110

Małe ekrany na biurkach, duże w kieszeniach. Dlaczego przestaliśmy zwracać uwagę na ergonomię?

Kiedy w zamierzchłych już czasach kończyłem szkołę średnią poszedłem do pierwszej pracy, głównie kierowany chęcią uzbierania pieniędzy na własnego Macintosha. Ponieważ były to czasy, kiedy zarabiało się śmieszne kwoty, a Macintoshe kosztowały fortunę, padło na kilkuletni model o nazwie Colour Classic. To, co wyróżniało ten komputerek typu all-in-one, to niewielki, nawet jak na ówczesne czasy, 10-calowy ekran. Śmiechu było co niemiara, bliżsi i dalsi znajomi wyposażeni wtedy w 15, a czasem nawet 17-calowe monitory do woli żartowali sobie z jego wielkości. Dziś większość z nich używa ekranów 13 cali lub mniejszych, a filmy ogląda na smartfonach.

Ewolucja podążała w dobrą stronę

A przecież w późniejszych latach wszystko szło w zgodzie z logiką. Dzięki rozwojowi technologi na naszych biurkach pojawiały się coraz większe i bardziej wygodne monitory. Można było spokojne pisać teksty, z materiałami źródłowymi ustawionymi wygodnie z boku edytora, rozbudowane arkusze kalkulacyjne stały się komfortowe do pracy i analizy. Nawet oglądanie filmów stało się podobnie, a czasem nawet bardziej satysfakcjonujące niż na telewizorze.

Jeszcze większe „benefity” otrzymali graficy, montażyści, projektanci itp. których skomplikowane programy na dużych ekranach pozostawiały dużo miejsca na właściwą pracę, a w razie potrzeby coraz wydajniejsze komputery umożliwiały pracę na kilku monitorach.

Zupełnie odwrotnie działo się z telefonami, postępy w miniaturyzacji układów powodowały, że z roku na rok telefony stawały się coraz bardziej poręczne, lekkie, a ich obsługa jedną ręką stawała się bezproblemowa. Jeśli ktoś pojawiał się na imprezie z dużym telefonem, najczęściej mógł usłyszeć kpiące komentarze, w których porównywano jego urządzenie do cegły, czy innego klocka. Oczywiście wyjątkiem były specyficzne modele przeznaczone dla biznesu i handlowców, ale w tamtym czasie była to już mniejsza część rynku.

Antyergonomiczny zwrot na rynku mobile

Gdzieś od momentu pojawienia się nowoczesnych smartfonów ergonomia została wyrzucona do kosza. O ile w Apple, dopóki żył Steve Jobs, zdrowy rozsądek rządził trochę dłużej, to już androidowi producenci odwrócili trendy i rozpoczął się wyścig w powiększaniu urządzeń. Doprowadziło to do dzisiejszej patologii, w której nie da się znaleźć porządnego telefonu, który zmieści się wygodnie do kieszeni (chyba że jesteś raperem w ogrodniczkach i z krokiem na wysokości kolan).

O obsłudze jedną ręką też można zapomnieć, producenci dokładają co prawda różne tryby specjalne wyłączające pół ekranu, ale ani dobrze nie działają, ani nie rozwiązują problemów z fizyczną szerokością i wyważeniem tych „patelni”. Nawet na umiejscowienie kluczowych elementów oprogramowania na dole ekranu nie ma co liczyć, czego sztandarowym przykładem jest umiejscowienie paska adresowego w mobilnych przeglądarkach.

Duże biurko i mały laptop

Jednak jeszcze dziwniejsza sytuacja wydarzyła się na naszych biurkach. Od mniej więcej dekady, na „stanowisko” głównego komputera zaczęły awansować coraz mniejsze laptopy, a w środowisku okołoapplowskim od niedawna zaczynają wypierać je iPady. W efekcie, mając do dyspozycji spore biurka, większość osób na własne życzenie cofa się do lat 90-tych i używa na nich sprzętu z ekranami 13 cali i mniej.

