2

M.2 zmienia wszystko przy składaniu komputera

Niby jedno złącze, a różnica jest kolosalna. Po ostatnim składaniu komputera z Grzegorzem, zauważyłem, w jak fajnym kierunku zmierza ten segment rynku. Szczególnie moją uwagę przykuły złącza M.2., które praktycznie zmieniają wszystko, jeśli chodzi o aranżację zawartości obudowy.

Jak było kiedyś

Montowanie dysków 3,5 czy nawet 2,5 cala nie należało nigdy do najprzyjemniejszych. Należało poprowadzić nie tylko kabel z płyty głównej, ale tez osobny przewód od zasilacza. To sprawiało, że w obudowie pojawiały się nam dwa nowe przewody, a przecież mało kto posiada tylko jeden dysk – na ogół jest ich więcej.

Na tym zabawa się nie kończy, bo dysk trzeba umieścić gdzieś w obudowie. Odkąd producenci zaczęli stawiać na dwukomorowe rozwiązania jest to nieco prostsze, ale wcześniej mieliśmy zatoczki, które przystosowano do nośników 3,5 calowych. Montowanie tutaj mniejszych dysków – jak SSD-ki ze złączem SATA wiązało się z koniecznością używania przejściówek. Nie zawsze bowiem obudowa miała otwory na śrubki w odpowiednich miejscach. Sytuacja się komplikowała, a wszystko utrudniały wszędobylskie kable.

Prawdę mówiąc montowanie dysku zawsze kojarzyłem jako jeden z najmniej przyjemnych etapów montażu komputera. Stąd tak duże zaskoczenie tym, jak sytuacja wygląda obecnie.

A jak jest dziś?

Nośniki M.2. nie są jeszcze standardem. Co prawda już zdecydowana większość płyt posiada tego typu złącza, ale użytkownicy powoli wymieniają swoje platformy, bo 3-4-letnie komputery w większości przypadków ciągle oferują niemal wszystko, co im potrzebne.

Za przesiadką przemawia jednak cała masa argumentów. Najważniejszy to chyba ceny dysków SSD, które nigdy dotąd nie były bardziej atrakcyjne. Polując na promocje możemy znaleźć nośnik przyzwoitej marki o pojemności 1 TB już za ok. 600-700 złotych.

Druga rzecz to prędkość. Złącze M.2 wykorzystuje magistralę PCI-Express. Dzięki temu jego przepustowość może wynosić nawet 32 Gb/s (w praktyce ok. 3,9 GB/s). Dla porównania starszy interfejs SATA oferuje maksymalnie 6 Gb/s (w praktyce to zaledwie 560 MB/s). Oczywiście wszystko zależy od tego, jaki dysk montujemy, jakie kości pamięci w nim zastosowano i w oparciu o jaki kontroler działa. Większość modeli na rynku oferuje jednak już możliwości o wiele większe niż dotychczasowe rozwiązania. Przykładowo Corsair MP510, którego my montowaliśmy, maksymalnie może się pochwalić 3000 MB/s w zapisie i 348 MB/s przy odczycie.

Największe wrażenie w tym wszystkim robi jednak sposób montażu takiego dysku i ilość zajmowanego w obudowie miejsca. Maleńka kostka jest po prostu wpinana w płytę główną i przykręcana jedną śrubką. Czasem jeszcze (w droższych płytach i przy droższych dyskach) przykręcamy radiator, który ma uczynić odprowadzanie ciepła bardziej efektywnym. I to wszystko. Żadnych kabli, żadnego aranżowania przestrzeni, żadnych kieszeni.

Oczywiście ma to swoją cenę, bo dyski M.2. znajdują się w tej samej komorze obudowy, co procesor i karta graficzna. Te, jak wiemy, generują stosunkowo dużo ciepła. Stosowanie radiatorów, które mają skutecznie chłodzić SSD-ki w slotach M.2. ma zatem dużo sensu. Innym dobrym pomysłem jest też zastosowanie wodnego chłodzenia procesora – bardzo korzystnie wpływa ono na temperaturę wewnątrz peceta.

Miniaturyzacja idzie w parze z szybkością

Montaż dysków w komputerze to zaledwie wierzchołek góry lodowej, który jednak wyraźnie pokazuje, jak duża rewolucja odbywa się w tym segmencie. Mniej kabli, mniejsze komponenty i łatwiejszy montaż idą w parze z dynamicznie rosnącymi transferami. Co jednak w tym wszystkim najlepsze – temu wszystkiemu towarzyszą ciągle spadające ceny nowoczesnych dysków SSD. Jeżeli teraz nie ma najlepszego momentu na modernizację peceta, to nie wiem kiedy.