25

Na tych filmach w 2017 roku straciłem czas. Nie popełniajcie moich błędów

Zmarnowany czas - tak w wielkim skrócie mógłbym opisać kilka filmów, na które wybrałem się w roku 2017 do kina. I nie były to tytuły zapowiadające się źle, klasyczne kino klasy B lub C: mowa o obrazach z ambicjami. Niestety, niedosyt pozostał ogromny, czasem większe było tylko zażenowanie. Jak wygląda moja lista rozczarowań kinowych kilku ostatnich kwartałów?

Filmy starałem się mocno selekcjonować – zdecydowanie nie mam czasu na to, by oglądać wszystkie produkcje, spędzać w kinie kilka godzin dziennie. Na koniec roku pewnie okaże się, że moja średnia to jeden film na 6 dni. Odrzuciłem zatem masę podobnych do siebie horrorów, sporo filmów akcji, komedii, a nawet blockbusterów. Starałem się też nie kierować opiniami ludzi, którzy już widzieli te obrazy, bo z tym różnie bywa: czasem w pełni zgadzam się z oceną, pochwałami, zarzutami, ale innym razem nie rozumiem zachwytu czy krytyki. Zazwyczaj trzeba po prostu obejrzeć coś samemu.

Wspominałem niedawno, że z kinem w mijającym roku nie było najgorzej, że z czystym sumieniem mógłbym polecić 20 tytułów, kilka uznać za filmy naprawdę dobre, warte ponownego obejrzenia czy kupienia na płycie i postawienia na półce. O nich też wspomnę za jakiś czas. A póki co lista wstydu.

Maria Skłodowska-Curie

Czy to jest porażająco slaby film? Nie, to średniak. Na liście znalazł się, ponieważ bardzo mnie rozczarował. Nastawiałem się na film o wybitnej uczonej, jednej z najważniejszych postaci epoki, bardzo silnej jednostce, która musiała się zmagać z wieloma przeciwnościami losu. Nie brakowało też artykułów z czasów, gdy obraz powstawał, byłem wabiony tym, że Karolina Gruszka stworzy tam wybitną kreację. Co dostałem? Będę brutalny: telenowelę. Noblistkę mogłaby zastąpić każda kobieta, która ma rozterki miłosne. Niby są noble, niby wielcy uczeni doceniają, a Skłodowska pracuje w pocie czoła, ale geniuszu nie zobaczyłem na ekranie. Tymczasem na plakacie promującym film widzę „Pasja. Geniusz. Miłość.” Pierwsza i trzecia przerosły drugi element.

Życiorys MSC był bardzo (!) bogaty. I zdaję sobie sprawę z tego, że rozwinięcie nawet części wątków wymagałoby serialu, ale w filmie i tak dałoby się powiedzieć więcej, a przede wszystkim bardziej sensownie. W tych stu minutach nie brakowało scen, które może i były ładne, lecz niewiele wnosiły do fabuły. Wielka szkoda, bo pewnie nieprędko ktoś ponownie weźmie się za ten temat. A może faktycznie powstanie serial…?

Pierwszy śnieg

Tej historii poświęciłem osobny wpis, przestrzegałem, by nie wybierać się do kina.

Mogłoby się wydawać, że ten projekt był skazany na sukces: dobra książka jako podstawa, intrygujący bohater, ceniony reżyser (Tomas Alfredson), Martin Scorsese jako producent, świetne, klimatyczne lokalizacje i przede wszystkim grupa dobrych aktorów: Michael Fassbender, Charlotte Gainsbourg czy J.K. Simmons to doświadczeni i nagradzani fachowcy w swoim rzemiośle. Czego można chcieć więcej? Widz dość szybko dochodzi do wniosku, że… scenariusza. Z tym ewidentnie był problem, ale okazuje się, że dostrzegł to także reżyser. Niedawno tłumaczył dlaczego do kin trafił słaby film i wskazywał na pośpiech, skrócenie czasu zdjęciowego. Ponoć nie nakręcono wszystkiego, co zaplanowano, a przy montażu okazało się, że dziury są zbyt duże. Porównał to do układanki, w której brakuje puzzli.[źródło]

Pisałem, że problemów w tym filmie jest sporo, najlepiej wypadają zdjęcia, bo widoki całkiem ciekawe, przyroda zimą robi wrażenie. Ale na tym koniec atutów. W głównej roli Fassbender wypadł słabo, reszta aktorów tego nie uratowała. Zagadka szybko staje się bardzo czytelna, nie ma nerwowego zaciskania pięści w oczekiwaniu na kolejne wydarzenia. To pewnie miało być mocne wejście do całej serii. Wątpię, by komuś szybko przyszło do głowy, żeby ją rozbudowywać.

