86

Jaka była Wasz największa komórkowa pomyłka? Moja to wymiana Nokii 3310 na ten koszmarek

Pęd za nowszym sprzętem nie zawsze oznacza zadowolenie. Szczególnie kiedy decyzja jest pochopna, a nowe urządzenie gorsze od poprzedniego. Pomyłek w świecie technologii zaliczyłem przynajmniej kilka, ale jedną wspominam najbardziej.

Ręka do góry kto nie miał Nokii 3310. Nie był to flagowiec, ale ogromna jak na tamte czasy kampania promocyjna z Adamem Małyszem sprawiła, że “małyszówka”, czyli Nokia 3310 stała się w Polsce synonimem dobrego, popularnego telefonu.

Czasy były wtedy zupełnie inne. Dziś internet zalewa nas wręcz informacjami o nowych smartfonach, bez problemu da się obejrzeć czy przeczytać testy, a producenci prześcigają się w sposobach docierania do potencjalnych klientów. W 2000 roku, kiedy debiutowała Nokia 3310 sprawa wyglądała zupełnie inaczej – reklamy w telewizji plus obiegowa opinia kształtowały klientów. Było dużo Małysza i Nokii 3310? Wszyscy mówili, że to super fajny telefon – stawał się on więc naturalnym wyborem. Stał się też dla mnie i choć pamięć pewnie płata figle to nie pamiętam, bym kiedykolwiek miał z tym urządzeniem problemy.

Nie od dziś wiadomo, że do serwisów technologicznych trafiają przede wszystkich miłośnicy technologii. Tacy, którzy czasem bezmyślnie gonią za nowinkami technicznymi, ryzykują dla nich własne pieniądze tylko po to, by mieć coś nowego, lepszego. Jestem jednym z nich i tu nie ma się czego wstydzić, choć niektórych decyzji wstydzić się już powinno. Jedną z takich moich komórkowych pomyłek było świadome pozbycie się kultowej Nokii 3310. W tym samym czasie mój cioteczny brat miał ciągłe problemy ze swoim Siemensem C35, moja Nokia działała jak złoto. No, ale na rynku komórek ciągle coś się jednak zmieniało i 3310 stawała się powoli sprzętem starym.

To był pierwszy rok moich studiów, przełom 2001 i 2002 roku. Jeden ze znajomym “dorabiał” sprzedając startery SimPlusa, czasem miał też pod ręką jakieś telefony – tyle dobrego, że wszystkie z gwarancją i tak zwanym “papierem”, więc nie było obaw, że pochodzą z dziwnego źródła. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że mnie do niczego nie namawiał i w zasadzie cała wymiana była kontynuacją rozmowy, która rozpoczęła się od pytania “nie masz jakichś nowych telefonów na sprzedaż?”. Żeby było zabawniej, rozpoczęła się na wykładzie, który był tak ciekawy, że jego połowę spędziłem grając w węża. Miał, Sony CMD-J5, a ja zapragnąłem go mieć.

Do dziś zastanawiam się, co tak naprawdę mnie do tego telefonu przekonało, bo dziś wygląda jak rasowy potworek. Ale może właśnie delikatniejsza, bardziej opływowa bryła, która kontrastowała z toporną obudową Nokii 3310 miała największe znaczenie? Może to dziwne pokrętło, które służyło do poruszania się po menu telefonu? A może polifoniczne dzwonki i specyficzne jak na tamte czasy możliwości audio? Pamiętam funkcję Moje Dźwięki, która pozwalała nagrać pięć melodii, każda trwała po 10 sekund, dzwonki do SMS-ów natomiast po 2 sekundy. A może bardzo ładna gra o małpkach, które wspinały się na palmy i deklasowały oprawą węża z 3310? Pewnie wszystko miało swój udział. A może po prostu chodziło o coś nowego, innego niż sprzęt, który od dawna był w mojej kieszeni.

Dziś bez problemu skorzystacie z porównywarki cenowej, kiedyś ceny telefonów brało się z oferty operatorów, nie pamiętam bym w tamtych latach orientował się ile coś jest faktycznie warte. Ustaliliśmy więc, że oddaję swoją Nokię 3310 z ładowarką, dopłacam 200 złotych i biorę tego Soniacza. Radość oczywiście była ogromna, totalnie inny feeling telefonu, zabawa terminarzem, grą o małpkach, dzwonkami.

Niestety po kilku tygodniach dały o sobie znać największe wady tego telefonu i tęsknota za 3310 stała się tak ogromna, że kiedy już wymęczyłem CMD-J5, kolejne 4 telefony były zawsze od Nokii. Skoro nikt ze znajomych nie miał tego urządzenia, nie było stron czy kanałów z recenzjami (no dobrze, były, ale nie było dostępu do internetu) szybko okazało się, że CMD-J5 miał kiepski czas pracy na jednym ładowaniu, szczególnie w porównaniu z konkurencją. Aż zajrzałem dziś do jakichś starych testów tego modelu i przeczytałem o 140 godzinach czuwania. No umówmy się, 5 dni czuwania to dobry wynik w 2019 roku, ale nie w 2002. Dla porównania w Nokii 3310 ten sam czas czuwania wynosił 260 godzin. To samo z czasem rozmów – 200 minut CMD-J5 i 240 minut Nokii 3310. Do tego okazało się, że kiedy minął pierwszy zachwyt dzwonkami, te w codziennym użytkowaniu okazały się za ciche, a wibracje za słabe. Efekt był taki, że ciągle na ekranie telefonu widziałem nieodebrane połączenia, a znajomi pytali czemu nie odpisuję na SMS-y. No umówmy się – nie po to miało się w kieszeni komórkę żeby przegapiać rozmowy. Szczególnie, że w tamtych czasach używaliśmy popularnych krótkich sygnałów by na przykład dać znać, że czeka się u kogoś pod blokiem.

Nie jest oczywiście tak, że później trafiałem idealnie. Sony Xperia X10 okazała się niezłą pomyłką, szczególnie że po jednej z aktualizacji mp3 na dzwonkach zaczynały się przycinać, a ostatecznie smartfon szybko stracił wsparcie aktualizacjami. HTC One Max też nie cieszyłem się długo i kiedy minęła mi fascynacja ogromnym ekranem phabletu okazało się, że One Max ma niewiele wspólnego ze zwykłym HTC One i to po prostu kiepski smartfon. Ale jednak to właśnie ten Soniacz utkwił mi najbardziej w pamięci – może dlatego, że nie udało mi się go sprzedać i kiedy przy jednej ze studenckich przeprowadzek po prostu zaginął, nie było mi z tego powodu nawet przykro.