12

Brak podpisu, brak zapłaty, brak skruchy. O pladze złodziejstwa w internecie rozmawiamy z Maciejem Margasem

margas prawa autorskie
Maciej Margas, współautor projektu POLAND ON AIR, od lat zajmuje się fotografią, specjalizując się w zdjęciach i filmach polskich miast. Na koncie ma wiele świetnych ujęć, które wykorzystywane są m.in. przez największe stacje telewizyjne. Niestety, jak każdy twórca zmaga się z problemem kradzieży jego pracy. Rozmawia z nami o tym jak (i przede wszystkim - dlaczego) kradnie się w internecie, co to oznacza dla twórców i jak można by temu zaradzić.

Krzysztof Rojek: Pandemia to trudny czas dla biznesów takich jak Twój, a mimo tego – nie przestajesz tworzyć i nagrywać filmów na kanał POLAND ON AIR. Jakie materiały pojawiły się u Ciebie ostatnio?

Maciej Margas: Na początku 2020 postanowiłem, że będę regularnie i konsekwentnie nagrywał filmy na nasz (mój oraz Aleksandry Łogusz) kanał YouTube – POLAND ON AIR i wypuszczał minimum 1 film tygodniowo, zamiast publikować tylko zdjęcia. I tak łącznie w całym 2020 na kanale pojawiło się u nas 81 filmów, z czego aż 51 to filmy lotnicze! Sporo się działo!

Ostatnie 2 filmy to subiektywna kompilacja moich najciekawszych ujęć z 2020 oraz film, z którego jestem szczególnie dumny – Warsaw by Night 2020.

Pracowałem nad nim dobrych kilka tygodni, szukając kadrów, ciekawych i oryginalnych ujęć, poprawiając  te już nakręcone, walcząc o jak najlepszą jakość. Dość powiedzieć, że pierwsza wersja montażowa niewiele miała wspólnego z efektem końcowym. Do tego specjalnie pod film została skomponowana muzyka przez współpracującego z katowickim NOSPR – Wojciecha Harasimowicza.

Dla mnie to taka wisienka na torcie po roku pełnym filmów – sporo się nauczyłem po miesiącach latania nowym dronem (Inspire 2) i sam bardzo dobrze widzę nasz progres, kiedy włączam filmy sprzed kilku miesięcy.

Szczególnie Wasze filmy i zdjęcia ze Strajków Kobiet odbiły się szerokim echem i były szeroko wykorzystywane przez innych. Gdzie na przykład?

Pamiętam kiedy wszystko się zaczynało – pierwsze protesty pod siedzibą TK, później na Nowogrodzkiej. Pojechałem tam i nagrałem 2 ujęcia, jednak myślałem, że na tym się skończy. Zacząłem nagrywać okoliczne widoki, ale kiedy po kilku minutach ponownie skierowałem kamerę w dół okazało się, że tłum ludzi gęstnieje i idzie w stronę centrum. Przez resztę wieczoru próbowałem ich dogonić i wyprzedzić, żeby nagrać całe wydarzenie z wielu perspektyw – łącznie z dosyć głośnym medialnie banerem na przedzie marszu. Kolejne filmy ze strajków wcale nie były bardziej przewidywalne. To było dla mnie zupełnie inne doświadczenie nagrywania niż dotychczas – filmowałem wydarzenia ważne w skali całego kraju, nie wiedząc jak się potoczą, bo sytuacja była bardzo dynamiczna. Do tego ekipa POLAND ON AIR jako pierwsza pokazała skalę wydarzenia publikując zdjęcia na żywo, a potem filmy. Na kilka dni zmieniliśmy się w miniredakcję – nagrywając, montując po nocach i koordynując naszą pracę z sytuacją na mieście. Ujęć z powietrza nie miały wtedy ani telewizje, ani żadne inne media, których na pierwszych protestach prawie nie było. Łącznie nagrałem 4 filmy ze strajków, z kulminacją podczas tzw. „Marszu na Warszawę”.