Suburbicon

Na papierze wszystko się zgadza: znani aktorzy przed kamerą (m.in. Matt Damon i Julianne Moore), George Clooney na stołku reżyserskim, scenariusz napisany przez braci Coen… Niestety, w sali kinowej nie wygląda to już tak dobrze. Miało być kryminalnie i z humorem, czyli typowo dla oscarowych braci, lecz w tym przypadku widać, że nie mieli pełnej kontroli nad historią. Film czasami nie jest zabawny, lecz śmieszny. Sam pomysł na pokazanie wspaniałej krainy, w której na pozór wszyscy są szczęśliwi i wciśnięcie w to dwóch kontrastujących ze sobą historii (wprowadzają się Afroamerykanie, którzy burzą „ład”, sąsiadująca z nimi biała rodzina pogrążą się w chaosie i obłudzie), brzmi naprawdę dobrze. Podstawa do dobrego filmu z pewnością była.

Z każdą sceną coś się jednak rozjeżdża, bohaterów trudno nazwać wiarygodnymi, duch amerykańskich przedmieść sprzed kilku dekad gdzieś się gubi. Scena, w której Matt Damon jedzie pustą szosą na dziecięcym rowerze mogłaby stać się kultową, ale… nie wywołuje żadnych emocji, bo widz jest już znudzony. Ja bylem znudzony.

Mroczna wieża

Ten tytuł także opisałem w osobnym tekście. I zastanawiałem się, jak fanom Kinga, bo chyba do nich był skierowany ten obraz, można zaserwować tak okrojoną opowieść:

Największym problemem jest właśnie czas trwania filmu. To raptem 1,5 h – zbyt mało, by przedstawić tę historię, zbudować świat, wprowadzić nas do niego, przedstawić bohaterów, ich cele i życiorysy. Akcja rozkręca się przez kilka kwadransów i nagle… musi dojść do jej rozwiązania. Film od połowy jest jednym wielkim pościgiem – byle tylko zdążyć zamknąć temat w te 95 minut. Pewnie w wielu głowach pojawi się myśl, że Mroczna wieża to świetny materiał na serial, długą opowieść, która mogłaby się ciągnąć przez kilka sezonów. Niczym Gra o tron. Krótkiego Hobbita rozciągnięto na trzy długie filmy (co też było przesadą), rozbudowany świat stworzony przez Kinga ktoś chciał ludziom na szybko przedstawić w kilka kwadransów. To nie mogło się udać.[źródło]

Nie wybierałem się na film z wielkimi oczekiwaniami, nie liczyłem na to, że twórcy zaserwują mi arcydzieło. Ale nawet obraz na niedzielne popołudnie, lżejszy i „rozrywkowy” musi trzymać jakiś poziom. Tu widziałem jedynie skok na kasę. Mam nadzieję, że po jego wykonaniu ktoś złamał przynajmniej nogę…

American Honey

W dwóch przypadkach narzekałem, że obraz trwał zbyt krótko, tym razem napiszę, że twórcy przesadzili – ponad 2,5 godziny to stanowczo zbyt dużo, jak na historię, którą chciano przekazać. To film drogi, w którym obserwujemy grupę młodych ludzi przemierzających USA i wciskających ludziom prenumeraty przeróżnych czasopism. Wśród nich jest Jake (Shia LaBeouf), do zespołu dołącza Star (debiutująca Sasha Lane). Między tą dwójką coś się dzieje, ale za klasyczny romans trudno to uznać. Są narkotyki, alkohol, seks, małe i większe marzenia, tragikomiczna sytuacja całej grupy – mogłoby się wydawać, że to przepis na dobry dramat.

Problem polega na tym, że im dalej jedziemy busem z bohaterami, tym bardziej jesteśmy zmęczeni, widz zaczyna mieć wrażenie, że reżyserka chyba nie do końca wie, co chce pokazać i powiedzieć. Liczy na to, że w końcu coś samo wpadnie. Znowu mamy sporo fajnych ujęć, lecz do filmu wnoszą one niewiele – nie można przez dwie godziny wpatrywać się w pocztówki. Jeśli liczycie na to, że będziecie obserwować intrygującą przemianę głównej bohaterki czy kogoś z jej otoczenia, sytuacje, które wszystko zmieniają, to… źle myślicie. Ten film po prostu rozczarował.

Oczywiście były też inne filmy, które oceniłem nisko: Mother!, oscarowy Moonlight czy tak przez niektórych zachwalany Uciekaj! szału nie robią. Ot, średniaki. A miało być znacznie lepiej…

Na szczęście trafiły się obrazy, które zatarły złe wrażenie po przywołanych tytułach.