37

Przez Pokemony straciłem oszczędności życia…

Dzień bez Pokemonów, dzień stracony. Wpis poświęcony tej grze moglibyśmy pewnie wrzucać co pół godziny i nie musielibyśmy powielać informacji - jest ich tak dużo, że nie wiadomo, na czym się skupić: randki, aukcje, poradniki. A to czubek góry lodowej. Obserwujemy nowy fenomen, sytuację, którą trudno do czegoś porównać. Trzeba mieć przy tym na uwadze, że w tle (a czasem i na pierwszym planie) gra toczy się o pieniądze. Duże pieniądze. Jedni na Pokemonach zarobią krocie, inni mogą utopić swój majątek.

Kapitalizacja Nintendo stała się obiektem analiz, dziennikarze poświęcają jej liczne artykuły, branżowi specjaliści silą się na porównania, próbują tworzyć prognozy. Ale finalnie rozkładają ręce i stwierdzają, że nie wiadomo, jak się skończy ta historia. Nie dziwi zatem, że niektóre media apelują już do ludzi o rozsądek – nie tylko w kwestii okoliczności, w jakich grają (np. podczas prowadzenia samochodu), ale też na polu biznesowym: jeśli ktoś jest przekonany, że gra mobilna go ozłoci, to może się przeliczyć.

Kapitalizacja Nintendo podwojona

Paweł poruszał ten wątek już jakiś czas temu, krótko po tym, jak gra trafiła na rynek. Pokemon Go stało się potężnym silnikiem dla rynkowych wzrostów Nintendo. W relatywnie krótkim czasie wartość biznesu uległa podwojeniu. Takie rzeczy praktycznie nie zdarzają się w przypadku wielkich firm, a za taką trzeba przecież uznać japońską legendę. Pojawiają się oczywiście głosy, że wcześniej wycena akcji była niedoszacowana, że przecież nie chodzi o jakiś startup, a giganta z rynku gier, lecz wzrost o grubo ponad sto procent, pokonanie na tym polu znacznie większego Sony i rozłożenie tego procesu na zaledwie kilkanaście dni nadal wywołuje szok.

Inwestorzy, którzy zakładali, że kapitalizacja Nintendo wzrośnie, są pewnie zaskoczeni, bo nie spodziewali się aż takiego boomu. Samo Nintendo może być oszołomione nagłym sukcesem. Rozprzestrzenia się mit zwycięstwa i wielkiego bogactwa, który przyciągnie nowych ludzi. Już dzisiaj można przyjąć, że nie zabraknie osób, które postawią wszystko na jedną kartę i kupią akcje Nintendo z nadzieją na szybkie pomnożenie majątku. Wpakują nawet oszczędności życia, zadłużą się, byle ugrać coś na tej żyle złota. Niemożliwe? Cóż, wystarczy wejść na strony serwisów poświęconych giełdzie, fora związane z tym tematem i szybko można poznać takie historie – niekoniecznie dotyczące Nintendo, przed tą firmą były inne gwiazdy, które bardzo jasno świeciły, także na polskim rynku. Niestety, ów blask czasem był krótkotrwały.

Problem polega na tym, że kapitalizacja Nintendo może się kurczyć w takim samym tempie, w jakim rosła. Nadejdzie np. czas prezentacji wyników kwartalnych i okaże się, że gra nie ozłociła twórców, że ta popularność nie przełożyła się na oszałamiający wzrost zysków. W środowisku Pokemon Go mogą się pojawić duże pieniądze, to wręcz pewne, lecz nie jest jasne, czy tafią one akurat do Nintendo. Firma nie jest jedynym właścicielem tego biznesu, nie ma pewności, że zmonetyzuje popularność starego tytułu w nowej odsłonie. Możliwe, że więcej zarobią na tym Google czy Apple, masa firm, która w mniejszym lub większym stopniu zwiąże swoje interesy z pokemonami: produkując zabawki, słodycze, gadżety elektroniczne, ubrania, organizując szkolenia, zawody, zloty…

Należy też brać pod uwagę, że moda przemija, popularność gry może się szybko wyczerpać. Co wtedy? Dlatego Nintendo staje przed trudnym zadaniem rozkręcenia swojego biznesu w oparciu o pokemony i jednocześnie uniezależnienia dalszego rozwoju od jednego tytułu. To szansa, która może się nie powtórzyć. Ostatniego zdania nie powinni jednak brać sobie do serca przypadkowi gracze giełdowi, którzy zechcą się wzbogacić na Pikachu. Ostatecznie może się okazać, że jedyne, co im zostanie, to łapanie pokemonów na handel.

Oby jak najmniej było historii, które zaczną się od zdania zamieszczonego w tytule. Chociaż niektórzy stwierdzą, że nie ma sensu żałować naiwnych…

Grafika tytułowa: youtube.com