0

Killer is Dead – recenzja

Japońskie gry można albo kochać, albo nienawidzić. Killer is Dead jest na to dobrym przykładem. Jeżeli produkcji z Kraju Kwitnącej Wiśni nie trawicie, to nowa propozycja Grasshopper Manufacture absolutnie do was nie trafi. A czy oferuje ona coś wyjątkowego dla fanów japońszczyzny? Mondo Zappa to gość z klasą. Jednak typowo (mimo tego, że jest Amerykaninem) […]

Japońskie gry można albo kochać, albo nienawidzić. Killer is Dead jest na to dobrym przykładem. Jeżeli produkcji z Kraju Kwitnącej Wiśni nie trawicie, to nowa propozycja Grasshopper Manufacture absolutnie do was nie trafi. A czy oferuje ona coś wyjątkowego dla fanów japońszczyzny?

Mondo Zappa to gość z klasą. Jednak typowo (mimo tego, że jest Amerykaninem) orientalną klasą – nosi garnitur z przypiętą do niego kataną, jest szarmancki (o tym porozmawiamy sobie później) i zasypuje piękne dziewczęta prezentami. Walczy ze złymi ludźmi, posiada też cybernetyczną rękę, która może służyć za broń. Jest jednak przede wszystkim płatnym zabójcą działającym na rządowe zlecenie i usuwa z naszej (ale nie tylko) planety groźnych przestępców.

Akcja najnowszej gry Goichiego Sudy (znamy tego pana chociażby z No More Heroes, Shadows of the Damned, czy zeszłorocznego Lollipop Chainsaw) rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, która zalatuje trochę cyberpunkiem. Mechaniczne wszczepy są tu bowiem na porządku dziennym, a kryminalistów nie brakuje. My jednak mierzymy się nie tyle z maszynami, co z potworami (często wcześniej będącymi ludźmi).

killer3

Fabuła do porywających z pewnością nie należy. Można rzec, że trzyma poziom przeciętnego anime. Jej podłoże zasadza się na poszukiwaniu jegomościa imieniem David, który robi tu za głównego złego. To za jego sprawą ludzie zamieniają się w demony i „rozrabiają” na Ziemi. Davida (świetne imię mu dobrali) jednak złapać niełatwo, a sprawę dodatkowo utrudnia fakt, że jego siedziba znajduje się na księżycu (motywów związanych z tym ciałem niebieskim w grze nie brakuje). Jak wspomniałem, porywających momentów nie znajdziemy tu zbyt dużo, a główny „myk” zdziwi chyba tylko osoby, które nigdy nie miały do czynienia z anime. Ważne, że w Killer is Dead roi się od wrażeń pokroju wybuchów, mieniących się we wszystkich barwach tęczy kolorów i hektolitrów wylewanej krwi. Erotyki również nie brakuje. Można więc stwierdzić, że pod tym względem dostaliśmy to, czego można się było spodziewać. I dobrze.

Killer is Dead jest w głównej mierze slasherem (jednak odpowiednio urozmaiconym). Zastosowany w nim system walki jest prosty, ale satysfakcjonujący i co najważniejsze – efektowny. Do siania zamętu wśród wrogów, twórcy udostępnili nam kilka zabawek. Najczęściej jednak korzystać będziemy z katany. Oprócz niej pomocą służy nasze cybernetyczne ramię (Musselback), które może się zmieniać w różne, przeważnie długodystansowe (z jednym wyjątkiem) rodzaje broni. Do wyboru jest narzędzie pokroju pistoletu, działko plazmowe, spluwa zamrażająca oraz olbrzymie wiertło.

Ciosy kataną wyprowadzamy przy użyciu tylko jednego przycisku – kwadratu (na padzie od PS3). Dodatkowo możemy też stosować uderzenie łamiące blok przeciwnika (trójkąt) oraz unik (kółko). Ten ostatni ma jeszcze jedną fajną cechę – wciśnięty w odpowiednim momencie (na ułamek sekundy przed ciosem przeciwnika) pozwala wyprowadzić miażdżącą kontrę. Do tego wszystkiego dochodzi oczywiście nasze ramię. Jego użycie zostało jednak ograniczone – każde sięgnięcie po „pistolet”, czy „wiertarkę” skraca jeden ze specjalnych pasków widocznych na ekranie (można go uzupełnić zabijając oponentów kataną).

Killer-is-Dead-Screenshot-03

Ogólnie rzecz ujmując, walki z pomniejszymi demonami wyglądają niczym swoisty taniec rozbłysków, wybuchów i krwi. Relaksujący taniec trzeba przyznać – gra nie jest bowiem trudna. Wszystko dlatego, że wykupując (za zebrane po drodze kryształki) odpowiednią umiejętność, odblokowujemy funkcję leczenia naszej postaci, a ta ratuje nas z niemal każdej groźnej sytuacji. Bestie, z którymi przyjdzie nam toczyć pojedynki, to w zasadzie standardowy jak na tego typu produkcje zestaw – są tu szybkie i zwinne demony, których trzeba co rusz unikać, są większe potwory, do których trzeba podejść siłowo, są też dziwadła wyposażone w broń laserową. Generalnie rzecz ujmując – jest przyzwoicie, ale nic ponad to.