Sporym zaskoczeniem było dla mnie kiedy odezwała się znana oraz prestiżowa agencja Reuters. Z kolei stamtąd filmy rozprzestrzeniły się do mediów na całym świecie. Nie byłem w stanie wyśledzić wszystkiego, ale widziałem moje ujęcia m.in. na stronie głównej w CNN, we francuskiej telewizji publicznej,  w serwisach takich jak MSN czy Yahoo. Przez tydzień ujęcia POLAND ON AIR prawie codziennie ilustrowały różne materiały w Faktach TVN. Poza tym, jedno ze zdjęć pojawiło się na okładce tygodnika Angora, jeszcze inne wydrukowała Polityka.

Poza mediami odezwało się do nas mnóstwo innych osób – z czego znaczną częścią byli… muzycy. Dużym przeżyciem był telefon od Kasi Nosowskiej, pod której piosenkę sprzed kilku lat „Woda” podłożyliśmy nasze ujęcia i opublikowaliśmy wspólny miniklip na instagramie. Pasowały idealnie.

Wiele osób chciało wykorzystać moje ujęcia lotnicze w nagrywanych przez siebie teledyskach, aspirujących do „hymnów” ówczesnych protestów. Podchodziliśmy do nich jednak z dużą rezerwą, dosyć sceptycznie, bo i jakość tych utworów była… różna. Tak naprawdę z kilkunastu utworów tylko jeden zrobił na nas wrażenie.

Jednak nie wszyscy są wobec Ciebie „fair”. Co i rusz widzę, jak wskazujesz publicznie miejsca, w których ktoś po prostu Twoją pracę ukradł. Ostatnio takie sytuacje chyba się nasiliły, prawda?

Tak, niestety coraz więcej osób pozwala sobie na pobieranie, modyfikowanie i wykorzystywanie moich ujęć w swoich produkcjach. Do tej pory miałem identyczny problem ze zdjęciami panoram Warszawy, w tym roku doszły do tego filmy z drona, których w całym 2020 nagrałem kilka razy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Niewiele osób w ogóle używa tak dużego drona do nagrań na Youtube. Pewnie zabrzmię tu nieskromnie, ale jakość naszych nagrań jest bardzo wysoka. Myślę zresztą, że nie tylko pod względem sprzętowym – po prostu mamy dużo fajnych pomysłów na ujęcia oraz kadry. To nie są nudne filmy z lotami góra-dół, lewo- prawo. Jestem perfekcjonistą i nigdy nie idę na łatwiznę.

Niemniej publikacja filmu na YouTube nie oznacza, że można go ot tak wykorzystywać do swoich celów. Jest to nie fair wobec mnie – czyli autora, który poświęcił czas, sprzęt, talent, a także wobec moich klientów, którzy normalnie płacą za moje usługi i ujęcia. Jest to też zwyczajnie, po ludzku, przykre. Kontakt ze mną – poprzez mail, Facebook, Instagram, telefon – zajmuje kilka minut. Jeżeli ktoś nie wykonał nawet tak prostego kroku, to ciężko uwierzyć, że miał dobre intencje.

Kim są ludzie, którzy kradną Twoje prace?

Z mojego doświadczenia – przypadki kradzieży mojej własności intelektualnej miały: telewizje, portale internetowe, osoby publiczne tzw. celebryci, muzycy, którzy robią sobie “ spontaniczne teledyski”, zwolennicy partii politycznych, osoby prywatne, duże i małe firmy, instytucje, a nawet, co jest dla mnie najmniej zrozumiałe, inni twórcy – blogerzy, youtuberzy, tiktokerzy. Kilka razy zdarzyło się nawet, że widziałem swoje ujęcie dodane przez kogoś innego (oczywiście bez umowy) do bazy jakiejś agencji foto (zagranicznej) oraz w kilku popularnych stockach. Ktoś nie dość, że je sobie skopiował, to jeszcze gdzieś wstawił i odsprzedawał dalej. Kiedyś nawet spacerując po Starym Mieście zobaczyłem… magnesy z moimi zdjęciami. Ktoś je wyprodukował na bazie 2 zdjęć, które wysłałem kiedyś do jednego portalu i były w większym rozmiarze, nadającym się na magnesik.

