44

Serwisy społecznościowe i inne agregatory newsów to słabe źródło informacji. Wolę sam decydować o tym, co czytam

Już nie social media, a stare, dobre, RSSy. Po kilku latach wróciłem do nich na dobre — i to na sto procent!

Ostatnia dekada-półtorej w internetowym świecie to czas rewolucji i szału związanego z mediami społecznościowymi. Wielu użytkowników czerpie informacje o świecie z facebookowych tablic i Twittera. Doskonale pamiętam początki tych serwisów i tego, jak zaczęły się na nich udzielać kolejne media. Nagle okazało się, że to dużo wygodniejsze niż każdorazowe otwieranie stron internetowych w poszukiwaniu nowości, zaś kanały RSS dla wielu korzystających z nich użytkowników zaczęły się stawać dużo mniej atrakcyjne. Potrzeba było uruchamiać kolejne platformy, później jeszcze to zamknięcie Google Readera, no tylko zamęt. W społecznościówkach wszystko zawsze jest pod ręką, a przecież i tak otwiera się tego FB i Twittera i tak.

Schody zaczęły się kilka(naście) miesięcy później. Właściciele platform zaczęli mieszać w chronologii, algorytmy zaczęły działać w nieokiełznany sposób i nagle okazało się, że niezastąpione źródła dostępu do wiedzy nie są tak fajne, jakimi widzieliśmy je wcześniej. Nie mamy dostępu do wszystkiego, trafiają do nas wyrywkowo i… no daleko temu rozwiązaniu do ideału. Z Facebooka co prawda nie korzystam już od lat, ale był czas, że pierwszą prasówką był dla mnie właśnie Twitter. Jakiś czas temu uznałem, że trudno na nim polegać — wróciłem więc do starych, dobrych, RSSów.

I pisząc wróciłem nie mam do końca na myśli tego, że przez lata kompletnie zrezygnowałem z kanałów RSS. Nie, od zawsze pielęgnowałem mój zbiór, wśród którego znaleźć można sporo niszowych rzeczy — takich, które nawet nie są obecne na Twitterze. Ale w kwestii najświeższych wiadomości, jakiś czas temu zdecydowałem się je ograniczyć: było tego po prostu za dużo, a dostęp za pośrednictwem społecznościówek w zupełności mi wystarczał. No, aż miarka się przebrała i nie spędziłem kilku dobrych godzin na porządkach i przeorganizowaniu mojej prasówki. Z niektórych miejsc wybierałem kanały ze wszystkimi informacjami — z innych, poszczególne działy. Ale są też miejsca, w których subskrybuję wyłącznie poszczególnych autorów, stąd konfiguracja tego trochę potrwała, ale… było warto!

Po powrocie do RSS moja prasówka faktycznie trwa dłużej niż wcześniej, ale to tylko dlatego, że od góry do dołu wyładowana jest treściami, które mnie interesują. I tak, wiem że dla wielu Really Simple Syndication to pieśń poprzedniej epoki, bo agregatory treści, bo media społecznościowe czy jeszcze inne złote rozwiązania. Nawet przez chwilę nie będę próbował ich negować, bo każdy wie najlepiej co mu pasuje w dłuższej perspektywie — jednak w moim przypadku okazuje się nie być lepszego rozwiązania, niż sprawdzony klasyk.