81

Postoję dzisiaj w kolejce do lekarza, bo inni pacjenci nie zwracają uwagi na wyznaczone godziny przyjęć

sztuczna inteligencja
XXI wiek, centrum Europy, mogłoby się wydawać, że cywilizowany świat, a mimo to... Czasem mam wrażenie, że wprowadzanie zmian, które mają nam ułatwić życie, uczynić je bezpieczniejszym i przyjemniejszym, po prostu nie ma sensu - ludzie postarają się zniwelować bonusy. Zrobią coś po swojemu, bo mają przekonanie, że tak będzie lepiej. Można im zaproponować naprawdę sensowne rozwiązanie, dzięki któremu zaoszczędzą czas, nerwy czy pieniądze, ale nie ma pewności, że skorzystają. Przez to czeka mnie dzisiaj przygoda z kolejką do gabinetu lekarskiego.

Kolejka to element rzeczywistości, na który powinniśmy trafiać coraz rzadziej – po to wprowadzamy cyfrowe rozwiązania, by jej unikać. Bilety można kupować online czy drukować w biletomatach, zakupy bez problemu zrobimy w Sieci, w urzędach też wszystko zmierza ponoć ku lepszemu i gdy zacznie już hulać e-państwo, większość spraw będzie można załatwić online. W służbie zdrowia pewnie też da się to ogarnąć i uporządkować, by człowiek nie tracił cennego czasu czekając w kolejce. Da się, co nie oznacza, że rodacy nie będą torpedować tych możliwości.

Godzina to godzina, a kolejka to kolejka

Czeka mnie dzisiaj wizyta u lekarza. Trochę wody upłynęło od chwili, gdy się zgłosiłem do specjalisty, swoje musiałem odczekać, ale ten dzień w końcu nadszedł. I o ile pamiętałem dzień, w którym mam się zjawić, o tyle z głowy wyleciała mi godzina. Ale od czego mamy telefony? Dzwonię do przychodni, by ustalić godzinę (pamiętam, że pielęgniarka ją podawała podczas ostatniej wizyty, wpisywała konkretny czas do zeszytu):

-Dzień dobry, Maciej Sikorski, mam jutro umówioną wizytę u doktora X. Nie pamiętam tylko godziny – może mi pani ją podać?
-Lekarz przyjmuje od 15 do 17.
-Tak, wiem, ale miałem wpisaną konkretną godzinę, więc chciałbym się upewnić, żeby nie wprowadzać zamieszania.
-Pacjenci przychodzą, jak im się podoba i nie przestrzegają kolejki. Lekarz przyjmuje od 15 do 17. Proszę się przygotować na długie czekanie w kolejce, bo na jutro jest zapisanych dużo osób. Coś jeszcze?

Nie miałem już nic do powiedzenia, odłożyłem telefon na biurko i zacząłem się zastanawiać nad piątkowym popołudniem. Muszę opracować strategię niczym przed biegiem długodystansowym czy wyścigiem kolarskim. Jeśli wyruszę przed 15, to potem mogę do wieczora siedzieć przed gabinetem. Mogę też wszystko postawić na jedną kartę i pojawić się w okolicach 17. Ale to nie gwarantuje, że nie będę czekał. A może lekarz wyjdzie o tej 17? Jest jeszcze scenariusz z pojawieniem się o 14 – kolejka będzie moja. Tyle, że tracę minimum godzinę. Nie zdziwię się przy tym, jeśli część pacjentów postanowi przyjść jeszcze wcześniej. Może nie pracują, w domu nie mają co robić i kolejka to ich hobby?

Miałem zatem wyznaczoną godzinę, element porządkujący, który oszczędza czas i nerwy, lecz okazuje się, że owa godzina jest umowna. Z winy pacjentów, którym najbardziej powinno zależeć.

Po co cyfrowe rozwiązania, skoro ludzie nie będą się stosować?

Nie zdziwię się, jeśli zaraz przeczytam, że to standard – dawno nie miałem do czynienia z naszą służbą zdrowia, ale myślałem, że i tam zaczęło się coś zmieniać na plus. Już kilka lat temu otrzymałem SMS z przychodni informujący, że wizytę odwołano. Stwierdziłem, że idzie ku lepszemu. Ale nie.

Nie chodzi o to, że mnie czeka dzisiaj kolejka i nie mogę tego przeboleć. Zastanawiam się, dlaczego ludzie utrudniają sobie życie? Wyznaczone godziny pewnie i tak nie pokryłyby się z rzeczywistym czasem przyjęć, ale obowiązywałby jakiś porządek. Tymczasem już na wstępie słyszę, że zasad brak.

Służbę zdrowia można, a nawet trzeba unowocześniać, dzieje się to na różnych płaszczyznach, niektóre są niezależne (na szczęście) od pacjentów, inne już tak. I nic nie da nam wprowadzanie kont pacjentów, rejestracji online czy elektronicznych kart, jeśli ludzie machną na to ręką, bo będą chcieli wszystko załatwić po swojemu.

To nie dotyczy tylko służby zdrowia – Grzegorz pisał niedawno o nieprzyjemnej sytuacji z rowerzystą, zastanawiał się przy tym, jak zareagowałby inteligentny samochód. Przypuszczam, że gdyby samochód był bardzo smart, sygnalizacja też, nawet rower stanowiłby część Internetu rzeczy, to do wypadku i tak mogłoby dojść – bo w tym wszystkim pozostaje człowiek ze swoimi niedoskonałościami. W niedawnym wypadku samochodu Tesla auto informowało, że człowiek popełnia błąd, że nie powinien jechać w trybie automatycznym, że musi przejąć kontrolę nad pojazdem. I co? I samochód uderzył w płot. Winny człowiek.

Podobnych przykładów można wymienić więcej, znajdą się w każdej dziedzinie naszego życia. Za każdym razem wypłynie też podobne pytanie: po co utrudniać sobie życie? Świat możemy naszpikować elektroniką, otaczająca nas rzeczywistość stanie się smart do kwadratu, a człowiek i tak namiesza, bo… No właśnie – jaki jest powód…?