Co się dzieje, kiedy sprawca zostaje przyłapany na gorącym uczynku? Jak wtedy postępujesz? Dzwonisz do nich i zajmujesz się tym samodzielnie?

Przede wszystkim – trzeba zachować spokój. Oczywiście w miarę możliwości, bo kiedy zobaczysz swoje ujęcie w telewizji, która nie miała umowy, to naprawdę może człowieka szlag trafić ;)  Ale emisji przecież i tak nie cofnę. Kiedyś reagowałem na każdą sytuację bardzo emocjonalnie, co w rezultacie i tak odbijało się tylko i wyłącznie na mnie, psuło mi dzień, blokowało mnie. Poza tym jeśli ktoś otrzyma wiadomość o naruszeniu, to może usunąć dane np. zdjęcie i uznać, że temat jest zamknięty. A nie jest, bo przecież zdjęcie zostało już opublikowane/wyemitowane i tysiące oczu je zobaczyło, wygenerowało ruch na stronie etc.

W każdym przypadku trzeba się zastanowić, czy warto w ogóle podejmować kroki prawne. Dla przykładu – nigdy nie robię tego w sprawach związanych z osobami prywatnymi, „małymi” twórcami czy szkołami. Sporo zależy też od reakcji, i od intencji. Czasem naruszycielem może być osoba, która faktycznie zrobiła to nieświadomie i bez perfidii, i odezwanie się do niej bezpośrednio może być początkiem długoletniej współpracy. Z kolei przywitanie się poprzez pismo od prawnika może nam na zawsze taką możliwość  zablokować. Nie można jednak popadać w drugą skrajność – bać się jakiejkolwiek reakcji. Np. długo zastanawiałem się, czy zgłaszać roszczenie do jednego z dużych portali internetowych – bo może kiedyś będę robił wystawę i nie będą chcieli o niej napisać? Uznałem jednak, że w ten sposób po prostu dałbym się wykorzystywać, i że nie mogę ponosić skutków błędów dziennikarzy, zatrudniania darmowych stażystów, etc. To nie jest mój obowiązek – ktoś ten artykuł przecież zaakceptował, dostał wynagrodzenie za swoją pracę, nie zrobił tego żaden bot. Niedawno pewien spory portal napisał o pięknej Warszawie nocą i zrobił… galerię zdjęć na bazie kadrów z ujęć naszego filmu. Na pewno się klikało, było ponad 10 slajdów. Szkoda tylko, że nie było tam żadnego linku ani do nas, ani nawet nie pojawił się tam… właściwy film. Niestety, autor artykułu nie zareagował ani na komentarz pod filmem, ani na bezpośrednią wiadomość.

No ale załóżmy, że intencje danego naruszyciela odczytujesz jako jednoznacznie złe wobec Ciebie. Co wtedy?

Początkowo próbowałem samodzielnie dochodzić swoich praw – jednak z różnym skutkiem. Raz mi się udało, a raz zostałem zignorowany. Dobrze znam ustawę o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jednak nie znam niuansów prawnych, prawniczego żargonu, ścieżek postępowania itp. A przede wszystkim – to po prostu zajmuje dużo czasu, a ja nie cierpię chodzić na pocztę. Dlatego postanowiłem skorzystać z usług kancelarii Hasik Rheims & Partnerzy, która zaczęła prowadzić moje sprawy.

Nie ma też co ukrywać, że pismo z kancelarii dużo ciężej zignorować, niż pismo od osoby prywatnej. W kontakcie bezpośrednim ludzie często próbują zrzucić winę na kogoś innego, bywa, że obrażają mnie i kwestionują wartość mojej twórczości (choć dopiero co sami ją wybrali), lub wzbudzają poczucie winy. Takie rozmowy wymagają olbrzymiej asertywności. Kancelaria tworzy niewidzialną barierę chroniącą mnie przed sytuacjami, które naprawdę mogą zaboleć, wybić z rytmu, a nawet zniechęcić do dalszego tworzenia. Zwyczajnie dzięki nim mam więcej czasu na pracę twórczą i zdjęcia w plenerze, a nie zajmowanie się mailami i telefonami.

