Jest to tekst Jacka Artymiaka, który tworzy serwis texy.co Komentarze po usunięciu zdjęcia ze środkowym palcem MG Sieglera były różne, jedni twierdzą, że to „pajac” inni, że wręcz męczennik sprawy wolności wypowiedzi. Dla mnie jest to przykład tego jak ochrona wizerunku firmy może prowadzic do odpalenia sobie serii z karabinu maszynowego w stopę. Google, Facebook i Twitter […]

Jest to tekst Jacka Artymiaka, który tworzy serwis texy.co

Komentarze po usunięciu zdjęcia ze środkowym palcem MG Sieglera były różne, jedni twierdzą, że to „pajac” inni, że wręcz męczennik sprawy wolności wypowiedzi. Dla mnie jest to przykład tego jak ochrona wizerunku firmy może prowadzic do odpalenia sobie serii z karabinu maszynowego w stopę.

Google, Facebook i Twitter są zainteresowane podtrzymaniem dobrego wizerunku ponieważ żyją z reklam. Chcą zatem aby przestrzeń reklamowa jaką wypełniają treści, którymi dzielimi się z innymi nie odstraszała reklamodawców oraz nie przyciągała uwagi organów ścigania. To dlatego każdy serwis społecznościowy ma regulamin, w którym rezerwuje się nieograniczone prawo do ingerowania w treści publikowane przez użytkowników.

W zasadzie nie ma się czego czepiać, bo jeśli ktoś nie chce się na to godzić, nie musi korzystać z Facebooka, G+ czy Twittera. Do tego momentu nie ma problemu.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy działania administratorów serwisu można interpretować jako chęć zrobienia z kogoś przykładu. Tak zdaje się było w przypadku MG Sieglera, którego zdjęcie z wyprostowanym środkowym palcem usunięto z jego profilu dwukrotnie. Według mnie niesłusznie, ponieważ nie widzę żadnego powodu dla którego administratorzy Google muszą przeszkadzać temu czy innemu użytkownikowi w robieniu z siebie głupka. Najwyżej straci swoich fanów, więc to w zasadzie jego sprawa.

Administrator G+ wyjaśnił, że:

As the first point of interaction with a user’s profile, all profile photos on Google+ are reviewed to make sure they are in line with our User Content and Conduct Policy. Our policy page states, “Your Profile Picture cannot include mature or offensive content.” Your profile photo was taken down as a violation of this policy. If you have further questions about the policies on Google+ you can visit http://www.google.com/intl/en/+/policy/content.html, or click the “Content Policy” link located in the footer of Google+ pages.

Tyle regulamin i administrator G+, ale dlaczego uznano to zdjęcie za obraźliwe? Przecież zawsze możemy ignorować lub blokować osobę, której wypowiedzi, zdjęcia lub filmiki obrażają nas w jakikolwiek sposób.

Prawdziwy powód jest inny. Zdjęcia osób posiadających profil na G+ pojawiają się nie tylko w strumieniach wiadomości na G+ ale też w wynikach wyszukiwania Google i gdyby MG Siegler ze środkowym palcem pojawił się pod łączem do czyjejś strony (musiałby ją najpierw „zaplusować”–pomysł na nową odmianę ‚Google bombing’?) to wizerunek świata Google jako przestrzeni sterylnie czystej i przyjaznej biznesowi mógłby zostać nadszarpnięty. I tu jest pies pogrzebany.

Obrońcy prawa administratorów i właścicieli serwisów społecznościowych mają rację przypominając, że to do nich należy ustalanie zasad. I jeżeli chcą, to mogą zrobić wszystko. Mogą, ale czy powinni?

Żaden serwis społecznościowy nie przetrwa bez użytkowników. To nie oznacza oczywiście, że użytkownicy mogą wszystko. Kiedy jednak ustalamy zasady i z całą mocą uprawnień admina usuwamy fotki albo dajemy soczystego bana, warto być konsekwentnym.

Google+ udostępniono użytkownikom pod warunkiem podania swojego prawdziwego imienia i nazwiska. Okazało się jednak, że nie są to ramki, w które mogą się wcisnąć wszyscy. Wiele osób woli używać pseudonimu i nie ma to nic wspólnego z jakąkolwiek działalnością przestępczą. Np. profil dr Kirsten Sanford usunięto kiedy założyła go pod nazwą Dr. Kiki.

