13

To jest kandydat do filmu roku. Bo tego potrzebowało kino. Le Mans ’66 – recenzja

"Le Mans '66" to film, wobec którego można było przejść obojętnie. Opis czy zwiastuny wcale nie zapowiadają tego, co zobaczymy, a właściwie czego doświadczymy w kinie, dlatego po seansie, bez chwili zastanowienia, napiszę, że to prawdziwy kandydat do filmu roku.

24-godzinny Le Mans jest jednym z najbardziej znanych wyścigów na całym świecie. Nie jest to może taka medialna machina jak WRC czy Formuła 1, o których słyszymy znacznie częściej ze względu na obszerny kalendarz imprez, ale zdecydowanie jest to impreza godna uwagi nawet osób niezainteresowanych takimi sportami. Jeśli miałbym wskazać jedną rzecz, która definitywnie przekona Was do zobaczenia trwającego całą dobę wyścigu, to będzie to rewelacyjny film „Le Mans ’66”, który wyświetlany jest w kinach.

„Le Mans ’66” to niezwykła niespodzianka

Matt Damon in Twentieth Century FoxŐs FORD V. FERRARI.

Jak sam tytuł wskazuje, całość kręci się wokół wyścigu z 1966 roku, kiedy to doszło do historycznej rywalizacji między Fordem i Ferrari. Ci, którzy cokolwiek słyszeli o tamtym wydarzeniu lub sprawdzą wpis na Wikipedii przed seansem, będą dobrze wiedzieć, że był to rok wielkiego sukcesu Forda, który przerwał hegemonię włoskiej marki. Architektami sukcesu amerykańskiej korporacji byli Carroll Shelby oraz Ken Miles. Pierwszego z nich zapamiętamy jako projektanta i menadżera, choć miał za sobą niemałe sukcesy za kółkiem, zaś drugi zapadnie nam w pamięć jako ekscentryczny kierowca, który nie miał sobie równych. W pierwszego z nich wcielił się Matt Damon, zaś drugiego zagrał Christian Bale. Zdecydowanie niższe ukłony za występ należą się Bale’owi, choć bez Damona film z pewnością nie byłby taki sam.

Czytaj też: „Irlandczyk” – recenzja. Wielkie kino od Netfliksa

Cała historia rozpoczyna się od prób zaistnienia marki Ford na globalnych rynkach, a by to osiągnąć niezbędne są sukcesu na arenie międzynarodowej. Zwycięstwa w amerykańskiej serii NASCAR to zbyt mało, więc po niezłych perturbacjach Henry Ford II zleca przygotowanie maszyny będącej w stanie stanąć w szranki z Ferrari w Le Mans. U sterów projektu znajdzie się Carroll Shelby – niezwykle ambitny i niespełniony kierowca i projektant. Damon świetnie portretuje zdeterminowanego i gotowego na niemal wszystko człowieka z szelmowskim uśmiechem. W swoim występie nie wznosi się jednak na wyżyny umiejętności, ale chyba taki był plan, by jego udział w filmie przyćmił Christian Bale.

„Le Mans ’66” to teatr dwóch aktorów i ryku silnika

Matt Damon and Christian Bale in Twentieth Century FoxŐs FORD V. FERRARI.

Aktor po raz kolejny pokazuje, że jest prawdziwym kameleonem, jeśli chodzi o przygotowanie do ról. Charakterystyczna dla Kena Milesa postawa oraz brytyjski akcent robią niemałe wrażenie. To ktoś zupełnie inny, niż chociażby Dick Cheney, którego Bale grał w „Vice„. Ale nie tylko obydwaj panowie oraz pełne emocji sceny z ich potyczkami (słownymi) sprawiają, że „Le Mans ’66” tak wciąga.

Polecamy: Doktor Sen – recenzja. Aż przyjemnie popatrzeć na taki horror

Ogromnym atutem filmu jest warstwa audio-wizualna. Skomponowana przez Marco Beltramiego i Bucka Sandersa muzyka nadaje rytmu i dodaje klimatu większości scen. Niezależnie od tego, czy pędzimy ponad 300 km/h po torze, czy bierzemy udział w kluczowym dla losów projektu Forda spotkaniu. „Le Mans ’66” ma świetnie wyważone tempo, co sprawia, że podczas seansu nie ma ani chwili na nudę, mimo że całość trwa ponad 2,5 godziny. W kinie na pewno docenicie odgłosy silników, które wręcz ryczą z głośników, co tylko jeszcze bardziej angażuje. Przy opowiadaniu tego rodzaju historii twórcy musieli, oczywiście, zdecydować się na kilka hollywoodzkich zabiegów, ale te drobne odstępstwa od faktów sprawiają, że do „Le Mans ’66” będę na pewno wracał. Przecież rozstrzygnięcie wyścigu znane jest już od ponad 50 lat, ale to nie wynik, a wszystkie zakulisowe wydarzenia czynią ten film tak dobrym.

Ocena filmu „Le Mans ’66” – 8/10