Jeśli w sprawę angażuję już kancelarię, wysyła ona naruszycielowi tzw. „przedsądowe wezwanie do zapłaty”. Reakcje na takie pismo bywają różne, a to od reakcji w dużej mierze zależy jak dalej potoczy się sprawa.

A jak może się potoczyć?

Wszystko może się zdarzyć. Jeśli ktoś przyjmuje całą sytuację na klatę, wyraża skruchę, zachowuje się z klasą, czy nawet zdecyduje się zadzwonić lub napisać do mnie bezpośrednio, wytłumaczyć – zawsze to doceniam i jesteśmy w stanie dojść do porozumienia. Zdarza się, że ktoś do mnie dzwoni tylko po to, żeby przeprosić. Jeśli ktoś nie odbiera wezwania, próbujemy ponownie. Niektórzy próbują się wykręcić, usuwają zdjęcie i myślą, że to załatwia sprawę. A przecież tak nie jest. Niekiedy ludzie wynajmują swoich prawników, którzy próbują kwestionować moje umiejętności czy autorskość prac. Są ludzie, którzy robią z siebie ofiary i poszkodowanych, że otrzymali roszczenie, i skarżą się na mnie na forum, napuszczając na mnie hejterów. Skrajnym przypadkiem była sytuacja, kiedy podczas jednej z moich wystaw musiałem sfotografować siebie na tle mojego biogramu, z pełnomocnictwem dla prawnika w ręce, tym samym aparatem, którym wykonywałem zdjęcie, które mi ukradziono. To wytrąciło naruszycielowi z ręki ostateczny argument – czy ja to na pewno ja – autor, czy może jakiś inny Maciej Margas. Dopiero później próbowali się dogadać, ale byliśmy już, mocno zirytowani i mniej skorzy do rozmów. Jeśli jednak żadne inne próby nie przynoszą rezultatów – sprawa jest kierowana do sądu. Ale to jest już naprawdę ostateczność.

Dlaczego sąd to ostateczność?

Może warto tu rozprawić się z kilkoma mitami dot. naruszeń praw autorskich. Zawsze bawi mnie, kiedy w Internecie jest jakaś głośna dyskusja o kradzieży czyjegoś zdjęcia, i tłumy ludzi piszą – „Do sądu z nimi”, kiedy w 90% przypadków zarówno jedna jak i druga strona powinny chcieć tego kroku uniknąć. Powodów jest kilka – sądy działają powoli, zajmują wiele czasu (który mógłbym przeznaczyć na pracę twórczą), ale też nerwów czy niepotrzebnego stresu. Po wyroku to przegrana strona ponosi koszty za np. opinię rzeczoznawcy oraz inne opłaty sądowe, więc ostatecznie naruszyciel płaci więcej, i to w jego interesie jest, żeby się dogadać wcześniej. Najdłuższa sprawa jaką miałem ciągnęła się przez prawie 5 lat. Trzeba mieć cierpliwość, zacięcie, oraz nerwy, żeby to monitorować, pilnować, reagować.

Po drugie – wysokość roszczeń. Widziałem kiedyś komentarze pod dyskusją o ukradzionym zdjęciu na profilu drogiego apartamentowca. Ludzie pisali fotografowi, że „teraz będzie bogaty”, dorobi się na tym, itp. To nie działa w ten sposób. Wysyłając wezwanie do zapłaty zawsze trzeba rzeczowo wyliczyć kwotę roszczenia i wartość swojej pracy. Nie powinna być ona zależna od przypuszczalnego portfela naruszyciela, tylko od faktycznej wartości naszego utworu, naszej pracy (zdjęcia lub filmu).

Nie można sprzedawać kompletnych licencji na zdjęcie za 100zł, a w przypadku naruszenia żądać wielotysięcznej kwoty. Kwota roszczenia za naruszenie autorskich praw majątkowych powinna korelować ze stawkami, jakie pobieramy za podobne prace, i wtedy jest mnożona przez 2. Co prawda w przypadku drogi sądowej rzeczoznawca może odnieść się do stawek ujętych w cenniku ZPAF – tyle że powstał on ponad 10 lat temu i jest już trochę niedzisiejszy, w końcu rynek się zmienia.

Do tego, jeśli to nastąpiło, do naruszenia praw majątkowych dochodzi kwota zadośćuczynienia za naruszenie autorskich praw osobistych, które wyliczyć jest trochę trudniej.

Trzeci i chyba najważniejszy mit to ten, że podpis jest zapłatą za zdjęcie. No nie jest. Podpisanie autora zdjęcia to jest OBOWIĄZEK wynikający z ustawy o prawie autorskim – to są właśnie m.in. autorskie prawa osobiste. Nasz związek z utworem. Te prawa są NIEZBYWALNE. Dlatego podpis to absolutne minimum, jakie można wykonać wobec twórcy, a nie forma zapłaty lub przywilej. No chyba, że umowa z klientem stanowi inaczej. Niestety, tej świadomości nie mają często ani naruszyciele, ani sami twórcy.

Nie ma co ukrywać, że przy poważniejszym naruszeniu, np. z telewizją, można otrzymać od kilku do nawet kilkunastu tysięcy złotych. W końcu powinna to być zapłata m.in. za pracę, licencję, brak podpisu, a także koszty związane z dochodzeniem swoich praw. Nie traktuję tego jednak jako źródło dochodu. Nerwy, czas, i poczucie krzywdy, które za tym idą są naprawdę niefajne.

Większość ludzi nie ma pojęcia, że naruszanie praw autorskich, szczególnie takich twórców którzy utrzymują się ze sprzedaży swojej pracy, kosztuje realne pieniądze. Jak myślisz, dlaczego?

Powodów jest wiele. Jednym z nich jest wciąż mała świadomość praw autorskich w sieci. Szokuje mnie to, ale wciąż są ludzie, którzy myślą, że jeżeli coś zostało wrzucone na Facebooka lub wyświetla się w grafice Google, to jest to ogólnodostępne i można z tym robić co się chce. Ktoś kiedyś usłyszał, że wszystko co jest na Facebooku zgodnie z regulaminem można kopiować, i tak powtarza. No nie. Jeśli wrzucam coś na swój profil, czy swoją stronę www.polandonair.com nie oznacza, to, że każdy może sobie to kopiować i używać jak chce.

Mnóstwo ludzi w ogóle nie pojmuje czym jest dozwolony użytek, a w szczególności prawo cytatu. Wydaje im się, że mogą skopiować jakiekolwiek zdjęcie, podpisać je, i że wtedy jest to cytat i tak można. Tymczasem wykorzystanie cytatu musi mieć bardzo konkretne uzasadnienie, a nie być tylko ilustracją. Dla przykładu – mogę zacytować czyjąś wypowiedź, żeby ją skomentować, ale nie mogę wykorzystać dowolnego zdjęcia, które akurat pasuje do tematu. Bo to już nie jest cytat.

Niestety w żadnym serwisie społecznościowym nie istnieje sprawny sposób do walki z naruszeniami praw autorskich, choć najlepszy z nich posiada chyba YouTube. Głównie dlatego, że YouTube sam wyszukuje filmy, w których zostały użyte ujęcia użytkownika i łatwo można zgłosić Copyright Claim, co faktycznie może mieć wpływ na naruszającego prawa autorskie twórcę –  YouTube może zablokować mu jakieś funkcje lub nawet cały kanał, a każdemu zależy raczej na tym, aby tego uniknąć. Ale już na Facebooku czy TikToku czasem trzeba poczekać 24 godziny lub więcej zanim otrzyma się jakąkolwiek odpowiedź na zgłoszenie. Facebook konsekwentnie nie chce mi przyznać dostępu do swojego Copyright Managera, więc nie jestem w stanie ocenić jego skuteczności. Z kolei niedawno TikTok odpowiedział mi po 24 godzinach, żebym… przedstawił więcej dowodów na to, że jestem autorem filmu. Link do mojego kanału POLAND ON AIR, do źródła filmu oraz strony im nie wystarczył. A w międzyczasie film rozszedł się viralowo z prędkością światła, i to czy zostałby usunięty, nie miało już większego znaczenia. Dla twórcy jest to sytuacja lose-lose.

