Felietony

No i gdzie jest ta "magia internetu"? Dla mnie jest już jak powietrze

Jakub Szczęsny
25

Tak. Powietrze to dobre określenie. Niezbędny do życia, ale zazwyczaj zapominamy o tym, że taki w ogóle jest. Jest, bo jest - i tyle. Czasami nawet łapię się na tym, że wcale mnie już nie porywa - no, może robienie burd na Twitterze o nic jeszcze ma dla mnie jakąś wartość. Wchodzę do Internetu (jestem w nim niemal ciągle) i... nie dzieje się nic ciekawego.

Pamiętam czasy, kiedy Internet był w domu tylko "po linii telefonicznej". Czyli raczej od święta, raczej w weekendy, bo rachunek za używanie go był srogi. Czasami u znajomych, którzy już mieli "stałe łącze" zaprowadzone do domu. Ostatecznie zjawił się w pełnej krasie już w nowym tysiącleciu, kiedy to nitka z Internetem została zaprowadzona i na moje osiedle. Pierwsze, co zrobiłem wtedy na domowym komputerze... to zainstalowanie Firefoksa. Serio - nie zastanawiałem się wtedy ani chwili. Internet Explorer w Windows 98 SE był jakąś abominacją.

I tak to się żyło na tej wsi. Bo tak, ze wsi pochodzę. Od CDA.pl (kiedy były tam jeszcze gierki flashowe) do Miniclipa. Od mySpace, aż do Grona i Epulsu. Fora na PHPBBbyPrzemo, serwisy hobbystyczne, czaty i Gadu-Gadu. Po tym, jak już technologicznie okrzepłem i zacząłem bardziej świadomie budować własny ekosystem, okazało się że Gadu-Gadu można mieć w telefonie. Ale to był szał: chyba jako jedyny miałem Gadu-Gadu w telefonie dzięki EraGG i aplikacji javowej. Niesamowite, że coś takiego było wtedy dla nas "wow".

Mnóstwo przegranych godzin w Unreal Tournament, Counter-Strike'a 1.6 i wiele innych, popularnych wtedy gier. Od MMORPG raczej się odbiłem, ale mocno wsiąknąłem potem chociażby w San Andreas Multiplayer. Tylko, że wtedy już na znacznie nowszej maszynie i z całkiem - jak sądzę - poukładaną już wtedy głową. Czytałem wtedy już Antyweb i zazdrościłem Grześkowi wyjazdów, sampli na testy, sukcesów. Aż tu nagle jest moim szefem. I tak już od 8 lat. Szmat czasu. Równolegle śledziłem wszelkie serwisy technologiczne, rzecz jasna zatapiając się w lekturze TechCruncha, czy ZDNet. Gazetki komputerowe i okołogrowe z Polski - też były kupowane na potęgę.

Powszechność internetu zabiła magię

Od mniej więcej Lumii 800 zaczęła się moja poważna przygoda z Internetem w telefonie. Otrzymałem jak na tamte czasy niezły pakiet 1 GB po sieci 3G. Messenger wtedy działał jeszcze w aplikacji Wiadomości na Windows Phone. Nawet przy zasięgu sieci 2.5G można było odebrać i wysłać wiadomości na Messengerze. Wtedy mniej więcej zacząłem porzucać Gadu-Gadu na rzecz innych metod łączności. Numer pamiętam do dzisiaj. Opuszczenie GG było dla mnie czymś naturalnym i nie uznawałem tego w kategoriach "smutnego". Dzisiaj mówię o tym z pewną dozą nostalgii.

Kiedy Internet w telefonie stał się dla mnie normą, a strony zaczęto przystosowywać do mobilnych przeglądarek - zaczęło mi to wszystko powszednieć. Zapewne z przesytu i tego, że zaczynam być już dziadersem. Z wiekiem poczynam narzekać na to, że świat się zmienia, a czas płynie tak jak płynął zawsze. I robi to coraz szybciej. Jak pomyślę sobie o tym, że dzisiaj jest wtorek, wczoraj był poniedziałek, a jutro jest środa - krew mnie zalewa. Nie potrafię zatrzymać czasu za jasną cholerę. Fryzjerka mi oznajmiła, że zaczynam mieć siwe włosy na skroniach. A ja jej na to, że przecież kilka lat temu skończyłem studia... jakie kilka? Więcej.

Trudniej na mapie jest znaleźć miejsca, w których Internetu po prostu nie ma. Adaptujemy się do 5G, które weszło już do świata na dobre. Za jakiś czas przymierzymy się do 6G, które będzie kolejnym skokiem jakościowym (i ilościowym też). Młode pokolenia nie wiedzą już, jak to jest "nie mieć Internetu". Ja wiem, bo tak się kiedyś żyło. Lepiej? Nie. Inaczej. Może dlatego, że wtedy człowiek nie miał trosk, wydaje mi się to takie "magiczne", kiedy Internet był od święta i jego ogrom człowieka fascynował. Bez tej iskry nad-żywego zainteresowania tutaj by mnie nie było. Wszystko, co świeciło, działało, można było w to kliknąć - pochłaniało mnie najbardziej.

Internet uczynił mnie również odrobinę bardziej bezmyślnym. Stanowi proste rozwiązanie wszystkich problemów. Stolica Łotwy? Nie pamiętam, bo neurony mi popaliło? Google. Gdzie jest północ na kompasie? Telefon, albo od razu Google Maps i nie ma co się bawić w półśrodki. Trzeba kupić bilet na pociąg? Gdzie ja będę stał w kolejce do kasy? Internet. I tak się dzieje życia cud, codziennie, nieustająco, zawsze.

Nie chcę marudzić, że kiedyś było lepiej. Niemniej mając już jakieś (niewielkie) życiowe doświadczenie, zaczynam dostrzegać ogrom zmian, jakie poczyniliśmy. Odbyło się to z pewnymi kosztami, bo nowe jest zawsze wrogiem znanego i dobrego. Coraz częściej czuję, że mam problemy z adaptowaniem się do zmian. TikTok mnie nie rusza, zresztą Instagram - którego ideę rozwinął - irytował mnie od zawsze. Dla mnie liczy się słowo, a nie obrazek. Ewentualnie film do mnie przemawia, bo jest bardziej uniwersalny i daje większe możliwości. Krótkie formy wideo mnie nie pociągają.

Czy już się starzeję? Starzeję się codziennie. Czy zdziadziałem? Być może. Czy tęsknię za magią Internetu? Na pewno.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu