56

Wczorajsza konferencja Apple była przełomowa. Nie zapomnę jej nigdy

Pokazane wczoraj urządzenia, patos wylewający się z ekranu, pokaz nieustającego pasma sukcesu i nietuzinkowych rozwiązań i wreszcie... atrakcyjne dla konsumenta ceny. Pewnie zastanawiacie się teraz: "czy oglądaliśmy te same keynote'y?". Tak, dokładnie te same, a ja jestem w tym momencie bardzo złośliwy.

Chyba nikt z naszej antywebowej ekipy nie pokusiłby się o stwierdzenie, że w trakcie wczorajszej konferencji bawił się dobrze. Zresztą, osobną kwestią jest to, że dla nas jakakolwiek konferencja wiodącego producenta elektroniki nie jest „zabawą” – to również moment cięższej niż zazwyczaj pracy. Wczoraj na przykład było Was na AW tyle, że nie zazdroszczę sprzętom, które odpowiadają za utrzymanie naszego istnienia w sieci. Na pewno było im bardzo gorąco – ale o to również i my się postaraliśmy.

Czytaj więcej: Nowe iPhone’y są mi… zupełnie obojętne

Mam jednak wrażenie, że w przypadku Apple zawsze oczekuje się czegoś więcej. Wiecie, Samsung to Samsung, LG to LG, Huawei to Huawei. Z nimi nie kojarzy się „amazingu”, który kiedyś przysługiwał tylko Apple i jedynie przez amerykańską markę był generowany. Jeszcze 3, 4 lata temu byłbym w stanie powiedzieć: „o, kurde, to Apple to dzisiaj zamiotło, może i są drodzy i bezczelni, ale za to skuteczni”. Jak było wczoraj? Konferencja się skończyła, Grzesiek Marczak podziękował ekipie za trwanie na warcie i ogarnięcie wszystkich tematów, a po wszystkim rozeszliśmy się do swoich spraw. Ewentualne echa konferencji Apple ujawniały się w memach, które leniwie wrzucaliśmy na antywebowskim Slacku.

Apple iPhone

Ani urządzenia, ani usługi, ani konferencja. Wczorajszy event Apple miał tyle polotu co kolejka do spowiedzi

Trudno mi jest znaleźć wśród swoich znajomych kogokolwiek, kto myśli o kupieniu zupełnie nowego iPhone’a, Apple Watcha 5. A są to również fani Apple (bycie iOS Developerem czasami obowiązuje). Nikt nie poczuł tego „amazingu”, nikt nie widzi w tych sprzętach niczego, co byłoby jednoznacznie lepsze. Ci ludzie, choć mają na to pieniądze, nie chcą ich wydawać. Dlaczego? Bo według nich nie ma większej różnicy między iPhone’em 11, a poprzednikiem.

Dla mnie kuriozalny jest natomiast Apple Watch Series 5, który różni się od poprzednika głównie tym, że ma wyświetlacz Always On i wbudowany kompas. To naprawdę piękne, niesamowite innowacje. Chociaż muszę oddać Apple to, że jest w stanie dawać konsumentom naprawdę proste, aczkolwiek skuteczne argumenty za kupieniem nowego modelu. Zauważcie – podążający za modą wielbiciel Apple zaopatrzy się w Series 5 m. in. dlatego, że już na pierwszy rzut oka będzie widać, że posiada najnowszą wersję. Charakterystyczny będzie bowiem wyświetlacz Always On, dzięki któremu od razu rozpoznamy posiadacza obecnie najdroższego zegarka w ofercie Apple.

Nie ma się co oszukiwać – ani Watch, ani iPhone 11 nie pokazały niczego „wow”. Jak ujął to Konrad – iPhone 11 Pro to model przejściowy. Apple odcina w tym momencie kupony z tego, co udało mu się wypracować wcześniej. Tim Cook nie chciał wczoraj pokazywać nam żadnej rewolucji, zresztą Apple nie było w tym roku na to przygotowane.

Gdybym nie musiał wczoraj oglądać tego keynote’a, pewnie wyłączyłbym go już po 15 minutach i miał go w dalekim poważaniu. Było nudno, smutno, bez żadnego polotu. Ale – być może narzekam głównie dlatego, że Apple przyzwyczaiło nas do ton amazingu wylewającego się z ekranów i tacy ludzie jak ja czują zwyczajny niedosyt. Jednego natomiast jestem pewien – Apple i tak zarobi kupę pieniędzy. My możemy sobie szczekać, ale ta karawana jedzie sobie dalej.