Ludziom ciężko jest porównać kradzież zdjęcia do kradzieży np. samochodu, choć jedno i drugie to przecież kradzież. Trzeba się trochę zagłębić w temat, żeby dostrzec straty oraz potencjalne skutki, jakie z tytułu naruszenia ponosi twórca, czy chociażby poniesione koszty.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież “takie jedno zdjęcie wykorzystane na jakiejś stronie, czy takie ujęcie w filmie, to jest dla mnie żadna, albo tylko znikoma strata”. Tylko kiedy takich sytuacji jest 10, albo 50, to robi się już mniej ciekawie. Niedawno widziałem zgrabną analogię to sadownika, któremu różni ludzie przez płot podbierają jabłka. W sumie to każdy zabrał jedno jabłko, więc tyle co nic. Tylko na koniec dnia sadownik nie ma już kilkudziesięciu jabłek, a też zanim te jabłka urosły to ktoś musiał kupić ziemię, sadzić, przez ileś miesięcy podlewać i dbać ☺ I to trochę tak działa. Jeśli dla kogoś fotografia to tylko i wyłącznie hobby i nie ma żadnych ambicji utrzymywania się z niej lub chociaż zarabiania – okej. Ale jeśli ktoś żyje z tego co tworzy, to nie po to wypruwa sobie żyły, żeby później ktoś robił z tą pracą co mu się podoba ☺

Co musiałoby się zmienić, by ludzie zaczęli przestrzegać praw autorskich?

Przede wszystkim, myślę, że trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Jeśli ktoś ukradł moją pracę i wykorzystał bez zgody – to znaczy, że ją ukradł. Nie pożyczył (bo przecież nie odda), nie reklamuje nas i nie promuje, tylko z pełną świadomością zrobił coś, czego nie powinien, przypuszczalnie dla jakiejś swojej korzyści. I mimo, że nie powinno być na to społecznego przyzwolenia, to niestety wciąż ono istnieje.

Miałem taką sytuację po Strajkach Kobiet – wrzuciłem zdjęcie na swój profil na Facebooku. Napisał znajomy prowadzący mały lokalny profil, czy może je u siebie opublikować. Napisałem, że tak – ale tylko za pomocą funkcji „udostępnij” z naszego fanpage i tylko na FB. Kilka minut później zdjęcie było wklejone  bezpośrednio na jego FB i osobno na Instagram. Kiedy napisałem mu, że jasno określiłem na co się zgadzam, odpisał, że słyszeli o tych wszystkich moich naruszeniach i chcieli mi zrobić reklamę. A przecież ja mam pełne prawo decydowania o tym co się dzieje z moimi pracami, gdzie są publikowane, i na jakich warunkach. Wiem co jest dla mnie reklamą, a co nie. Wrzucenie zdjęcia bezpośrednio nią nie było – udostępnienie – już tak. Kiedy o tym napisałem, znajomy się jeszcze na mnie obraził. Bardzo wiele ujęć, które nagrywaliśmy i montowaliśmy godzinami po nocach kopiowali inni youtuberzy – przemontowywali i publikowali na swoich kanałach – bez pytania czy mogą. Bardzo wielu celebrytów wrzucało też nasze zdjęcia na swoje profile na instagramie, oczywiście bez wcześniejszej zgody, często dodając jakieś filtry, napisy, efekty, ucinając nasze logo etc. Wszystko żeby tylko nas przypadkiem nie podpisać.

