatwardziałym PC-towcem coś takiego jak promocja na gry nie istniała. W katalogach reklamowych na stronach polskich pism o grach cały czas widniały te same, wysokie ceny. Nie było internetowych sklepów z grami, nie było cyfrowej dystrybucji która nie wymaga wyjazdu do stacjonarnej placówki. Jeśli chodzi o dostępność gier mamy dziś prawdziwy raj.

Świat obiegła właśnie kolejna informacja o złamaniu zabezpieczeń konsoli PlayStation 4. Moim zdaniem jednak piractwo na konsolach już nie istnieje i nic nie wskazuje na to, by miało kiedykolwiek powrócić – przynajmniej nie przy dzisiejszych mechanizmach ciągłej aktualizacji gier.

Netflix i seriale

Co jest bardzo chętnie piracone? Seriale. Zamarłem kiedy kilka lat temu zobaczyłem kalendarz jednego z dalszych znajomych. Miał on tam zaznaczone wszystkie interesujące go serialowe premiery. We wtorek o pojawia się to, to i to, w środę tamto i tak dalej. Zapytałem, czy to coś na kształt programu telewizyjnego i jaki trzeba mieć pakiet kablówki żeby wszystko obejrzeć. Odpowiedział krótko – torrenty. Zamarłem po raz drugi. Brak normalnego dostępu do seriali sprawił, że w ogóle ich nie oglądałem i na dobrą sprawę zacząłem to robić dopiero po inwestycji w abonament Netfliksa.

Zamiast Netfliksa można tu oczywiście wstawić HBO GO czy Showmaksa. Chodzi o ideę platformy z filmami i serialami. Owszem, nie ma tu wszystkiego, ale abonamenty za poszczególne usługi nie kosztują majątku. Ktoś napisze – “no dobrze, ale to nie Warszawa, u mnie 40 złotych to dużo”. Nie zabrzmi to najlepiej, ale jeśli 40 złotych to zbyt wielka kwota za dostęp do dużej biblioteki z filmami i serialami, to może jednak tego typu rozrywka jest poza zasięgiem i trzeba skupić się na ważniejszych wydatkach? Bez filmów i seriali naprawdę można żyć.

Muzyka

Czy ktoś piraci jeszcze muzykę? Przecież nawet jeśli nie ma czegoś w którejś z usług streamingujących, to jest na YouTube – pojedyncze utwory czy też całe płyty są tu często wrzucane legalnie przez zespoły czy wykonawców. Jest też Soundcloud czy Bandcamp. Da się dotrzeć do wszystkiego. I mówię to z perspektywy osoby, która nie jest w stanie kupić niektórych płyt CD z ulubionych gatunków tylko dlatego, że musiałbym je zamawiać z drugiego końca świata. Posiłkuję się wtedy profilami zespołów na przykład na Bandcampie czy własnie YouTubem. Jako nastolatek zamawiałem kasety (płyty były za drogie) od polskich wydawców metalowych zespołów. Wymienialiśmy się nimi ze znajomymi, kupowaliśmy od ludzi starsze albumy z ich kolekcji – często za symboliczne pieniądze – bo wiecie, wyrośli z metalu. W drugiej połowie lat 90. ubiegłego wieku nawet nie marzyłem o tym, co mam teraz. Dziś mogę słuchać wszystkiego bez konieczności wchodzenia w podziemie konkretnego gatunku, nie muszę szukać kontaktów – włączam po prostu Internet i mam wszystko. WSZYSTKO.

Zdaję sobie sprawę z tego, że piractwo nie umrze nigdy. To od nas jednak zależy, po której stronie staniemy. Mając tak dobry dostęp do multimediów, piracenie czegokolwiek to po prostu obciach. Podobno z piractwa się wyrasta, szczególnie kiedy pojawiają się pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze. Ja mam jednak nadzieję, że “wyrastanie” ma również drugi aspekt. Wierzę, że Polacy dojrzeli do legalnych treści i wszystkie instrumenty czy kanały dostępu będziemy w stanie dobrze wykorzystać.

Piszę te słowa z włączonym YouTubem, na którym słucham debiutanckiej (i niestety jedynej) płyty “Welcome My Last Chapter” szwedzkiego zespołu Vinterland. Jej zdobycie w połowie lat 90. ubiegłego wieku graniczyło w moim przypadku z cudem. Dziś po prostu włączyłem YT i kliknąłem play.

grafika