Osobny akapit trzeba poświęcić walkom z bossami, bo tych jest całkiem sporo. Są one też odpowiednio zróżnicowane. Mamy tu pojedynki z kolosem, chodzącą po ścianach kobietą-pająkiem, samurajem dosiadającym tygrysa, czy kolesiem ubranym w złote stringi. Praktycznie każda walka z „szefem” wprowadza jakieś unikatowe elementy. Za przykłady niech posłużą pościg motocyklowy, strzelanie ze specjalnego działka, czy też zabawa na orientację i zgadywanie, w którą postać widoczną na ekranie trzeba uderzyć. Oczywiście w większości przypadków są to jedynie smaczki, ale dzięki takim urozmaiceniom gra praktycznie się nie nudzi. A to duży plus w przypadku slasherów.

Killer is Dead został podzielony na dwanaście głównych misji. Oprócz nich czekają nas zadania poboczne, które są z reguły króciutkie, ale nawet fajnie zrobione. Mamy tu np. poszukiwania bomb, zabawę w tropiciela pająków, czy rozjeżdżanie demonów pchającym nam się pod koła motocykla. Dodatkowo, gra została wyposażona w arenę z wyzwaniami oraz możliwość wcielenia się w podrywacza (Gigolo missions). Misje żigolaka są do bólu prostackie. Cel jest tu jeden – pójść do łóżka z wybraną niewiastą. Jak go osiągnąć? Trzeba kupić w specjalnym sklepiku kilka prezentów, a następnie, już podczas randki, ukradkiem spoglądać na wszystkie części ciała dziewczyny poza twarzą. Kiedy dzięki owemu podglądaniu, temperatura spotkania się podniesie, wręczamy wybrance prezent. Powtarzamy tę czynność jeszcze raz lub dwa i już mamy z kim dzielić łoże. Misje tego typu nie są obligatoryjne, ale i tak warto je robić, bo dzięki nim zyskujemy dostęp do kolejnych broni.

killer-is-dead-1

Nowa gra Sudy nie jest przesadnie krótka (jak np. Lollipop Chainsaw). Po jej ukończeniu wyskoczył mi licznik wskazujący na ponad dziewięć godzin zabawy. Trzeba w to jednak wliczyć zadania poboczne, które skrzętnie wykonywałem, oraz kilka minut spędzonych na arenie z wyzwaniami. Niemniej, wynik całkiem dobry.

Tym, co wyróżnia Kiler is Dead na tle większości gier, jest oczywiście grafika i design świata. Zastosowano tu swoisty cel-shading z mocno zaakcentowaną grą cieniem (często niebieskiej barwy). Dzięki temu tytuł ten wygląda bardzo schludnie, ładnie i wyraziście. Większości osób taka oprawa powinna przypaść do gustu. Natomiast w kwestii klimatu wieje tu japońszczyzną na kilometr. Akcji pokroju kobiety strzelającej z kilkunastu spluw naraz, czy pomagających nam jednorożców, które wyglądają jak kucyki Pony, nie brakuje. Same postacie też zresztą są mocno przerysowane (np. ubrana skąpo pielęgniarka z ogromną strzykawką w dłoniach). Ktoś nieakceptujący stylistyki anime może się tym wszystkim przerazić. Fanom takich klimatów stylistyka powinna się podobać. Warto wspomnieć, że w grze występują też momenty, w których zostaje złamana tzw. czwarta ściana. Jeden z nich, który najlepiej utkwił mi w pamięci, to ten, w którym nasz oponent poważnie pyta: „Czy faktycznie musimy walczyć”, na co Mondo odpowiada: „Tak, jesteśmy przecież bohaterami gry wideo, nie mamy wyjścia”.

Mimo oczywistych zalet, Killer is Dead jest również obarczony kilkoma dużymi niedociągnięciami. Trzeba do nich zaliczyć puste pomieszczenia, często widoczny schemat pokroju: korytarz-killroom, problemy z ustawieniem kamery (czasem nie widać, z której strony ktoś nas atakuje), słabą synchronizację głosów z obrazem (aktorzy niejednorazowo kończą swoją kwestię, a postacie dalej ruszają ustami) oraz screen tearing. Dodam do tego wszystkiego jeszcze jedną rzecz, która zresztą dość nagminnie występuje w slasherach – element uwalniania się z uchwytu wroga. Aby tego dokonać, trzeba lewą gałką ruszać szybko na prawo i lewo. Taki motyw zawsze mnie irytuje, bo kiedy się pojawia przeważnie jestem zmuszony pomagać sobie prawą dłonią. Tak samo było i w tym przypadku.

Killer-is-Dead-11

Killer is Dead jest, ogólnie rzecz ujmując, całkiem fajną grą. Nie wnosi jednak nic przełomowego do gatunku, brakuje mu otwartej struktury (nagminne wąskie korytarze), ale też szczypty doskonałości. Można rzec, że jest to porządny zapychacz czasu w oczekiwaniu na większe tytuły. Do jego niewątpliwych plusów należą natomiast wyrazisty styl, całkiem ciekawy i efektowny system walki oraz klimat, który powinien się spodobać wszystkim wielbicielom japońskich produkcji. Jednym zdaniem, dobra, relaksująca pozycja do kupienia po obniżce.