Oczywiście w przypadku materiału ze Strajków Kobiet można tu zacząć dyskusję – sam takie miałem – o tym, że to jest przecież walka o prawa człowieka. Tylko czy walcząc o jedne prawa musimy naruszać inne? Można to pogodzić, wystarczą chęci. Miewałem takie rozmowy zarówno ze zwolennikami strajków, jak i z przeciwnikami.

Czy naprawdę ktokolwiek zajmujący się Social Mediami może nie widzieć prostej różnicy między wrzuceniem czegoś bezpośrednio, przerobieniem, a udostępnieniem ze strony autora? To jest kolosalna różnica.  I uważam, że jest to olbrzymi problem. Media społecznościowe istnieją tylko dlatego, że tworzą je użytkownicy. Na Instagramie czy Facebooku jest mnóstwo profili, które bazują na zdjęciach nadesłanych przez fotografów, lub wykorzystanych aby ich „promować”. Biorę to słowo w cudzysłów, bo każdy sam powinien zastanowić się i samemu zweryfikować, czy to faktycznie jest promocja, i kto na niej naprawdę zyska. Początkujący fotografowie często cieszą się, jeśli jakiś portal opublikuje ich zdjęcie i podpisze je małym druczkiem, a przecież powinni zapłacić za pracę, tak jak płacą swoim dziennikarzom czy fotoreporterom.  Zresztą, robią tak nawet największe portale i media – więc skąd zwykły Kowalski ma później wiedzieć, co może skopiować, a czego nie? Na Instagramie jest mnóstwo stron typu „Nasz kraj jest piękny”, które publikują piękne zdjęcia fotografów oznaczając ich. Tylko… co z tego? Oznaczeniami rachunków się nie płaci :) To może być fajne raz, może dwa. Fajny content chce mieć każdy, tylko w większości przypadków zyskuje na tym nie twórca, a medium. Z kolei odsetek ludzi, którzy wejdą w dany profil i go zaobserwują bywa raczej znikomy, więc w moim odczuciu – zazwyczaj to nie jest promocja twórcy, tylko karmienie własnego profilu fajnym  i darmowym contentem.

Podobnych sytuacji są setki. Po Strajkach Kobiet widziałem zdjęcia dronowe innych fotografów u  znanych ludzi “pokazujących swoje poparcie” mimo że… ich samych na tych protestach nawet nie było. Było mi niezmiernie przykro, że te zdjęcia, które przecież były od kogoś skopiowane, nie były nawet podpisane, a miały pewnie wielomilionowe zasięgi. Koniec końców to te gwiazdy są prezentowane jako walczące o prawa kobiet. A nie fotograf, który pokazał skalę wydarzeń, był na miejscu mimo zimna, ryzykował zdrowie robiąc zdjęcia w pandemii, nie mówiąc o sprzęcie i nieprzewidywalności wydarzeń. Czy to nie jest absurdalne?

Jedno ze zdjęć POLAND ON AIR ze Strajków Kobiet opublikowała na Instagramie marka drogich ciuchów, zdobywając pod nim kilkanaście tysięcy polubień, tworząc sobie wizerunek marki zaangażowanej społecznie. Po zwróceniu im uwagi… usunęli zdjęcie. I uważają, że to załatwia sprawę. No nie. Nikt nie się nie odezwał, nie przeprosił. Zgarnęli swoje zasięgi, i tyle. Nic więcej o strajkach nie napisali. Ludzie myślą, że póki nie widzą przed sobą reklamy z podaną ceną, to to nie jest użytek komercyjny. A to nie jest prawda. Fakt, że zachowała się tak marka ubrań, podpinając pod trend, a później usuwając zdjęcie, jest w moim odczuciu cyniczny.

