3

Kalifornia wprowadza prawo do bycia zapomnianym, ale niestety robi to źle

Rok 2050. Wre prezydencka kampania wyborcza. Obaj kandydaci idą niemal łeb w łeb. Sztaby pracują na pełnych obrotach i zmieniają strategię na czarny PR. Nagle jeden z nich wyjeżdża triumfalnie z informacją, że oponent napisał w początkach XXI wieku na fejsie, że „na wybory chodzą tylko mohery”. Wynik głosowania przesądzony… Właśnie takim sytuacjom chcą zapobiec […]

Rok 2050. Wre prezydencka kampania wyborcza. Obaj kandydaci idą niemal łeb w łeb. Sztaby pracują na pełnych obrotach i zmieniają strategię na czarny PR. Nagle jeden z nich wyjeżdża triumfalnie z informacją, że oponent napisał w początkach XXI wieku na fejsie, że „na wybory chodzą tylko mohery”. Wynik głosowania przesądzony… Właśnie takim sytuacjom chcą zapobiec władze Kalifornii.

Tamtejszy gubernator Jerry Brown podpisał w poniedziałek prawo zakładające, że kalifornijskie nastolatki będą miały ułatwiony dostęp do usuwania kłopotliwych dla nich treści jakie wstawili do sieci.

O tym fakcie poinformował Huffington Post, a także przytoczył wypowiedź Jima Steyera, CEO Common Sense Media:

Nastolatki często publikują coś w sieci zbyt pochopnie. A w erze cyfrowej, błędy mogą pozostać z nimi przez całe życie.

Problem ten dotyka szerokiej, dyskutowanej od miesięcy, jeśli nie lat, problematyki bycia zapomnianym w sieci. Czy należy ono do podstawowych praw człowieka?

Zdaje się, że wg kalifornijskich ustawodawców tak, a swoje reformatorskie zapędy starają się oni realizować poprzez wymaganie od właścicieli serwisów możliwości usunięcia każdego wpisu, a także poinformowania o istnieniu takiej funkcjonalności.

A oto dlaczego takie prawo w kalifornijskim wydaniu uważam za bezsensowne:

Po pierwsze, już teraz najpopularniejsze portale internetowe takie jak Facebook, YouTube czy Twitter umożliwiają usuwanie całej swojej sieciowej aktywności tworzonej  w ich ramach. W tym przypadku wystarczyłaby więc tylko polityka edukacyjna. Co prawda, moje wątpliwości budzi nieco w tym kontekście Facebook, który kiedyś jedynie dezaktywował konto użytkowników, ale teraz udostępnił także opcję jego trwałego usunięcia.

To jest jednak już ostateczna opcja, bo komentarze, zdjęcia, czy statusy można usuwać bez żadnych ograniczeń. Tu jednak dochodzimy do kolejnej kwestii…

Po drugie, dziś to, co dzieje się na Facebooku czy jakimkolwiek innym portalu może miliony razy przemierzać sieć wzdłuż i w szerz. Nie możesz przecież skontrolować tego, czy jakiś gościu z Południowej Karoliny czy północnego Kazachstanu, nie wszedł przypadkowo na Twój profil i dla jaj, nie skopiował fotki, którą później przerobił w Photoshopie, tak, że np. zaczęła ona godzić w Twoje dobre imię.

Internet zna wiele takich przypadków, a jednym z nich są choćby popularne memy z pewnym polskim policjantem z roli głównej, których z szacunku dla tej osoby nie zamieszczę.