Owszem, monitory mają dziś drastycznie większą rozdzielczość, dzięki czemu obraz jest mniej męczące, ale ciągle jeśli piszemy coś w edytorze tekstów, nasza wirtualna kartka ma mniej więcej szerokość ekranu, a czcionka musi mieć odpowiednią, realną wysokość. Komórki arkuszy kalkulacyjnych także oglądamy w podobnych rozmiarach co wcześniej.

A przecież to nie koniec komplikacji, programy stały się przez te lata znacznie bardziej rozbudowane, w efekcie ich interfejsy potrafią zająć znacznie więcej miejsca niż kiedyś. O ile jeszcze iPad potrafi z tego wybrnąć, ponieważ jego UI/UX oparte jest o dotyku i zupełnie inaczej budowane, to już aplikacje desktopowe na małym ekranie, to najczęściej mniejszy lub większy koszmar kompromis . Jako dodatek na awaryjne sytuacje w terenie? Jasne, spokojnie wystarczą, ale jako główne urządzenie…

Większe programy, mniejsze ekrany

Co więcej, w porównaniu z dawnymi czasami, nie dość, że aplikacje „spuchły”, to dziś używamy ich w znacznie większej ilości. Systemy co prawda dorobiły się szeregu narzędzi ułatwiających przełączanie się między nimi, takich jak gesty, wirtualne biurka itd., ale po co się przełączać, jeśli na dużym monitorze wszystko się po prostu wygodnie zmieści? Mogę zrozumieć iPada czy małego laptopa, jako główny komputer u dziecka, ale u dorosłych osób jako narzędzie pracy?

Nawet jeśli chodzi o proporcje ekranu nie widać za bardzo logiki. O ile w przypadku tabletów jest to mniej kluczowe, ekran niezależnie od proporcji można obrócić, to w przypadku laptopów już tak łatwo nie ma. W sklepach królują ekrany 16:9 i 16:10, które do konsumpcji treści (nie licząc filmu) mają tę wadę, że są nieprzyjemnie niskie. Sprzęt z ekranami 4:3 i 3:2 jest co prawda dostępny, ale klienci w swojej masie wybierają formaty „kinowe”. Co nimi powoduje? Chyba po prostu brak jakiejkolwiek analizy tego, jak obecnie używa się komputera i co wpływa ergonomię pracy.

Szturchanie iPada jeszcze nikomu nie zaszkodziło

Jeszcze inne absurdy widać w ostatnio modnym trendzie używania iPada jako głównego, stacjonarnego urządzenia. Według wielu komentatorów cudownym remedium na jego niedostatki jest najnowsza, horrendalnie droga klawiatura Magic Keyboard do modeli Pro. Brak klawiszy funkcyjnych, ciągłe uderzanie w podstawę iPada w czasie używania klawiszy numerycznych, niewygodny kąt pochylenia ekranu czy port USB-C niepozwalający podłączać peryferiów, tak naprawdę ta klawiatura jest drogim, ergonomicznym absurdem.

Jednocześnie elementy mające zapewnić jako taką wygodę pracy w stylu komputera stacjonarnego spowodowały, że przez wagę i formę ciężko brać ja na poważnie jako dobre rozwiązanie mobilne. Tak naprawdę jedynie co dobrze rozwiązano, to sposób szybkiego odpinania iPada. Tyle że dla rozwiązania stacjonarnego znacznie lepszy byłby, wyposażony w podobny system mocowania stand w stylu nogi iPada, z wbudowanym hubem oraz zewnętrzna klawiatura z myszką / gładzikiem.

Tak sobie patrzę z niedowierzaniem na ludzi pochylonych nad niewielkimi ekranami i wydaje mi się, że jeśli miałbym wrócić do małego ekranu, to chyba wolałbym wrócić do starego Colour Classica. A tak serio, to zastanawiam się, nad dwiema rzeczami. Po pierwsze dlaczego telewizory ciągle rosną, skoro 6 calowy smartfon to optymalne urządzenie dla kinomana, po drugie, czy ergonomia umarła na zawsze, czy ta bezrefleksyjność w tym temacie to tylko przejściowa moda.

Render Mac Colour Classic: Eugeny Bobylov