Niedawno też organizator popularnego „Sylwestra u Kaczora” wykorzystał moje nocne klipy z widocznym logo POLAND ON AIR do promocji całego wydarzenia. Pół internetu to widziało, o sprawie pisały media. Tylko, że ja nie chcę, aby moje ujęcia oraz logo mojej firmy pojawiały się w takim kontekście! Dużo osób widząc nasze logo myślało, że jesteśmy w to zaangażowani. Film usunięto, ale w międzyczasie zdążył się roznieść po Tik Toku i z powrotem trafił na Fb, Instagram, mimo kompresji i jakości jak z kalkulatora. Kiedy zaczęliśmy o tym pisać na stronie wydarzenia – to na nas, a nie na naruszyciela wylał się hejt – usłyszeliśmy np. że skoro nie pozwalamy na użycie naszych ujęć to na pewno jesteśmy pisiorami, a poza tym to dla nas “świetna promocja”. To była też pierwsza taka sytuacja, w której po napuszczeniu przez naruszyciela obcy ludzie zaczęli nam pisać negatywne opinie na stronie. Tak jak pisałem wcześniej – czasem twórca broniąc swoich praw zostaje postawiony w sytuacji lose-lose.

Ciekawostką jest to, że jeżeli ktoś jest bardzo zmotywowany, to nawet logo nie jest w stanie zabezpieczyć mnie przed kradzieżą. Na każdym moim filmie w prawym górnym rogu znajduje się wyraźne logo POLAND ON AIR, a w opisie kontakt i dodatkowa informacja o prawach autorskich (na marginesie w utwory w polskim prawie są chronione niezależnie czy mają znaczek „Copyright” czy nie – nie trzeba o nich dodatkowo informować – tekst o tym, że zdjęcie czy film nie musi mieć taki dopisek to kolejny mit). A i tak znajdą się osoby, którym nie przeszkadza to w pobraniu i dokadrowaniu filmu. Ktoś kto to robi zna się na filmie i robi to z pełną premedytacją, tu już nie ma przypadków. Kiedyś jedna z ogólnopolskich telewizji dokadrowała sobie ujęcie, żeby nie było widać logo, bo… “gonił ich czas” i nie mieli głowy do tego, żeby zadzwonić i spytać o zgodę. Jakiś raper użył naszych ujęć w swoim muzycznym wideo, dokadrował ujęcia „żebyśmy nie czuli się tym faktem obrażeni, że jesteśmy w jego teledysku”. Przy czym miał środki na potężną reklamę tegoż teledysku. Tylko jakoś za ujęcia płacić nie chciał.

Dlatego czy z logo, czy bez – i tak niedobrze. Najlepiej po prostu nie kraść i szanować czyjąś pracę. Co jeszcze musiałoby się zmienić? Myślę, że jedynym wyjściem jest podejście pozytywistyczne – praca u podstaw, edukowanie ludzi, pokazywanie potencjalnych konsekwencji. Mówienie o tym głośno, że prawa autorskie to prawa jak każde inne i że twórcom należy płacić. Że wszystko co znajdziemy w Internecie ma swojego autora, i jeżeli nie jest napisane inaczej – nie możemy z tym robić co nam się podoba. Na szczęście coraz więcej ludzi reaguje i broni samych twórców. To daje nadzieję, że jednak, powoli coś się zmienia.

Dzięki wielkie za rozmowę!

/// Już po autoryzacji tej rozmowy jedna z największych stacji telewizyjnych w Polsce, nie mając licencji, wykorzystała moje ujęcie z filmu o strajkach, żeby porównać ich skalę 100 dni temu oraz dziś. Było nawet podpisane źródło (choć nie tak jak bym sobie życzył), tylko że… to i tak nie był cytat. Ujęcie z powietrza było w tym przypadku ciekawą ilustracją. Jednak równie dobrze telewizja mogłaby wykorzystać jakiekolwiek inne ujęcie z tamtego dnia, nawet nagrane z poziomu ziemi. Ujęcie z powietrza podbiło atrakcyjność materiału, ale nie było konieczne aby omówić temat. Nie analizowano samego ujęcia, tylko wydarzenie. Takie podejście do cytowania mogłoby pozostawiać pole do wielu nadużyć, bo ujęciami z powietrza można zilustrować naprawdę wiele rzeczy. Mimo wszystko zachowałem spokój – emisji już przecież nie cofnę.

Fot. główne: Anna Mika