Tak więc nawet jeśli usuniesz coś z jednego miejsca to wcale nie znaczy, że nie pojawiło się już ono w innym, które sprawdzać może np. Twój pracodawca pod kątem kandydatów na wakujące stanowisko. Wydaje się, że właśnie ten kontekst jest jednym z powodów wprowadzenia takiego rozwiązania przez gubernatora Kalifornii. A to dlatego, że coraz więcej osób szuka pracy właśnie przez Facebooka. Wciąż znajduje się on co prawda za plecami LinkedIn, ale jego znaczenie rośnie.

społecznościowa-rekrutacja-najpopularniejsze-serwisy-jobvite

Po trzecie, chyba wszyscy znają powiedzenie, że „w Internecie nic nie ginie”. Mamy przecież takie strony jak WebArchive, które robią co jakiś czas kopie stron internetowych i przechowują je w swoich bazach. Są jeszcze inne idee archiwizacji sieci, jak np. te prowadzone przez Bibliotekę Brytyjską czy Internet Archive, o których pisałem w kwietniu.

Oznacza to, że one także będą musiały się dostosować do kalifornijskiego prawa jeśli tylko chciały będą korzystać z zasobów tam wytworzonych. A przecież…

Po czwarte, Internet nie ma granic – w przeciwieństwie do krajów czy stanów. Dlatego też, jednym swoim podpisem Jerry Brown wymógł na wszystkich firmach konieczność przygotowania co najmniej dwóch oddzielnych regulaminów. Jednego dla Kalifornii i drugiego dla reszty świata.

O przepraszam, nie dla Kaliforni, dla kalifornijskich nastolatków,  dokładnie dla osób poniżej 18 roku życia. Rozumiem, że teoretycznie z wiekiem rozumu przybywa, ale skoro już dajemy możliwość młodzieży, to dlaczego nie rozszerzyć jej na wszystkich. I jak prawo to byłoby egzekwowane? Trzeba być niepełnoletnim w momencie składania wniosku, czy może w momencie pisania komentarza? Trzeba przedstawiać dowód tożsamości?

Podsumowując moje dotychczasowe wywody, stwierdzam, że kalifornijska propozycja jest (lekko powiedziawszy) odcięta od rzeczywistości i bardzo trudno będzie ją w praktyce wyegzekwować, jakoże dotyczy tylko jednego stanu.

A co by się stało gdyby cały świat się w to zaangażował? Jedynie takie rozwiązanie widzi np. Michał Boni:

Czas zastanowić się, czy ochrona prywatności i danych obywateli nie powinna być przedmiotem globalnej konwencji, bo Internet nie ma granic.

Są to jego słowa, zaczerpnięte z trwającej wciąż w Warszawie konferencji rzeczników ochrony danych osobowych, czyli odpowiedników polskiego GIODO. Szef Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji także dość krytycznie wyraża się o pomyśle prawa do bycia zapomnianym:

Dokładne analizy i dyskusja pokazały, że trudno byłoby w sensie prawnym i technicznym znaleźć skuteczną formułę na prawo do bycia zapomnianym.

Do tej pory na arenie europejskiej kwestię tego prawa podejmowała unijna komisarz Viviane Reding, która podobnie jak gubernator Kalifornii chciała reformować działanie Internetu. Amerykański przykład pokazał jednak co dzieje się kiedy za regulacje kwestii technicznych biorą się politycy, bez obszernych konsultacji społecznych, a chociażby zasięgnięcia opinii ekspertów.

W mojej opinii prawo do bycia zapomnianym już wkrótce ma szansę stać się jednym z podstawowych praw człowieka, przynajmniej w idealistycznych manifestach wyborczych. Jednak bardzo trudne będzie jego wyegzekwowanie, gdyż już teraz nawet wielkie korporacje nie są w stanie zapanować nad wyciekami kontrowersyjnych dla nich treści. Pokazała to chociażby afera z „brudnym” stołem w siedzibie TVN:

Warto więc już teraz, przed wrzucaniem czegoś na fejsa zastanowić się co najmniej dwukrotnie, czy nie zaszkodzi nam to w przyszłości. Jako przestrogę jeszcze raz zacytuję Ministra Boniego:

Uważam, że wokół wielu trudnych rzeczy uda się znaleźć kompromis w Parlamencie Europejskim, ale wokół tego [prawa do bycia zapomnianym] nie.

Foto 1, 2