Co tam prawie 30 tysięcy fanów, regulamin to regulamin. Po szumie jaki podniósł się w tej sprawie Google przywróciło jej konto. Dr Kiki posiada tytuł doktora (PhD) i zajmuje się popularyzacją nauki. Jej profil zablokowano ponieważ Regulamin G+ zabraniał dopisywania tytułów naukowych. To chyba największy idiotyzm jak można sobie było wymyślić. Regulamin uległ zmianie, ale wpadki ciągle się zdarzają. (Nb. konia z rzędem temu kto potrafi znaleźć go używając wyszukiwarki Google (polecam wpisanie haseł „g+ terms of use” albo „g+ terms of service”).

Kolejną ofiarą Regulaminu była Violet Blue, która należy do tej kategorii blogerów, którzy mają zawsze pod górkę bo piszą o seksie. Libia odebrała jej domenę vb.ly za wykorzystywanie jej do publikacji treści erotycznych, a Google zbanował na G+ za posługiwanie się pseudonimem. Jakiś nadgroliwy administrator nie wyobrażał sobie, że można nazywać się Violet Blue.

No dobrze, ale czy dwa nagłośnione przypadki muszą zaraz świadczyć o złej woli Google? Nie muszą, ale wystarczy wpisać hasło „porn star” żeby dostać takie oto wyniki (nie wiem co robi tam Matt Cutts, ale zakładam, że algorytmy wiedzą lepiej):

Nie jestem pewien, ale zgodnie z Regulaminem G+ takie profile powinny być zweryfikowane i usunięte, bo przecież można podciągnąć to pod promowanie pornografii, co jest zakazane w Regulaminie. (Nb. dlaczego nie możemy zobaczyć zmian Regulaminu na przestrzeni czasu?)

Może dopóki gwiazdki porno siedzą cicho, wszystko jest OK, ale co mamy myśleć o Susan Block, która od początku swojej obecności na G+ publikuje treści oraz łącza do treści, które trudno uznać za zgodne z Regulaminem? Używa też przedrostka Dr, ale szukając w sieci nie znalazłem informacji czy rzeczywiście ma tytuł doktora nauk lub medycyny. Raczej wątpię.

To z powodu takiej niekonsekwencji zrobiło się tyle szumu wokół MG Sieglera.

Zresztą, Facebook nie pozostaje w tyle. Najpierw chciano podporządkować swojemu Regulminowi Salmana Rushdie a teraz Kevin Mitnick nie może tam dostać dostępu do swojego konta. (Czego człowiek z religijnym wyrokiem śmierci oraz hacker szukają na Facebooku jest już odrębną sprawą.)

Cały ten bałagan wskazuje na pewien podstawowy problem jaki mają właściciele serwisów internetowych. Chcieliby zarabiać na udostępnianiu swoich usług, ale użytkownicy nie chcą za nie płacić więc muszą iść do reklamodawców a ci nie życzą sobie żeby jakiś MG Siegler pokazywał środkowy palec pod łączem do np. banku.

Jeżeli jednak serwis nie będzie miał odpowiedniej liczby użytkowników to nikt nie będzie się chciał tam ogłaszać. Trzeba zatem stworzyć presję środowiskową, która spowoduje że nawet jeśli nie chcemy korzystać z jakiegoś serwisu to i tak musimy, bo tak chcą się komunikować z nami ludzie, z którymi utrzymujemy kontakty. Jednocześnie właściciele serwisów muszą dbać o dobre obyczaje a ponieważ nie ma algorytmów, które rozpoznawałyby treści oraz kontekst w jakim są udostępnianie, wychodzi z tego bałagan i kiepski PR.

Wydaje się, że sytuacja nie ulegnie zmianie dopóki serwisy społecznościowe nie pozwolą ludziom na samodzielne sortowanie treści i budowę relacji on-line.

Jedno jest jednak pewne, to usługodawcy potrzebują użytkowników a nie na odwrót. Dlatego zamiast narzucać wszystkim sterylne kubraczki, trzeba zastanowić się jak możemy pomóc ludziom komunikować to co publiczne, prywatne i sekretne za pomocą swoich serwisów.

Jacek Artymiak tworzy serwis texy.co